ZANIM TO PRZECZYTASZ, UPEWNIJ SIĘ, ŻE TWÓJ DOM JEST ZAKLUCZONY.
POZAMYKAJ WSZYSTKIE OKNA. NIE OTWIERAJ NIKOMU. NIE WYCHODŹ NA ZEWNĄTRZ. BĄDŹ CAŁY CZAS CZUJNY, PONIEWAŻ ONI TAM SĄ... WOJNA TRWA.
"Są duże i małe wojny.
Te duże zmieniają świat,
te małe - człowieka."
Miałam to gdzieś, ale oczywiście Severus musiał skorzystać z okazji, aby nauczyć nas czegoś nowego.
- To Vermis, po naszemu robak - zaczął. - Jego ciało rozkłada się ciągle na nowo. Kiedy cię dotknie, cząstka jego ciała pozostaje na tobie i powoli się wchłania zarażając twój organizm. Śmierć godna robala. Rozkładasz się w jakieś 30 minut.
- Dzięki za wykład - syknął Draco zasłaniając nos. Severusa najwyraźniej to rozbawiło. Jednak najgorzej miał Dumbledor, który przemawiał do (jak to było? Verisa?) tego czegoś... Nie mam pojęcia co było w celi numer 9 i każdej następnej, ponieważ dyrektor kazał mi i Draco wyjść na powierzchnię, za co byłam mu niezmiernie wdzięczna. Kiedy tylko znaleźliśmy się na świeżym powietrzu, odetchnęłam głęboko.
- To było chore! Jak można takie COŚ trzymać tutaj! W szkole! - oburzyłam się.
- Słuchaj Hermiona... - powiedział blondyn. - Ja... ja nie mogę walczyć. Nie mogę tam iść.
- Co?! - pokręcił głową. O co mu chodziło?
- Nie mogę. Zrozum mnie. On... on zabije mojego ojca - oznajmił.
Już chciałam mu wygarnąć, ale zamilkłam. Nigdy nienawidziłam Lucjusza, ale to był jego ojciec. Bał się. Widziałam to w jego oczach. Uświadomiłam sobie jak bardzo go nie znałam. Zawsze nim gardziłam, myślałam, że jest zwykłym idiotą, kretynem. Tylko jakoś nigdy nie pomyślałam "dlaczego?". Człowiek nie jest zły sam w sobie. Musi to robić z jakiegoś powodu, a więc dlaczego tak szybko go skreśliłam? Teraz wiem, że popełniłam błąd. Draco był tylko zwykłym uczniem i nie mógł odpowiadać za to, co czynił jego ojciec. Rodziny się nie wybiera. Jego ojciec służył Voldemortowi, matka też, a więc od dziecka jego też tego uczyli. To nie była jego wina. Jednak każdy z nas... ja, Harry, Ron, Ginny i cały Gryffindor nie próbowaliśmy go zrozumieć. Teraz zaczynałam. Stałam przed nim w milczeniu. Patrzeliśmy na siebie. Obydwoje nie wiedzieliśmy co dalej. Nasza przyszłość była nieznana. Nie miałam pojęcia jak się musiał czuć. Nie chciał siedzieć bezczynnie podczas wojny, ale jeśli tego nie zrobi - jego ojciec umrze. Nie chciałabym być na jego miejscu.
- Nie, jeśli my pierwsi zabijemy Voldemorta - powiedziałam stanowczo. - Jesteś z nami? - zapytałam. Przez chwilę milczał.
- Jestem z tobą - odpowiedział w końcu. Skinęłam mu głową. Staliśmy w mrozie na pustym placu. Nie wiedziałam gdzie są potwory, ale nie obchodziło mnie to szczególnie. - Hermiona... - odezwał się. Podszedł do mnie bliżej i ujął moją rękę w swoją. To mnie troszeczkę zbiło z tropu. - Słuchaj ja... Nie wiem co ty o mnie myślisz, ale ja naprawdę chcę pomóc. Ja nie jestem potworem. Nie chciałbym zginąć jako...
- Cii... - uciszyłam go. Nie chciałam, żeby teraz się krytykował. - Owszem, popełniłeś sporo... błędów, ale jesteś człowiekiem. Człowiek ma do tego prawo. Pamiętaj - uśmiechnęłam się. On po chwili też.
- Nie wiem, kiedy znowu będziemy sam na sam... więc... Uważaj na siebie, ok? - przytulił mnie.
- Ty też... - powiedziałam bardzo cicho. Draco czuł coś do mnie. Nie do końca wiedziałam co to było. Miłość? Może... Ja czułam do niego... hm... nie myślałam teraz o tym. Teraz moje myśli były gdzieś tam... na polu bitwy.
~ o ~
- Ginny! - krzyczał rozpaczliwie Ron. - Ginny tutaj! - Rudowłosa upuściła delikatnie czarnowłosą głowę koleżanki z groźnym urazem i podeszła do brata, który kucał obok Romildy Vane. Dziewczyna w szóstej klasie dała Harry'emu czekoladki z eliksirem miłosnym, a teraz leżała nieprzytomna na zimnej posadzce w ruinach jakiegoś domu. - Dostała od Bellatrix.
- Jakim zaklęciem!? - Ginny miała łzy w oczach od... odkąd tu przybyli. W oddali dało się słyszeć padające zaklęcia. Znajdowali się w starym budynku biblioteki. Rudowłosa robiła za pielęgniarkę. Co chwila ktoś przynosił kogoś rannego. Co chwilę także musieli się przenosić, bo śmierciożercy odkrywali ich kryjówki. W tej chwili walka rozgrywała się w małej czarodziejskiej wiosce, chociaż na całym świecie śmierciożercy pustoszyli domy, zabijali niewinnych ludzi.
- Nie wiem! - odkrzyknął brat. Huki nie ustawały. - Pomóż jej. Muszę iść. - Chłopak chciał wstać, ale Ginny złapała go za rękę.
- Ginny muszę... - zrozumiała, jednak nie chciała, by mu się coś stało.
- Uważaj na siebie - powiedziała, po czym puściła go i popatrzyła na ranną. Podeszła do niej Luna, która rozdawała wodę. Przybliżyła się do Romildy, ale rudowłosa pokiwała głową. - Zostaw... nie żyje.
W tym samym czasie Harry próbował się dostać do Voldemorta, lecz nikt nie miał pojęcia co się dzieje. W okół było mnóstwo gruzu, ruin i kurzu. Chłopak wycelował w czarną postać, która zabiłaby jakiegoś pierwszoroczniaka. Dzieci też walczyły, lecz na szczęście nieliczne. Do tej pory nie widzieli ani Freda, Georga i żadnego innego ucznia zabranego przez ministerstwo. Nie ruszali martwych. Harry zauważył Cho i ruszył w jej kierunku. O ile wiedział, zabili 2/11 armii Voldemorta. Nie wiedział ilu przyjaciół stracił. To było jedno wielkie bagno. Powoli zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że nie wyjdą z tego żywi. Chłopak ominął jakieś martwe ciało, brnął przez jedną z ulic. Spojrzał na czarne niebo. Nie dało się rozpoznać czy jest dzień czy noc. Nie wiedział ile godzin to trwa.
- Harry! - krzyknęła nagle jakaś dziewczyna. Była ze Slytherinu. Podbiegła do niego. - Przyjechaliśmy, żeby wam pomóc! - Teraz sobie przypomniał, że przecież ona wyjechała na święta. Za nią dostrzegł więcej uczniów.
- Viona... - złapał ją za ramiona. - Nie dajcie się.
- Jasne - odparła i lekko się uśmiechnęła. Gdy odpowiedział tym samym, pobiegła za jakiś budynek, aby pomóc innym, za nią podążyli pozostali. Chłopak musiał pomyśleć. Stracił Cho z oczu, więc wszedł do najbliższego domu. Próbował znaleźć jakiś sposób na wygraną, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Nagle coś rozbłysnęło zielonym światłem i w pomieszczeniu pojawiło się więcej osób.
- Harry! - krzyknęła Hermiona rzucając mu się na szyję. Przytulił ją. Nagle ich szanse wzrosły, kiedy zobaczył Dumbledora, McGonagall i resztę nauczycieli. Byli z nimi też inni, pewnie ktoś z ministerstwa. Był Lupin, Nimfadora, Syriusz, Molly i Artur Weasley, oraz wszyscy, którzy choć trochę znają się na magii. Nie było czasu na przytulanie i radowanie się. Przeszli od razu do rzeczy.
- Harry jakie mamy straty? - zapytał Dumbledore.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia. Jakieś... - spojrzał niepewnie na Hermione. Przecież nie mógł ukryć przed nią strasznej prawdy. - Połowa. - Dyrektor pokiwał smutno głową. Widać było, że intensywnie myśli.
- Nie możemy tak walczyć. Musimy się schować, a dopiero potem uderzyć. Razem. To nie może być takie chaotyczne. - Czarnowłosy rozumiał, jednak nie bardzo wiedział jak zebrać ich wszystkich razem.
- Wiem gdzie mniej więcej są - oznajmił chłopak. - Ja zajmę się tymi na zniszczonym rynku.
- Też znam ich lokalizację, dlatego ty, Harry, razem z Hermioną i Molly zajmiecie się wyprowadzeniem wszystkich z biblioteki. O ile wiem, tam jeszcze nie dotarł wróg. Lupin, ty pójdziesz na rynek. Arturze, ulica Geetstrid. Syriuszu, Hifgroot. Severusie, Kopenhalf... - Minęło kilka minut, zanim Dumbledor porozdzielał wszystkie obowiązki. - Spotkamy się na głównym placu w Hogwarcie.
- Nie! - zaprzeczył Harry. - Nie możemy uciekać. Nie po to tu przyszliśmy.
- Chłopcze nic nie zdziałasz, jeśli będziesz martwy! - wykrzyknął jakiś stary czarodziej.
- Posłuchaj mnie Harry... - zaczął Dumbledore. - Kiedy będziemy tam wszyscy, ustalimy co dalej, a wtedy uderzymy. Tak będzie lepiej. Opatrzymy rannych... - Po chwili namysłu chłopak skinął głową. - Dobrze. A więc ruszajmy.
Hermiona, Harry i pani Weasley zgodnie z rozkazami podążali do biblioteki. Trzymali się blisko ścian, żeby w razie jakiegoś niebezpieczeństwa zdążyć się ukryć.
- Harry... - zaczęła Hermiona. - Czy widziałeś... - głos uwiązł jej w gardle. Przełknęła ślinę i kontynuowała - czy widziałeś Freda i Georga? - Pani Molly, która szła z przodu, teraz obejrzała się i spojrzała na chłopca z nadzieją.
- Przykro mi, ale nie... To jednak nic nie znaczy. Nie wiemy gdzie oni są. Wszystkiego będziemy pewni, kiedy znajdziemy się na placu w Hogwarcie. Miejmy nadzieję, że wszyscy się tam spotkamy.
- Harry gdzie teraz? - spytała mama rudzielców. Stali na skrzyżowaniu ulic.
- Lewo - odpowiedział chłopak i znów ruszyli.
- A ty jak się czujesz Harry? - spytała Hermiona i złapała go za ramię.
- Dobrze. Nic mi nie jest - odparł. Wtem przed nimi jakby z podziemi wyrósł śmierciożerca Fenrir Greyback. Pani Weasley szybko wyciągnęła różdżkę przed siebie, lecz on był szybszy. Jednym ruchem sprawił, że kobieta poleciała kilka metrów w bok i z hukiem uderzyła w ścianę.
- Nie! - krzyknęła Granger patrząc na nieruchomą Molly. Nie zdążyła odwrócić głowy, kiedy poczuła, że jakieś silne ręce zaciskają się na jej ramieniu. Pazury Greybacka wbiły się w jej dłoń tak, że upuściła różdżkę na ziemię. Zrobiło jej się duszno i spojrzała na Harry'ego, który stał przed nią.
- Jeżeli wykonasz jakikolwiek ruch, ona zginie - oznajmił śmierciożerca z uśmiechem. - Różdżka! - wydarł się pokazując głową na ziemię. Chłopak podniósł ręce do góry w geście poddania i bardzo powoli kucnął. Skinął głową i wtedy cielsko Fenrira pchnęło Hermione na ziemię. Dziewczyna szybko się przewróciła z brzucha na plecy i zrozumiała co się stało. Kiedy cała uwaga śmierciożercy była skupiona na Harry'm, z tyłu podkradał się Benny, który czekał na właściwą okazję, aby zaatakować. Wskoczył mu na plecy i teraz się z nim szarpał wymachując jego różdżką na wszystkie strony. Potwór zaś wykrzykiwał różne zaklęcia, które trafiały w przypadkowe rzeczy takie jak, drzewo, okno, lampa i o mało co nie Harry'ego, lecz Granger w ostatniej sekundzie chwyciła go za nogę i go przewróciła.
- Przepraszam - powiedziała, kiedy upadł z hukiem na ziemie. Ten jednak nie wzruszony szybko podniósł się i wymierzył w potwora, który zrzuciwszy Benny'ego, teraz w niego celował.
- Drętwota! - krzyknął Harry i Fenrir upadł na glebę. Wcześniej jednak zdążył rzucić zaklęcie. Hermiona widziała wszystko jakby w zwolnionym tempie. Szybko wstała i podbiegła do Benny'ego, po chwili dołączył do niej Harry.
- To Intanto! - krzyknęła Hermiona, a w oczach miała łzy. - Efekt wbitego ostrza. - Rzeczywiście, koszulka chłopaka zaczęła nasiąkać krwią, jakby przed chwilą, ktoś wbił mu w brzuch nóż. - Musimy go stąd zabrać!
- Musimy stąd zwiewać! Sprawdź co z panią Molly, ja go wezmę! - powiedział Harry i ostrożnie zaczął podnosić chłopaka. Pani Weasley na szczęście nie stało się nic poważnego, nie licząc kilka siniaków i dała radę iść o własnych siłach. Do biblioteki nie było już tak daleko, wystarczyło tylko przejść jeszcze jedną ulicę. Po kilku minutach byli na miejscu.
- Harry! - krzyknęła radośnie Ginny, która owijała właśnie zranioną głowę Cho. Chłopak położył Benny'ego przy jednej ze ścian.
- Ginny sprawdź co z nim - powiedział.
- Dobrze... dokończ to - rudowłosa wręczyła mu bandaż i wskazała na czarnowłosą. Harry ukląkł i powoli zaczął owijać jej głowę.
- Jak się czujesz? - zapytał i uśmiechnął się do niej.
- Mną się nie przejmuj. Z nimi jest gorzej - Chang spojrzała na środek sali, gdzie leżeli uczniowie z gorszymi ranami. Niektórzy stracili swoje kończyny. Wszędzie było mnóstwo krwi. - Harry, co dalej?
- Za chwilę wszyscy się teleportujemy do Hogwartu - oznajmił. - Nie bój się, jakoś to będzie.
- Wiem. Bo mamy ciebie - odparła. Chłopak tylko się uśmiechnął i skończył ją bandażować. Wstał i podszedł do Hermiony.
- Dobra, zbierz wszystkich i każ im złapać się za ręce.
- Jasne - przytaknęła dziewczyna i wzięła się za zadanie. Harry także podchodził do uczniów i mówił, aby każdy wziął jednego rannego i czekał. W końcu jakoś wszyscy się zebrali i tworzyli jeden niezgrabny krąg.
- Czy kogoś nie ma? - zapytał. Nikt się nie odezwał dlatego skinął na Hermione. Trzy sekundy później nie słychać już było wykrzykiwanych zaklęć, huków rozwalanych budynków. Stali na placu Hogwartu, lecz dopiero tu zaczął się prawdziwy koszmar...
Hermiona, Harry i pani Weasley zgodnie z rozkazami podążali do biblioteki. Trzymali się blisko ścian, żeby w razie jakiegoś niebezpieczeństwa zdążyć się ukryć.
- Harry... - zaczęła Hermiona. - Czy widziałeś... - głos uwiązł jej w gardle. Przełknęła ślinę i kontynuowała - czy widziałeś Freda i Georga? - Pani Molly, która szła z przodu, teraz obejrzała się i spojrzała na chłopca z nadzieją.
- Przykro mi, ale nie... To jednak nic nie znaczy. Nie wiemy gdzie oni są. Wszystkiego będziemy pewni, kiedy znajdziemy się na placu w Hogwarcie. Miejmy nadzieję, że wszyscy się tam spotkamy.
- Harry gdzie teraz? - spytała mama rudzielców. Stali na skrzyżowaniu ulic.
- Lewo - odpowiedział chłopak i znów ruszyli.
- A ty jak się czujesz Harry? - spytała Hermiona i złapała go za ramię.
- Dobrze. Nic mi nie jest - odparł. Wtem przed nimi jakby z podziemi wyrósł śmierciożerca Fenrir Greyback. Pani Weasley szybko wyciągnęła różdżkę przed siebie, lecz on był szybszy. Jednym ruchem sprawił, że kobieta poleciała kilka metrów w bok i z hukiem uderzyła w ścianę.
- Nie! - krzyknęła Granger patrząc na nieruchomą Molly. Nie zdążyła odwrócić głowy, kiedy poczuła, że jakieś silne ręce zaciskają się na jej ramieniu. Pazury Greybacka wbiły się w jej dłoń tak, że upuściła różdżkę na ziemię. Zrobiło jej się duszno i spojrzała na Harry'ego, który stał przed nią.
- Jeżeli wykonasz jakikolwiek ruch, ona zginie - oznajmił śmierciożerca z uśmiechem. - Różdżka! - wydarł się pokazując głową na ziemię. Chłopak podniósł ręce do góry w geście poddania i bardzo powoli kucnął. Skinął głową i wtedy cielsko Fenrira pchnęło Hermione na ziemię. Dziewczyna szybko się przewróciła z brzucha na plecy i zrozumiała co się stało. Kiedy cała uwaga śmierciożercy była skupiona na Harry'm, z tyłu podkradał się Benny, który czekał na właściwą okazję, aby zaatakować. Wskoczył mu na plecy i teraz się z nim szarpał wymachując jego różdżką na wszystkie strony. Potwór zaś wykrzykiwał różne zaklęcia, które trafiały w przypadkowe rzeczy takie jak, drzewo, okno, lampa i o mało co nie Harry'ego, lecz Granger w ostatniej sekundzie chwyciła go za nogę i go przewróciła.
- Przepraszam - powiedziała, kiedy upadł z hukiem na ziemie. Ten jednak nie wzruszony szybko podniósł się i wymierzył w potwora, który zrzuciwszy Benny'ego, teraz w niego celował.
- Drętwota! - krzyknął Harry i Fenrir upadł na glebę. Wcześniej jednak zdążył rzucić zaklęcie. Hermiona widziała wszystko jakby w zwolnionym tempie. Szybko wstała i podbiegła do Benny'ego, po chwili dołączył do niej Harry.
- To Intanto! - krzyknęła Hermiona, a w oczach miała łzy. - Efekt wbitego ostrza. - Rzeczywiście, koszulka chłopaka zaczęła nasiąkać krwią, jakby przed chwilą, ktoś wbił mu w brzuch nóż. - Musimy go stąd zabrać!
- Musimy stąd zwiewać! Sprawdź co z panią Molly, ja go wezmę! - powiedział Harry i ostrożnie zaczął podnosić chłopaka. Pani Weasley na szczęście nie stało się nic poważnego, nie licząc kilka siniaków i dała radę iść o własnych siłach. Do biblioteki nie było już tak daleko, wystarczyło tylko przejść jeszcze jedną ulicę. Po kilku minutach byli na miejscu.
- Harry! - krzyknęła radośnie Ginny, która owijała właśnie zranioną głowę Cho. Chłopak położył Benny'ego przy jednej ze ścian.
- Ginny sprawdź co z nim - powiedział.
- Dobrze... dokończ to - rudowłosa wręczyła mu bandaż i wskazała na czarnowłosą. Harry ukląkł i powoli zaczął owijać jej głowę.
- Jak się czujesz? - zapytał i uśmiechnął się do niej.
- Mną się nie przejmuj. Z nimi jest gorzej - Chang spojrzała na środek sali, gdzie leżeli uczniowie z gorszymi ranami. Niektórzy stracili swoje kończyny. Wszędzie było mnóstwo krwi. - Harry, co dalej?
- Za chwilę wszyscy się teleportujemy do Hogwartu - oznajmił. - Nie bój się, jakoś to będzie.
- Wiem. Bo mamy ciebie - odparła. Chłopak tylko się uśmiechnął i skończył ją bandażować. Wstał i podszedł do Hermiony.
- Dobra, zbierz wszystkich i każ im złapać się za ręce.
- Jasne - przytaknęła dziewczyna i wzięła się za zadanie. Harry także podchodził do uczniów i mówił, aby każdy wziął jednego rannego i czekał. W końcu jakoś wszyscy się zebrali i tworzyli jeden niezgrabny krąg.
- Czy kogoś nie ma? - zapytał. Nikt się nie odezwał dlatego skinął na Hermione. Trzy sekundy później nie słychać już było wykrzykiwanych zaklęć, huków rozwalanych budynków. Stali na placu Hogwartu, lecz dopiero tu zaczął się prawdziwy koszmar...
~ o ~
Wszyscy przyporwadzili swoje grupy, oprócz Severusa. Tylko jego brakowało. Na ziemi leżały ciała zarówno żywe, jak i martwe. Pani Pomfrey biegała od jednego ucznia, do drugiego, aby udzielić pomocy, zresztą tak jak inni nauczyciele i uczniowie, którzy choć trochę się na tym znali. Słychać było płacz i zrozpaczone krzyki. Wszyscy stracili kogoś bliskiego. Ci, których tu nie było, zostali tam... prawdopodobnie martwi. Hermiona chodziła i szukała swoich przyjaciół. Ginny biegała i pomagała reszcie, Harry szukał Dumbledora, Molly opatrywała złamaną rękę Rona, który szukał wzrokiem ojca. Temu jednak nic poważnego się nie stało. Luna także pomagała opatrywać poszkodowanych. Cho odpoczywała i czekała na leki. Prawdopodobnie ma wstrząs mózgu, ale wyjdzie z tego. Neville ciągle zszokowany rozmawiał z jakimś tam kolegą. Draco przed chwilą znikł jej z oczu, ale raczej był cały. Kiedy ostatnio widziała Benny'ego, żył, więc teraz prawdopodobnie jest lepiej. Nigdzie jednak nie widziała ani Freda, ani Georga... W końcu dziewczyna zrezygnowana usiadła na ziemi.
Spojrzała na to wszystko. Jeden wielki smutek... rozpacz. Gdzieś za murami jakaś dziewczyna głośno płakała. Przy fontannie siedział chłopak, który trzymał swojego brata... martwego. Gdzieś indziej jakaś brunetka przytulała przyjaciółkę, która nie miała jednej ręki. Lupin właśnie ze smutkiem stwierdza, że kolejny uczeń nie żyje. Profesor McGonagall kiwa głową patrząc na tyle nieszczęść. Jakiś inny nauczyciel pociesza małą dziewczynkę, która szuka swego starszego brata.
Hermiona nie wiedziała już co ma robić... Nie była w stanie myśleć. Dziś straciła wielu przyjaciół. Niektórych uczniów znała tylko z widzenia, ale mimo wszystko trudno jest sobie wyobrazić, że nigdy więcej nie spotka ich na korytarzu, nigdy więcej nie udzieli odpowiedzi na jakieś proste pytanie z zielarstwa. Zdała sobie sprawę, że przecież to jeszcze wcale nie jest koniec. To dopiero początek. Oni tylko uciekli przed walką, a Voldemort tak łatwo się nie podda. Zrobiło się jeszcze bardziej smutno, kiedy dziewczyna przypomniała sobie który dzisiaj jest. Dziś był 24 grudnia. Wigilia... Przypomniało jej się jak Ginny mówiła jej, żeby przyjechała do nich, żeby wszystko było jak dawniej. Teraz nic nie będzie tak jak dawniej. Kompletnie nic... Cholera! Nawet nie wiedziała czy Fred i George żyją! Nie... trzeba to w końcu przyznać. Nie mieli szans. Żadnych szans...
W tej chwili napłynęły jej do oczu łzy. Przed twarzą miała tych dwoje. Największych błaznów, jakich widziała. Zawsze potrafili wszystkich rozśmieszyć. A ona nawet w jednym z nich się zakochała. Nigdy mu tego nie powie. Jest za późno... O wiele za późno... Być może zginęli od razu, kiedy przyjechali. Tak bardzo żałowała tego, że nigdy mu nie powie jak bardzo go kocha. Przeżywała teraz wszystkie te chwile na nowo, od pierwszego "Cześć jestem Fred", do ostatniej kłótni. Pamiętała wszystkie momenty... kiedy chodzili razem na mecze, kiedy on grał, a ona co chwilę na niego zerkała, kiedy w szóstej klasie chcieli wrzucić swoje nazwiska do czary ognia, a ona wiedziała, że to i tak nie wypali, te wszystkie święta, które spędzała u nich, kiedy dawała mu prezenty, jak świętowali jego urodziny, kiedy razem gotowali, jak rozmawiali wieczorem, gdy próbowali jej wcisnąć eliksir miłosny i w ogóle, kiedy przychodziła do ich sklepu, to witali ją radośnie i zawsze mięli czas, aby z nią porozmawiać, kiedy raz na balu Fred poprosił ją do tańca, lecz odmówiła, bo ją za bardzo bolały nogi... wtedy, gdy była zazdrosna o Angelinę, oraz Amber. Pamiętała wszystkie ich wynalazki, te dobre i te złe... Pamiętała również jak pomogli jej się zemścić na Ronie. Śmieszyło ją to jak potraktowali Umbridge i jak Fred obstawiał, że Hermiona pokona Rona w pojedynku, kiedy tworzyli gwardię Dumbledor'a. Wszystko to pamiętała... A jej ostatnia rozmowa? No właśnie... ostatni raz jak z nim rozmawiała - kłócili się. Zaczęło się od tego, że Fred zobaczył ją w objęciach Drako, a potem było tylko gorzej, ale to dowodziło tego, że jest Fred coś do niej czuł. Tym bardziej było smutno, bo już nigdy nie miała się dowiedzieć co to było.
- Wszystko w porządku? - spytał ktoś. Podniosła głowę i ujrzała Lunę. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że jest cała zapłakana.
- Tak ja tylko... - nagle na placu rozbłysło zielone światło i w jednej chwili ujrzeli grupę ludzi, a na ich czele Severusa. Czyli jednak przeżył! Hermionie serce nagle stanęło... otóż w tej grupce dostrzegła dwóch wysokich chłopaków, o rudych włosach. Doskonale znała tę twarz! Była trochę ubrudzona, ale jednak to byli oni! Fred i George! Dziewczyna szybko wstała i zaczęła biec w ich stronę. Myślała, że zaraz wzniesie się w powietrze i poleci, tak się ucieszyła. Jej serce biło tak szybko, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi i wyprzedzić dziewczynę. Hermiona zobaczyła, że po jej prawej stronie wstaje pani Molly wraz z Ronem, czyli to nie były zwidy. Także Ginny rzuciła miskę z bandażami i już pędziła w stronę braci. Jednak to Hermiona dotarła pierwsza i rzuciła się na Freda, który w ostatniej chwili się odwrócił i ją dostrzegł. Przytuliła się do niego tak, jakby od tego zależało jej życie, a on odwzajemnił uścisk. Obok stał George, który teraz trzymał matkę w ramionach. Hermiona zaczęła płakać jeszcze bardziej i nie mogła się opanować. Fred nic nie powiedział, tylko pogłaskał ją po głowie i przytulił jeszcze bardziej, co wydawało się wręcz nie możliwe. Żadna siła nie potrafiłaby ich teraz rozdzielić. Granger nie chciała go puszczać, ale wiedziała, że nie tylko ona czekała na jego powrót. Powoli odsunęła się od niego, żeby mógł przytulić swoją siostrę. Hermiona uśmiechała się przez łzy i teraz podeszła do Georga i przytuliła go równie mocno, lecz krócej.
- Hej, hej... żyjemy, ale jak będziecie nas tak ściskać to zaraz może się to zmienić - powiedział rozbawiony Fred. Nawet w takiej chwili potrafił żartować. Dla Hermiony cały świat zniknął i został tylko on. Tak bardzo za nim tęskniła... myślała, że już nigdy go nie zobaczy, dlatego wydawało jej się, że zaraz padnie ze szczęścia.
I nagle wszystko się rozprysło... Zawołała ją Luna... Kiedy Hermiona spojrzała na nią, uśmiech jej zbladł. Powoli podeszła bliżej. Blondynka klęczała przy Benny'm. Za nią stali jego kumple, którzy nie kryli łez. Granger zrobiło się zimno. Przyśpieszyła kroku i już znajdowała się przy nich. Uklękła i spojrzała na bladego, nieruchomego chłopaka. Oddychał. Złapała go za rękę, a ten otworzył oczy. Luna wstała i odsunęła się trochę, a Hermiona uśmiechnęła się. Benny odpowiedział tym samym, ale widać było, że sprawiło mu to ból... Widać było, że powoli odchodził. Dziewczyna odwróciła się gwałtownie i już chciała wezwać pomocy, ale wtedy odezwał się on:
- Nie... - powiedział cicho. - Zrobili wszystko co mogli... Rana jest za groźna. Nic już nie można zrobić. - Dziewczyna słuchała i tylko kręciła głową, nie chcąc wierzyć. - Odchodzę...
- Nie, nie... cii... - miała łzy w oczach. To nie mogła być prawda. On nie zasłużył sobie na śmierć! A już szczególnie nie na taką! Przecież obronił ją, gdyby nie on... nie żyłaby. - Będzie dobrze.
- Hermiona...
- Uratowałeś mnie - szepnęła. - To nie może się tak skończyć! To ja powinnam umrzeć!
- Cieszę się, że to zrobiłem... cieszę się, że jesteś cała. Hermiona... ja ci mówiłem, żebyś zawsze pamiętała, że cię kocham. Zawsze będę cię kochać. Dlatego byłem gotów poświęcić za ciebie życie...
- To nie jest fair... - powiedziała pociągając nosem i tłumiąc jakoś płacz.
- Nie... ty byłaś sensem mojego życia. Gdyby on cię zabił nie miałbym po co żyć, dlatego cieszę się, że tak umieram. Umieram za miłość.
- Benny... Proszę cię. Wytrzymaj... - Hermiona siedziała przy nim i ściskała go mocno za ręce. - Luna przyprowadź Dumbledor'a! Szybko! On go uratuje!
- Eh... Hermi... Hermi spójrz na mnie - poprosił chłopak. - Chciałbym, żebyś wiedziała, że cię kocham. Może zawsze myślałaś, że to tylko dla popisu, że udaję, że się zgrywam, ale nie... ja cię na prawdę kocham. Kiedyś tak bardzo bałem się, że stracę to co kocham... że nie chciałem kochać niczego. No cóż... - chłopak uśmiechnął się smutno - nie potrafiłem się w tobie nie zakochać.Wiesz dlaczego cię kocham? - zapytał.
- Dlaczego?
- Ponieważ inaczej nie umiem. Jesteś jak powietrze. Jesteś zawsze gdzieś w okół mnie... nawet jeśli cię nie wiedzę, to wiem, że jesteś w moim sercu. Czy ludzie potrafiliby żyć bez powietrza? Nie. Ja nie potrafię żyć bez ciebie. Hermi... słuchaj ja nie chciałbym abyś czuła się winna. To była moja decyzja i naprawdę się cieszę, kiedy wiem, że to ty będziesz żyła. Oddaje swoje życie, abyś ty mogła żyć.
- Benny... nie zostawiaj mnie.
- Nigdy. Nigdy cię nie zostawię, zawsze będę przy tobie. Kiedy tylko mocniej zaświeci słońce... pamiętaj, to będę ja.
Po policzkach Hermiony spływały słone łzy. Umierał...
- Hermi... nie płacz. Obiecuję ci... - mówił bardzo bardzo cicho, i dziewczyna musiała się przybliżyć, żeby dosłyszeć - ...obiecuję ci, że już niedługo otulę cię skrzydłami i będziesz miała swojego drugiego, prywatnego anioła stróża. Nie pozwolę cię skrzywdzić. Pamiętaj...
Benny powoli zamknął oczy, głowa opadła mu na bok, a zimne ręce już nie ściskały jej palców. Odszedł na zawsze...
Twarz dziewczyny była już cała mokra, a ona nie kryła swojego smutku. Głośno płakała i nie mogła się opanować. Kawałek dalej jego koledzy także łkali. Hermiona położyła głowę na jego piersi, która nie uniesie się już nigdy. Nie słyszała nic, jego serce przestało już bić. Po chwili uniosła głowę i spojrzała na niego. Był taki blady... Pamiętała, że zawsze był roześmiany, czarujący, uroczy. Teraz już nigdy nie usłyszy jego śmiechu, już nigdy nie powie jej, że ją kocha. Ona w pierwszej i drugiej klasie podkochiwała się w nim skrycie, a teraz... mimo tego, że kochała innego, nie mogła pogodzić się z jego odejściem. Nachyliła się nad nim bardziej i złożyła na jego ustach delikatny pocałunek. Prawda była taka, że go kochała jak brata. Dlatego teraz wyszeptała te dwa piękne słowa, które tak bardzo chciał usłyszeć. Łzy kapnęły na jego policzek. Starła je i znów położyła głowę na jego klacie. Leżała tak jeszcze kilka minut, zanim przyszedł Dumbledore. Niestety było już za późno. Benny stał się tylko kolejnym nazwiskiem na liście ofiar wojny. A dlaczego zginął? Bo oddał za nią życie.
Nagle zrobiło jej się tak jakoś cieplej... To był on. Wiedziała, czuła to. Otulił ją skrzydłami, tak jak obiecał. Dziewczyna nabrała nowych sił. Nadal płacząc, wstała, lecz zacisnęła pięści i spojrzała na świat inaczej. Zza gór wychodziło słońce. Nowy dzień. Hermiona postanowiła, że dorwie Fenrira i zemści się. Nadzieja powróciła, a wraz z nią chęć do walki. Będzie dobrze. Musi być...
Hermiona nie wiedziała już co ma robić... Nie była w stanie myśleć. Dziś straciła wielu przyjaciół. Niektórych uczniów znała tylko z widzenia, ale mimo wszystko trudno jest sobie wyobrazić, że nigdy więcej nie spotka ich na korytarzu, nigdy więcej nie udzieli odpowiedzi na jakieś proste pytanie z zielarstwa. Zdała sobie sprawę, że przecież to jeszcze wcale nie jest koniec. To dopiero początek. Oni tylko uciekli przed walką, a Voldemort tak łatwo się nie podda. Zrobiło się jeszcze bardziej smutno, kiedy dziewczyna przypomniała sobie który dzisiaj jest. Dziś był 24 grudnia. Wigilia... Przypomniało jej się jak Ginny mówiła jej, żeby przyjechała do nich, żeby wszystko było jak dawniej. Teraz nic nie będzie tak jak dawniej. Kompletnie nic... Cholera! Nawet nie wiedziała czy Fred i George żyją! Nie... trzeba to w końcu przyznać. Nie mieli szans. Żadnych szans...
W tej chwili napłynęły jej do oczu łzy. Przed twarzą miała tych dwoje. Największych błaznów, jakich widziała. Zawsze potrafili wszystkich rozśmieszyć. A ona nawet w jednym z nich się zakochała. Nigdy mu tego nie powie. Jest za późno... O wiele za późno... Być może zginęli od razu, kiedy przyjechali. Tak bardzo żałowała tego, że nigdy mu nie powie jak bardzo go kocha. Przeżywała teraz wszystkie te chwile na nowo, od pierwszego "Cześć jestem Fred", do ostatniej kłótni. Pamiętała wszystkie momenty... kiedy chodzili razem na mecze, kiedy on grał, a ona co chwilę na niego zerkała, kiedy w szóstej klasie chcieli wrzucić swoje nazwiska do czary ognia, a ona wiedziała, że to i tak nie wypali, te wszystkie święta, które spędzała u nich, kiedy dawała mu prezenty, jak świętowali jego urodziny, kiedy razem gotowali, jak rozmawiali wieczorem, gdy próbowali jej wcisnąć eliksir miłosny i w ogóle, kiedy przychodziła do ich sklepu, to witali ją radośnie i zawsze mięli czas, aby z nią porozmawiać, kiedy raz na balu Fred poprosił ją do tańca, lecz odmówiła, bo ją za bardzo bolały nogi... wtedy, gdy była zazdrosna o Angelinę, oraz Amber. Pamiętała wszystkie ich wynalazki, te dobre i te złe... Pamiętała również jak pomogli jej się zemścić na Ronie. Śmieszyło ją to jak potraktowali Umbridge i jak Fred obstawiał, że Hermiona pokona Rona w pojedynku, kiedy tworzyli gwardię Dumbledor'a. Wszystko to pamiętała... A jej ostatnia rozmowa? No właśnie... ostatni raz jak z nim rozmawiała - kłócili się. Zaczęło się od tego, że Fred zobaczył ją w objęciach Drako, a potem było tylko gorzej, ale to dowodziło tego, że jest Fred coś do niej czuł. Tym bardziej było smutno, bo już nigdy nie miała się dowiedzieć co to było.
- Wszystko w porządku? - spytał ktoś. Podniosła głowę i ujrzała Lunę. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że jest cała zapłakana.
- Tak ja tylko... - nagle na placu rozbłysło zielone światło i w jednej chwili ujrzeli grupę ludzi, a na ich czele Severusa. Czyli jednak przeżył! Hermionie serce nagle stanęło... otóż w tej grupce dostrzegła dwóch wysokich chłopaków, o rudych włosach. Doskonale znała tę twarz! Była trochę ubrudzona, ale jednak to byli oni! Fred i George! Dziewczyna szybko wstała i zaczęła biec w ich stronę. Myślała, że zaraz wzniesie się w powietrze i poleci, tak się ucieszyła. Jej serce biło tak szybko, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi i wyprzedzić dziewczynę. Hermiona zobaczyła, że po jej prawej stronie wstaje pani Molly wraz z Ronem, czyli to nie były zwidy. Także Ginny rzuciła miskę z bandażami i już pędziła w stronę braci. Jednak to Hermiona dotarła pierwsza i rzuciła się na Freda, który w ostatniej chwili się odwrócił i ją dostrzegł. Przytuliła się do niego tak, jakby od tego zależało jej życie, a on odwzajemnił uścisk. Obok stał George, który teraz trzymał matkę w ramionach. Hermiona zaczęła płakać jeszcze bardziej i nie mogła się opanować. Fred nic nie powiedział, tylko pogłaskał ją po głowie i przytulił jeszcze bardziej, co wydawało się wręcz nie możliwe. Żadna siła nie potrafiłaby ich teraz rozdzielić. Granger nie chciała go puszczać, ale wiedziała, że nie tylko ona czekała na jego powrót. Powoli odsunęła się od niego, żeby mógł przytulić swoją siostrę. Hermiona uśmiechała się przez łzy i teraz podeszła do Georga i przytuliła go równie mocno, lecz krócej.
- Hej, hej... żyjemy, ale jak będziecie nas tak ściskać to zaraz może się to zmienić - powiedział rozbawiony Fred. Nawet w takiej chwili potrafił żartować. Dla Hermiony cały świat zniknął i został tylko on. Tak bardzo za nim tęskniła... myślała, że już nigdy go nie zobaczy, dlatego wydawało jej się, że zaraz padnie ze szczęścia.
--------
(Polecam włączyć sobie teraz tą melodię - https://www.youtube.com/watch?v=OJL33R-GyBc)
-------
I nagle wszystko się rozprysło... Zawołała ją Luna... Kiedy Hermiona spojrzała na nią, uśmiech jej zbladł. Powoli podeszła bliżej. Blondynka klęczała przy Benny'm. Za nią stali jego kumple, którzy nie kryli łez. Granger zrobiło się zimno. Przyśpieszyła kroku i już znajdowała się przy nich. Uklękła i spojrzała na bladego, nieruchomego chłopaka. Oddychał. Złapała go za rękę, a ten otworzył oczy. Luna wstała i odsunęła się trochę, a Hermiona uśmiechnęła się. Benny odpowiedział tym samym, ale widać było, że sprawiło mu to ból... Widać było, że powoli odchodził. Dziewczyna odwróciła się gwałtownie i już chciała wezwać pomocy, ale wtedy odezwał się on:
- Nie... - powiedział cicho. - Zrobili wszystko co mogli... Rana jest za groźna. Nic już nie można zrobić. - Dziewczyna słuchała i tylko kręciła głową, nie chcąc wierzyć. - Odchodzę...
- Nie, nie... cii... - miała łzy w oczach. To nie mogła być prawda. On nie zasłużył sobie na śmierć! A już szczególnie nie na taką! Przecież obronił ją, gdyby nie on... nie żyłaby. - Będzie dobrze.
- Hermiona...
- Uratowałeś mnie - szepnęła. - To nie może się tak skończyć! To ja powinnam umrzeć!
- Cieszę się, że to zrobiłem... cieszę się, że jesteś cała. Hermiona... ja ci mówiłem, żebyś zawsze pamiętała, że cię kocham. Zawsze będę cię kochać. Dlatego byłem gotów poświęcić za ciebie życie...
- To nie jest fair... - powiedziała pociągając nosem i tłumiąc jakoś płacz.
- Nie... ty byłaś sensem mojego życia. Gdyby on cię zabił nie miałbym po co żyć, dlatego cieszę się, że tak umieram. Umieram za miłość.
- Benny... Proszę cię. Wytrzymaj... - Hermiona siedziała przy nim i ściskała go mocno za ręce. - Luna przyprowadź Dumbledor'a! Szybko! On go uratuje!
- Eh... Hermi... Hermi spójrz na mnie - poprosił chłopak. - Chciałbym, żebyś wiedziała, że cię kocham. Może zawsze myślałaś, że to tylko dla popisu, że udaję, że się zgrywam, ale nie... ja cię na prawdę kocham. Kiedyś tak bardzo bałem się, że stracę to co kocham... że nie chciałem kochać niczego. No cóż... - chłopak uśmiechnął się smutno - nie potrafiłem się w tobie nie zakochać.Wiesz dlaczego cię kocham? - zapytał.
- Dlaczego?
- Ponieważ inaczej nie umiem. Jesteś jak powietrze. Jesteś zawsze gdzieś w okół mnie... nawet jeśli cię nie wiedzę, to wiem, że jesteś w moim sercu. Czy ludzie potrafiliby żyć bez powietrza? Nie. Ja nie potrafię żyć bez ciebie. Hermi... słuchaj ja nie chciałbym abyś czuła się winna. To była moja decyzja i naprawdę się cieszę, kiedy wiem, że to ty będziesz żyła. Oddaje swoje życie, abyś ty mogła żyć.
- Benny... nie zostawiaj mnie.
- Nigdy. Nigdy cię nie zostawię, zawsze będę przy tobie. Kiedy tylko mocniej zaświeci słońce... pamiętaj, to będę ja.
Po policzkach Hermiony spływały słone łzy. Umierał...
- Hermi... nie płacz. Obiecuję ci... - mówił bardzo bardzo cicho, i dziewczyna musiała się przybliżyć, żeby dosłyszeć - ...obiecuję ci, że już niedługo otulę cię skrzydłami i będziesz miała swojego drugiego, prywatnego anioła stróża. Nie pozwolę cię skrzywdzić. Pamiętaj...
Benny powoli zamknął oczy, głowa opadła mu na bok, a zimne ręce już nie ściskały jej palców. Odszedł na zawsze...
Twarz dziewczyny była już cała mokra, a ona nie kryła swojego smutku. Głośno płakała i nie mogła się opanować. Kawałek dalej jego koledzy także łkali. Hermiona położyła głowę na jego piersi, która nie uniesie się już nigdy. Nie słyszała nic, jego serce przestało już bić. Po chwili uniosła głowę i spojrzała na niego. Był taki blady... Pamiętała, że zawsze był roześmiany, czarujący, uroczy. Teraz już nigdy nie usłyszy jego śmiechu, już nigdy nie powie jej, że ją kocha. Ona w pierwszej i drugiej klasie podkochiwała się w nim skrycie, a teraz... mimo tego, że kochała innego, nie mogła pogodzić się z jego odejściem. Nachyliła się nad nim bardziej i złożyła na jego ustach delikatny pocałunek. Prawda była taka, że go kochała jak brata. Dlatego teraz wyszeptała te dwa piękne słowa, które tak bardzo chciał usłyszeć. Łzy kapnęły na jego policzek. Starła je i znów położyła głowę na jego klacie. Leżała tak jeszcze kilka minut, zanim przyszedł Dumbledore. Niestety było już za późno. Benny stał się tylko kolejnym nazwiskiem na liście ofiar wojny. A dlaczego zginął? Bo oddał za nią życie.
Nagle zrobiło jej się tak jakoś cieplej... To był on. Wiedziała, czuła to. Otulił ją skrzydłami, tak jak obiecał. Dziewczyna nabrała nowych sił. Nadal płacząc, wstała, lecz zacisnęła pięści i spojrzała na świat inaczej. Zza gór wychodziło słońce. Nowy dzień. Hermiona postanowiła, że dorwie Fenrira i zemści się. Nadzieja powróciła, a wraz z nią chęć do walki. Będzie dobrze. Musi być...
"Zmieniając myślenie,
zmieniasz rzeczywistość..."


