"Ból, który teraz czujemy
przypomina nam, że chociaż pochodzimy
z różnych krajów i mówimy różnymi językami
- nasze serca biją jednym rytmem."
- Albus Dumbledore
W nocy obudziły mnie jakieś krzyki. Usiadłam na posłaniu i rozejrzałam się. Przez namiot widziałam, że na zewnątrz jest jasno, ale wcale nie przez słońce, albo lampiony. Wybiegłam szybko nie zwracając uwagi na moje ubranie. Las i niektóre namioty się paliły. Ludzie biegali i krzyczeli, rzucając zaklęciami. Śmierciożercy.
Wróciłam do środka i czym prędzej obudziłam pozostałych. Złapałam różdżkę i wybiegłam na dwór. Długo nie musiałam szukać przeciwnika. Przede mną pojawiła się Bellatrix Lestrange - brąz kołtun. Rzuciła we mnie drętwotą, ale szybko je zablokowałam i oddałam tym samym. lecz zanim do niej to dotarło - zniknęła.
- Wiedźma - mruknęłam.
- Hermiona uważaj! - usłyszałam głos Luny i odruchowo się schyliłam. To był dobry pomysł bo inaczej leżałabym powalona zaklęciem: Sectumsempra przez Gibbona. Ten gość zawsze wywoływał u mnie odrazę, a teraz szczerzył się do mnie. FUJ.
Musiałam szybko wstać o ile nie chciałam zarobić Avadą. Pomogła mi Ginny, która unieruchomiła go. Uśmiechnęłam się tylko do niej w podzięce i ruszyłam, żeby pomóc innym. W głowie miałam mnóstwo pytań, a jednym z nich było: Jak oni się tu dostali?! Skąd w ogóle wiedzieli, że tu jesteśmy? A jeśli złapali i torturowali Harry'ego i Freda? Nie... oni nie powiedzieliby nawet gdyby mieli zginąć. Byłam tego pewna na 100%... chyba, że ktoś im podał Veritaserum - eliksir prawdy. W takim razie groziło im niebezpieczeństwo, ale musiałam się skupić na naszym problemie, bo tu też nie było zbyt bezpiecznie. Zauważyłam Dumbledore'a wraz z innymi nauczycielami. Oni także walczyli ze śmierciożercami. Cholera! Ile ich tu może być?
Nie czas na zastanawianie się. Wypatrzyłam kolejnego wroga i już miałam wypowiedzieć zaklęcie... kiedy coś uderzyło mnie w głowę, a wtedy... zapadła ciemność.
Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy i wtedy uderzyła mnie fala bólu. Czułam się jakby ktoś mi przewiercał czaszkę. Chciałam złapać się za głowę, ale ręka okazała się zbyt ciężka. Dopiero po chwili dotarły do mnie jakieś dźwięki. Ktoś wypowiadał moje imię. Chwilę później nade mną pojawiła się troszkę zamazana twarz Luny. Ucieszyłam się na ten widok. Ktoś mnie podnosił. Kiedy usiadłam, miałam szansę rozejrzeć sie trochę. Zamazany z początku obraz już wrócił do normy. Przede mną klęczała Luna, Cho i Neville, a obok mnie stał Ron i Katie Bell. Dostrzegłam też innych uczniów opartych o ściany.... więzienia (?).
- Gdzie... gdzie jestem? - wyjąkałam. Przypomniałam sobie o ciężkiej ręce. Kiedy na nią zerknęłam, zobaczyłam, że jest skuta łańcuchem. Zauważyłam, że każdy miał coś skutego: nogi, ręce, a Neville nawet szyję.
- Po tym jak zemdlałaś pojawili się dementorzy - odparła Cho. - Nie daliśmy rady pokonać ich i śmierciożerców. Ci, którzy przeżyli zostali uwięzieni.
- Więc... - mój głos się załamał. A więc nie wszyscy przeżyli... czyli znowu ponieśliśmy straty. Moi przyjaciele spuścili głowy. - Ja nie zemdlałam... - zaczęłam. Musiałam przerwać jakoś tę ciszę.
- No tak... dobrze, że nie widzisz swojej głowy - uśmiechnęła się Luna.
Dotknęłam dłonią skroni i poczułam bandaż, albo raczej to, czym mi ją owinęli.
- Dobrze, że nie wiesz jak boli - zażartowałam. - Co z Dumledore'm i resztą? Czy oni...
- Nie. Żyją - przerwał mi rudzielec. - Umieścili ich w innej celi, tak samo jak innych uczniów.
- Czyli jest nas więcej? - odetchnęłam. Tak bardzo się bałam, że tylko my przeżyliśmy.
- Tak. Harry i Fred też tu muszą być.
- Co? - zdziwiłam się, a moja głowa zaczęła pulsować z bólu, ale teraz miałam to gdzieś.
- Prawdopodobnie jesteśmy w głównej siedzibie Voldemorta i Saitana. Więc oni też muszą tu być. Bo nie wierzę, że poszli zbierać jagody. Na pewno opuścili nas, żeby pokonać te kanalie.
- Tylko co oni zamierzają zrobić z nami? - zapytała Cho. - Nie jesteśmy im o niczego potrzebni - zauważyła.
- No zapewne niedługo się dowiemy - westchnęłam i postanowiłam wstać. Trochę kręciło mi się w głowie, ale dałam radę ustać. - Od kiedy tu jesteśmy?
- Jakieś trzy, cztery godziny - odezwała się Ginny. - Wszystko już sprawdziliśmy, nie ma żadnych tajemnych przejść, a drzwi dobrze się trzymają. Różdżki nam zabrali. Mniej więcej co pół godziny przychodzi ktoś sprawdzić czy nie rozrabiamy.
- Mhm.. kiedy mija to pół godziny?
- W sumie to za jakieś 5-10 minut powinien zejść.
- A więc nie mamy dużo czasu.
- Na co? - zdziwili się.
- Chcecie stąd uciec, czy nie? - zapytałam.
- No jasne, ale nie mamy jak.
- Aby uciec z takiego więzienia mamy trzy opcje. Pierwsza: różdżki, druga: inne wyjścia i trzecia: oszukać i zaatakować strażnika.
- Jak chcesz to zrobić? - zapytał jakiś uczeń.
- Wykorzystajmy wszytko co mamy.
- Niby co? Jesteśmy związani, nic nie zrobimy - zauważyła Luna.
- Mamy łańcuchy, więc mamy broń. A ja mam rozbitą głowę... chyba nie chcą, żebym się wykrwawiła? Voldemort trzyma nas tu po coś, a więc będzie musiał mi pomóc.
Kilkanaście minut później Hermiona leżała nieruchomo na podłodze i wsłuchiwała się w odgłos kroków jednego ze śmierciożerców. Kiedy uznała, że jest już wystarczająco blisko zaczęła jęczeć:
- Pomóż mi... eh... halo? Jest tam ktoś? Pomóżcie mi!
Strażnik podszedł do krat i warknął:
- Czego?!
- Ślepy jesteś? Moja głowa - wskazała palcem na ranę, która jeszcze niedawno była zasłonięta przez kawałek ubrania. - Ja krwawię.
- To sobie owiń ją - odparł, a dziewczyna w myślach przeklęła. Nie mogła się jednak poddać.
- Dostanę zakażenia. Zlituj się, wiesz jak to boli?
- Nie obchodzi mnie to - mężczyzna zaczął powoli odchodzić.
- Czekaj! Myślisz, że Sam Wiesz Kto będzie zadowolony jeśli dowie się, że umarłam przez twoje niedopilnowanie obowiązków?
- A myślisz, że czemu miałby się przejmować twoją śmiercią? - zapytał.
- Wiesz kim ja jestem? Nazywam się Hemriona Granger. Jestem prawą ręką Harry'ego. Zresztą... chciałabym zobaczyć co powie Simon... yy znaczy Saitan, jeśli się dowie, że przez ciebie nie żyję.
- Jesteś nikim dla niego szlamo.
- Tak? A więc dobrze. Zobaczysz. Szkoda, że ja nie będę widzieć tego przedstawienia.
- Myślisz, że jestem głupi tak? - syknął. - Po co miałbym tam wchodzić? Chcesz mnie przechytrzyć.
- A nie pomyślałeś idioto, że mnie po prostu GŁOWA BOLI? Myślałam, że Voldemorta stać na kogoś lepszego...
Śmierciożerca chyba się zdenerwował. Szybkim ruchem otworzył drzwi i wszedł do środka.
- Odsunąć się! - krzyknął do pozostałych. - Wszyscy pod ścianę! Jeśli zobaczę chociaż najmniejszy ruch, to ona zginie. - Podszedł do dziewczyny i złapał ją za ramię. - Skoro jesteś taka ważna, to zaprowadzę cię do Czarnego Pana. Niech wykończy cię już teraz, bo możesz stwarzać...
W tej chwili Neville zarzucił mu łańcuch na szyję i odciągnął od dziewczyny. Luna wyrwała mu różdżkę z ręki i skierowała w jego stronę. Granger kopnęła go w brzuch, a kiedy się schylił, Ron złapał go za ręce i związał swoim łańcuchem, który za pomocą różdżki zdjęła mu blondynka. Po chwili już wszyscy zrzucili swoje i wyszli na ciemny korytarz. Hermiona zamykając kraty spojrzała jeszcze na śmierciożerce.
- Dzięki za pomoc. Miło było cię poznać - uśmiechnęła się szeroko i zostawiła go związanego i zakneblowanego.
- Musimy uwolnić pozostałych - oznajmiła Cho. - Chyba pamiętam drogę do ich celi.
- Prowadź - poleciła Hermiona i ruszyli wąskim korytarzem oświetlonym jedynie kilkoma świecami. W powietrzu unosił się zapach staroci, ziemi i wilgoci. Widocznie byli w podziemiach jakiegoś zamku. Minęli schody, które pewnie prowadziły do wyjścia z lochów. Może gdzieś tam jest Harry i Fred? To potem, teraz najważniejsze było uwolnienie nauczycieli i reszty uczniów. Na szczęście po drodze nie spotkali żadnego nieprzyjaciela. Po paru minutach już byli na miejscu. Cele były obok siebie a w nim ich znajomi, również skuci łańcuchami. Nie było innej możliwości, jak użyć zaklęcia: Bombarda, które jest dość głośne. Musieli się więc pośpieszyć.
- Dobra robota - pochwalił Dumbledore. - Świetnie się spisaliście, ale teraz musicie uciekać.
- A pan Profesorze? - zdziwiła się Luna.
- Znaleźliśmy Voldemorta. Jest tu. Taka szansa może się nie powtórzyć, musimy spróbować go pokonać.
- Chcemy pomóc - wtrącił Neville.
- Nie, nie chłopcze. Za duże ryzyko.
- Ale profesorze... - zaczęła Granger.
- Hermiono.. - uśmiechnął się. - Zrobiliście już bardzo dużo, a ja ślubowałem, że będę robił wszystko, aby ochronić swych uczniów. I tak zbyt dużo was straciliśmy...
- Po prostu wiesz, że zginiesz - odparł głos z tyłu.
Dziewczyna odwróciła się - Draco. Nie zauważyła go wcześniej. Pewnie był w jednej z tych cel.
- Słuszne spostrzeżenie, Draconie. Taka możliwość istnieje, a nawet jest bardzo prawdopodobna, ale to nie zmienia faktu, że musicie uciekać. Już!
- Ale...
- Żadne ale Ronaldzie. To jest rozkaz. Jeszcze jestem za was odpowiedzialny. No już! Panno Granger, wyprowadź ich stąd.
Uczennica powoli skinęła głową. Mimo, że na jego twarzy panował spokój, w jego oczach ujrzała strach. Zrobiło jej się żal staruszka. Postanowiła spełnić, może jego ostatnie polecenie. Zawsze była najlepszą uczennicą, zawsze na koniec roku jej gratulował, nigdy go nie zawiodła. Chciała, aby tak było do samego końca. Wyprowadzi ich stąd żywych... a potem wróci. I pomoże odzyskać to, co zostało im odebrane - nadzieje.
"Za wszystkich, którzy odeszli
Unieś Victorię w powietrze
Póki tu ciągle jesteśmy
Trzymaj ją w górze
Dzisiaj nienawiść zabierzmy
Bez kropli żalu na cmentarz
I pochowajmy, pomału zakwitną róże
Za wszystkich, którzy w to wierzą
Razem nie damy im umrzeć
Bo Kwiaty, które nie więdną to dobrzy ludzie
I nawet kiedy odejdą
Dalej będziemy energią, która powróci na pewno"
HO, HO, HO!
NA ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE JUŻ TROCHĘ ZA PÓŹNO, ALE ŻYCZĘ WAM ABY W NOWYM ROKU SPEŁNIŁY SIĘ WASZE WSZYSTKIE MARZENIA, ABYŚCIE BYLI ZDROWI, SZCZĘŚLIWI I ZNALEŹLI TĘ WASZĄ DRUGĄ POŁÓWKĘ.
WIEM, ŻE ROZDZIAŁ TAKI TROCHĘ Z DUPY I DŁUGO NA NIEGO CZEKALIŚCIE, ALE MAM NADZIEJE, ŻE ZBLIŻAJĄCA SIĘ KOŃCÓWKA JEST WARTA CZEKANIA.
TAK... TAK... JUŻ NIEDŁUGO WSZYSTKO SIĘ ROZSTRZYGNIE :)
KOMENTUJCIE, CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE! DO ZOBACZENIA W NOWYM POŚCIE!


