"Nade mną śmierć władzy
mieć nie będzie. Gdy nadejdzie
mój czas, odejdę z własnej,
nieprzymuszonej woli, na własnych
nogach i o własnych siłach,
bez pomocy śmierci, która
straszyła mnie przez całe życie."
Hermiona siedziała w namiocie pijąc herbatę. Padało już od kilku godzin. Większość jej znajomych nie odzywała się do nikogo, tylko nieliczni próbowali przerwać ciszę, jednak po paru zdaniach także milki. Gdzie by się nie ruszyć - tam ponura atmosfera. Fred zniknął, albo trzymał się z daleka od innych, a gryfonka siedziała tak od godziny, wpatrzona w podłogę, skulona i smutna. W końcu podszedł do niej Harry i usiadł obok. Przez pierwsze pięć minut nic nie mówił, lecz postanowił się odezwać.
- Jak się czujesz? - nie bardzo wiedział co powiedzieć, więc zadał standardowe pytanie. Dziewczyna nie odpowiedziała, ale wcale nie był zdziwiony z tego powodu. - George był... wyjątkowy. Wszyscy go lubili... - ciągnął. - Będzie nam go brakowało... Szczególnie przy Fredzie. Musi mu być teraz ciężko... zdaje sobie sprawę z tego, że za każdym razem, kiedy ktoś na niego spojrzy, zabraknie tam George'a. - Chłopak na chwilę zamilknął, a ona pociągnęła nosem.
- Nie wyobrażam sobie dalszego życia. To nie będzie normalne - odezwała się. - I to wszystko przeze mnie, rozumiesz? - spojrzała na niego ze łzami w oczach.
- Nie - pokręcił głową - nie możesz...
- Harry, ale to prawda! Gdyby mnie tam nie było...
- Nie wiesz co by się stało. Może nikt by nie zginął, fakt, ale może zginęłoby więcej osób?
- Harry... ale on wróci. Wiesz o tym.
- I każdy z nas będzie chciał się zemścić za George'a. Więc jeśli tu wróci to sam wyda na siebie wyrok.
Granger nie odpowiedziała. Marzyła teraz tylko o tym, aby to wszystko okazało się złym snem. Nie tak powinno być. Nienawidziła za to całego świata, że wszystko ułożyło się nie tak, jak miało. To nie było fair... Powinna uczyć się teraz do testów, siedzieć w ciepłym dormitorium, albo z rodziną w domu, cieszyć się z prezentów, pisać listy do przyjaciół. Jednak jest inaczej... siedzi i marznie w namiocie w środku jakiegoś lasu, z dala od zburzonego Hogwartu, pocieszana przed Harry'ego, ponieważ zginął brat Freda... chłopaka którego kocha. Powinna siedzieć w pokoju i wyobrażać sobie co by było gdyby... stwarzać historie i plany, które nigdy nie miały się sprawdzić. Tymczasem była wojna. Istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, że on także zginie. Co wtedy? Wtedy chyba pójdzie do Saitana i albo go pokona, albo zginie. Wszystko jedno. Niczego nie pragnęła bardziej niż tego, żeby wszystko się już skończyło. Nieważne jak, byleby się skończyło.
- Ile to jeszcze potrwa? - zapytała cicho. - Ile jeszcze będziemy tu siedzieć i czekać bezczynnie aż to oni wykonają jakiś ruch?
- Hermiona,.. czuję dokładnie to, co ty. Ale co możemy zrobić?
- Nie mam pojęcia co możemy zrobić! Nikt nie wie co możemy zrobić! Może po prostu chodźmy walczyć?!
- O to im właśnie chodzi, bez plany, bez broni, bez pomocy. Chcesz od razu zginąć?
- Wszystko mi jedno - odparła. Chłopak spojrzał na nią uważnie.
- Jak to WSZYSTKO CI JEDNO? Nie możemy się poddawać. Nie damy mu tej satysfakcji.
- Damy mu to, co będzie chciał, Harry. Nic nie możesz zrobić tu nawet ty. Przykro mi... - spuściła głowę. Nie wiedziała, czy uraziła tymi słowami chłopaka, bo wstał i oddalił się, ale powiedziała to, co myśli., jednak wcale nie poczuła się lepiej. Chciała wstać, gdzieś pójść, ale na dworze lało. Rozejrzała się po namiocie. Oprócz niej byli tu jeszcze Neville z Luną. "Przynajmniej oni mają siebie" - pomyślała. Zastanowiła się nad tym, gdzie może w tej chwili być Fred, co robi. Pewnie rozpacza... Ale nie ma innego wyjścia niż to zaakceptować. On jest silnym chłopakiem i na pewno sobie poradzi, wiedziała to. Doskonale rozumiała, że ta strata była wielkim szokiem. Wiedziała, że tak naprawdę były dwa zgony, a jeden pogrzeb, ponieważ razem z George'm umarła cząstka duszy Freda. Musi przeczekać ten okres i wtedy dopiero powie mu co do niego czuje. Obiecała to sobie. Zrobi to, kiedy będzie okazja. Dosyć czekania, bo potem może być za późno...

Cztery godziny później deszcz przestał padać, więc dziewczyna wyszła na zewnątrz. Zawsze lubiła zapach deszczu, jednak teraz miała wrażenie, że wdycha do płuc zapach śmierci. Nikogo nie zauważyła. Już po pierwszych krokach miała ubrudzone buty, ale nie zatrzymywała się. Z jakiegoś innego namiotu wyszła Ginny. Zauważywszy Hermione, podeszła do niej.
- Widziałaś może Harry'ego? - zapytała. Wyglądała na przejętą.
- Nie...
- A Freda?
- Nie od... od pogrzebu. Czemu?
- Bo zniknęli. Nikt ich nie widział - odparła, a słowa odbiły się echem w głowie gryfonki...
"Istnieje zapach... Zapach śmierci...
6 rodzaj zmysłu. Widać go w oczach osoby,
którą upatrzyła sobie śmierć.
Można poczuć jak odchodzi z człowieka życie.
Tylko poczuć i po prostu zaakceptować."
Długo nie pisałam i teraz dodałam taki krótki rozdział, ale naprawdę mam mało czasu. W dodatku zajęłam się askiem, na którego serdecznie wszystkich zapraszam:
http://ask.fm/TajemniczaKsiezniczka77
Postaram się pisać częściej, ale mam nadzieje, że rozumiecie mnie i wybaczycie. Już niedługo będzie się działo, więc DO ZOBACZENIA! Koomeentuujcie, bo to też pomaga!