piątek, 10 kwietnia 2015

Rozdział 30: "Między murami"


"I dziś pnę się wysoko, na szczyt,
Gdzieś wewnątrz mnie upadam, nie mam Ciebie, nie mam nic.
Poza mną się kręci ten świat,
Choć próbuję się odnaleźć, choć minęło tyle lat."

Hermiona nie mogła uwierzyć w to, co właśnie zobaczyła. Stała bezradnie z otwartymi ustami i wpatrywała się w ruiny Hogwartu, który był dla niej jak dom. Był częścią jej rodziny i teraz właśnie czuła, że cząstka jej się rozpadła.
- Co tu się stało? - zdołała wykrztusić powoli. Kajm stał parę kroków za nią i patrzył na ten sam straszliwy obraz, który go nawet nie ruszył, a trochę rozbawił, lecz kiedy tylko odwróciła się aby na niego spojrzeć, spuścił głowę i zachował powagę.


- Co tu się stało? - zapytała ponownie.
- Voldemort nie chciał czekać, aż sami stawicie mu czoło i wyszedł po was. Nie byli przygotowani - powiedział spokojnie. - Wiedziałem, że tak będzie.
- Dlaczego nie powiedziałeś?! - krzyknęła i odwróciła się do niego przodem, a ten odszedł kilka kroków i niespokojnie patrzył w niebo. Hermiona cierpliwie stała i w milczeniu czekała na odpowiedź, do oczy zaczęły napływać jej łzy.


- To nie moja wojna - oznajmił cicho.
Dziewczyna westchnęła.
- Nie musisz się martwić. Tylko jedna osoba została ranna - dodał po chwili.
- CO?! Kto?! - przestraszyła się.
- Idź i sama sprawdź.
Gryfonka spojrzała powoli na ruiny, kamienie, piasek, ale stąd nic nie było widać. Powoli zrobiła krok w tamtą stronę. Niepewnie spojrzała jeszcze na anioła, a ten oglądał to z zainteresowaniem, jakby był ciekaw czy podejdzie bliżej, czy nie. Pewnie był. Ona nie myślała teraz o nim. Jej oddech zrobił się ciężki, a serce waliło mocno i ciągle zwiększało tempo. Jej włosy rozwiewały się na wszystkie strony, kiedy lekki. chłodny wiatr zwiedzał miejsce, w którym jeszcze niedawno stał piękny, majestatyczny zamek. Drzewa w oddali szeleściły, niebo było wciąż zachmurzone i szare. Bijąca Wierzba została wyrwana z korzeniami i teraz leżała martwa na ziemi. Nie było śladu po dawnym życiu.
Dziewczyna stała na głównym placu (o ile można go tak jeszcze nazwać). Kolumny były roztrzaskane i poprzewracane, mury runęły, wejścia się zawaliły. Gdzieniegdzie leżał popiół, kurz nie opadł jeszcze od końca. W powietrzu dało się wyczuć zło. Czarną magię. Kiedy Hermi przesuwała się powoli pomiędzy kamieniami, Kajm stał tam gdzie wcześniej i przyglądał jej się. Po chwili tam, gdzie kiedyś znajdowała się kuchnia, dziewczyna zobaczyła mur, który zwalił się na ziemię i przygniótł jakąś osobę, ponieważ spod niego wystawała nieruchoma, blada, zakrwawiona ręka. Hermiona przystanęła, a jej serce wręcz przeciwnie - zaczęło pędzić jeszcze bardziej. Bała się. Nie wiedziała kto tam leży. Mógłby to być Fred, Harry, Ron, Draco, Cho, Ginny lub ktokolwiek inny. Nie była pewna czy chciała wiedzieć, ale musiała, bo zawsze tak było. Hermiona Granger musiała wiedzieć wszystko, przez niewiedzę nie potrafiła spać. Był tylko jeden problem - jak odsunąć głaz, aby dowiedzieć się kto jest pod nim? Może i była mądra, ale na pewno nie była aż taka silna. Spojrzała na anioła z nadzieją, że ten jej pomoże.
- Jak mam to odsunąć? - zapytała. O dziwo Kajma nie było  w miejscu, w którym stał poprzednio. Po chwili usłyszała za sobą łopot skrzydeł. Nie lubiła gdy ktoś się zakradał od tyłu.
- Nie wiem. Wymyśl coś - odpowiedział lądując łagodnie na ziemi.
- Myślałam, że może mógłbyś mi pomóc - powiedziała nieśmiało.
- Hah... dlaczego miałbym to robić? - zaśmiał się podchodząc bliżej. Takiego pytania się obawiała.
- Nie wiem. Może mógłbyś okazać trochę szacunku.
- Dlaczego? Ludzie nazywają mnie potworem - był blisko niej i odważnie patrzył w oczy, ale ona znała te sztuczki, czytała o nich w książkach, dlatego wyprostowała się i nie odwracała wzroku.
- Więc może mógłbyś udowodnić, że tak nie jest - odparowała. Przez chwilę jeszcze tak stał, ale potem się uśmiechnął i cofnął.
- Hah.. ale tak jest - jego oczy zabłysnęły i w tej chwili błyskawica przecięła niebo. Z chmur zaczął padać śnieg, co było rzadkim zjawiskiem. Na jego odpowiedź nie była przygotowana.


Zrezygnowanym krokiem podążyła do miejsca, w którym po raz pierwszy wylądowali.
- Gdzie oni są? - zapytała. - Chociaż tyle możesz mi powiedzieć?
- Nie wiem. Ale nie powinnaś tu zostać - stwierdził wzruszając ramionami. - Mogę zabrać cię do miasta aniołów.
- Nie dzięki - odparła z wyrzutem.
- Jak chcesz... - jego skrzydła powoli się zwinęły, żeby za chwilę rozwinąć się i unieść w górę jego ciało. - Do zobaczenia - wyszeptał jeszcze, po czym wzbił się w powietrze, aż w końcu zniknął w chmurach.
- Idź do diabła! - krzyknęła ze wściekłością. - Idiota - mruknęła po chwili. Po dziesięciu minutach doszła do domku Hagrida. Także był doszczętnie zniszczony. Podskoczyła ze strachu kiedy nagle, za jej plecami, usłyszała szelest łamanej gałęzi. Odwróciła się i przymrużyła oczy, aby lepiej dostrzec co kryję się w ciemnościach lasu. Kiedy dostrzegła jakąś postać, szybko schowała się za większym kamieniem i obserwowała. Z gęstwin wyszedł jakiś znajomy chłopak w podartym mundurku innej szkoły. Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Oto kawałek przed nią stał ktoś, kogo kiedyś darzyła silnym uczuciem i o kim dawno zapomniała. Utykał na jedną nogę i wyglądał jakby przed chwilą stoczył z kimś walkę, ale nadal miał w sobie ten sam urok co kiedyś. Jednak coś podpowiadało dziewczynie, że nie powinna rzucać mu się na szyję, że powinna zostać w ukryciu, ponieważ w jego oczach dostrzegła jakąś dzikość. Jakby wszystko mimo zakrwawionych ran pozostało niezmienne oprócz oczu. Na jednej z lekcji uczyła się, że to właśnie oczy się nigdy nie zmieniają. Dlatego, mimo tego, że chciała krzyknąć jego imię i mocno go przytulić, powstrzymała się. To był dobry wybór, ponieważ kiedy tylko Victor Krum dotarł do ruin domu Hagrida, zaczęło się z nim dziać coś złego. Dziewczyna bezszelestnie, za jego plecami, podbiegła na najbliższego drzewa i zza niego obserwowała to, co działo się dalej. Victor upadł na roztrzaskane schody i zaczął przeraźliwie krzyczeć. Nie widziała jego twarzy, ponieważ był tyłem do niej, ale mogła być pewna, że był na niej ból. Widziała natomiast jego palce, które zaczęły się nienaturalnie wyginać, oraz porastać włosami.



Ledwo powstrzymała się od krzyku, kiedy widziała zniekształcający się kręgosłup. Nagle szybko się podniósł i spojrzał w jej stronę. 


Po chwili ze zgrozą uświadomiła sobie, że patrzy właśnie na nią, a wtedy jej serce zamarło.


Ale było już trochę za późno... 

"Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany, połam bat
A mury runą...
i pogrzebią stary świat!
(...) Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły...
Łańcuch kołysał się u nóg..."