poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rozdział 42: "W celi"

"Ból, który teraz czujemy
przypomina nam, że chociaż pochodzimy
z różnych krajów i mówimy różnymi językami
- nasze serca biją jednym rytmem."
- Albus Dumbledore


W nocy obudziły mnie jakieś krzyki. Usiadłam na posłaniu i rozejrzałam się. Przez namiot widziałam, że na zewnątrz jest jasno, ale wcale nie przez słońce, albo lampiony. Wybiegłam szybko nie zwracając uwagi na moje ubranie. Las i niektóre namioty się paliły. Ludzie biegali i krzyczeli, rzucając zaklęciami. Śmierciożercy.
Wróciłam do środka i czym prędzej obudziłam pozostałych. Złapałam różdżkę i wybiegłam na dwór. Długo nie musiałam szukać przeciwnika. Przede mną pojawiła się Bellatrix Lestrange - brąz kołtun. Rzuciła we mnie drętwotą, ale szybko je zablokowałam i oddałam tym samym. lecz zanim do niej to dotarło - zniknęła.
- Wiedźma - mruknęłam.
- Hermiona uważaj! - usłyszałam głos Luny i odruchowo się schyliłam. To był dobry pomysł bo inaczej leżałabym powalona zaklęciem: Sectumsempra przez Gibbona. Ten gość zawsze wywoływał u mnie odrazę, a teraz szczerzył się do mnie. FUJ.


Musiałam szybko wstać o ile nie chciałam zarobić Avadą. Pomogła mi Ginny, która unieruchomiła go. Uśmiechnęłam się tylko do niej w podzięce i ruszyłam, żeby pomóc innym. W głowie miałam mnóstwo pytań, a jednym z nich było: Jak oni się tu dostali?! Skąd w ogóle wiedzieli, że tu jesteśmy? A jeśli złapali i torturowali Harry'ego i Freda? Nie... oni nie powiedzieliby nawet gdyby mieli zginąć. Byłam tego pewna na 100%... chyba, że ktoś im podał Veritaserum - eliksir prawdy. W takim razie groziło im niebezpieczeństwo, ale musiałam się skupić na naszym problemie, bo tu też nie było zbyt bezpiecznie. Zauważyłam Dumbledore'a wraz z innymi nauczycielami. Oni także walczyli ze śmierciożercami. Cholera! Ile ich tu może być?
Nie czas na zastanawianie się. Wypatrzyłam kolejnego wroga i już miałam wypowiedzieć zaklęcie... kiedy coś uderzyło mnie w głowę, a wtedy... zapadła ciemność.



Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy i wtedy uderzyła mnie fala bólu. Czułam się jakby ktoś mi przewiercał czaszkę. Chciałam złapać się za głowę, ale ręka okazała się zbyt ciężka. Dopiero po chwili dotarły do mnie jakieś dźwięki. Ktoś wypowiadał moje imię. Chwilę później nade mną pojawiła się troszkę zamazana twarz Luny. Ucieszyłam się na ten widok. Ktoś mnie podnosił. Kiedy usiadłam, miałam szansę rozejrzeć sie trochę. Zamazany z początku obraz już wrócił do normy. Przede mną klęczała Luna, Cho i Neville, a obok mnie stał Ron i Katie Bell. Dostrzegłam też innych uczniów opartych o ściany.... więzienia (?).
- Gdzie... gdzie jestem? - wyjąkałam. Przypomniałam sobie o ciężkiej ręce. Kiedy na nią zerknęłam, zobaczyłam, że jest skuta łańcuchem. Zauważyłam, że każdy miał coś skutego: nogi, ręce, a Neville nawet szyję.
- Po tym jak zemdlałaś pojawili się dementorzy - odparła Cho. - Nie daliśmy rady pokonać ich i śmierciożerców. Ci, którzy przeżyli zostali uwięzieni.
- Więc... - mój głos się załamał. A więc nie wszyscy przeżyli... czyli znowu ponieśliśmy straty. Moi przyjaciele spuścili głowy. - Ja nie zemdlałam... - zaczęłam. Musiałam przerwać jakoś tę ciszę.
- No tak... dobrze, że nie widzisz swojej głowy - uśmiechnęła się Luna.
Dotknęłam dłonią skroni i poczułam bandaż, albo raczej to, czym mi ją owinęli.
- Dobrze, że nie wiesz jak boli - zażartowałam. - Co z Dumledore'm i resztą? Czy oni...
- Nie. Żyją - przerwał mi rudzielec. - Umieścili ich w innej celi, tak samo jak innych uczniów.
- Czyli jest nas więcej? - odetchnęłam. Tak bardzo się bałam, że tylko my przeżyliśmy.
- Tak. Harry i Fred też tu muszą być.
- Co? - zdziwiłam się, a moja głowa zaczęła pulsować z bólu, ale teraz miałam to gdzieś.
- Prawdopodobnie jesteśmy w głównej siedzibie Voldemorta i Saitana. Więc oni też muszą tu być. Bo nie wierzę, że poszli zbierać jagody. Na pewno opuścili nas, żeby pokonać te kanalie.
- Tylko co oni zamierzają zrobić z nami? - zapytała Cho. - Nie jesteśmy im o niczego potrzebni - zauważyła.
- No zapewne niedługo się dowiemy - westchnęłam i postanowiłam wstać. Trochę kręciło mi się w głowie, ale dałam radę ustać. - Od kiedy tu jesteśmy?
- Jakieś trzy, cztery godziny - odezwała się Ginny. - Wszystko już sprawdziliśmy, nie ma żadnych tajemnych przejść, a drzwi dobrze się trzymają. Różdżki nam zabrali. Mniej więcej co pół godziny przychodzi ktoś sprawdzić czy nie rozrabiamy.
- Mhm.. kiedy mija to pół godziny?
- W sumie to za jakieś 5-10 minut powinien zejść.
- A więc nie mamy dużo czasu.
- Na co? - zdziwili się.
- Chcecie stąd uciec, czy nie? - zapytałam.
- No jasne, ale nie mamy jak.
- Aby uciec z takiego więzienia mamy trzy opcje. Pierwsza: różdżki, druga: inne wyjścia i trzecia: oszukać i zaatakować strażnika.
- Jak chcesz to zrobić? - zapytał jakiś uczeń.
- Wykorzystajmy wszytko co mamy.
- Niby co? Jesteśmy związani, nic nie zrobimy - zauważyła Luna.
- Mamy łańcuchy, więc mamy broń. A ja mam rozbitą głowę... chyba nie chcą, żebym się wykrwawiła? Voldemort trzyma nas tu po coś, a więc będzie musiał mi pomóc.


Kilkanaście minut później Hermiona leżała nieruchomo na podłodze i wsłuchiwała się w odgłos kroków jednego ze śmierciożerców. Kiedy uznała, że jest już wystarczająco blisko zaczęła jęczeć:
- Pomóż mi... eh... halo? Jest tam ktoś? Pomóżcie mi!
Strażnik podszedł do krat i warknął:
- Czego?!
- Ślepy jesteś? Moja głowa - wskazała palcem na ranę, która jeszcze niedawno była zasłonięta przez kawałek ubrania. - Ja krwawię.
- To sobie owiń ją - odparł, a dziewczyna w myślach przeklęła. Nie mogła się jednak poddać.
- Dostanę zakażenia. Zlituj się, wiesz jak to boli?
- Nie obchodzi mnie to - mężczyzna zaczął powoli odchodzić.
- Czekaj! Myślisz, że Sam Wiesz Kto będzie zadowolony jeśli dowie się, że umarłam przez twoje niedopilnowanie obowiązków?
- A myślisz, że czemu miałby się przejmować twoją śmiercią? - zapytał.
- Wiesz kim ja jestem? Nazywam się Hemriona Granger. Jestem prawą ręką Harry'ego. Zresztą... chciałabym zobaczyć co powie Simon... yy znaczy Saitan, jeśli się dowie, że przez ciebie nie żyję.
- Jesteś nikim dla niego szlamo.
- Tak? A więc dobrze. Zobaczysz. Szkoda, że ja nie będę widzieć tego przedstawienia.
- Myślisz, że jestem głupi tak? - syknął. - Po co miałbym tam wchodzić? Chcesz mnie przechytrzyć.
- A nie pomyślałeś idioto, że mnie po prostu GŁOWA BOLI? Myślałam, że Voldemorta stać na kogoś lepszego...
Śmierciożerca chyba się zdenerwował. Szybkim ruchem otworzył drzwi i wszedł do środka.
- Odsunąć się! - krzyknął do pozostałych. - Wszyscy pod ścianę! Jeśli zobaczę chociaż najmniejszy ruch, to ona zginie. - Podszedł do dziewczyny i złapał ją za ramię. - Skoro jesteś taka ważna, to zaprowadzę cię do Czarnego Pana. Niech wykończy cię już teraz, bo możesz stwarzać...
W tej chwili Neville zarzucił mu łańcuch na szyję i odciągnął od dziewczyny. Luna wyrwała mu różdżkę z ręki i skierowała w jego stronę. Granger kopnęła go w brzuch, a kiedy się schylił, Ron złapał go za ręce i związał swoim łańcuchem, który za pomocą różdżki zdjęła mu blondynka. Po chwili już wszyscy zrzucili swoje i wyszli na ciemny korytarz. Hermiona zamykając kraty spojrzała jeszcze na śmierciożerce.
- Dzięki za pomoc. Miło było cię poznać - uśmiechnęła się szeroko i zostawiła go związanego i zakneblowanego.
- Musimy uwolnić pozostałych - oznajmiła Cho. - Chyba pamiętam drogę do ich celi.
- Prowadź - poleciła Hermiona i ruszyli wąskim korytarzem oświetlonym jedynie kilkoma świecami. W powietrzu unosił się zapach staroci, ziemi i wilgoci. Widocznie byli w podziemiach jakiegoś zamku. Minęli schody, które pewnie prowadziły do wyjścia z lochów. Może gdzieś tam jest Harry i Fred? To potem, teraz najważniejsze było uwolnienie nauczycieli i reszty uczniów. Na szczęście po drodze nie spotkali żadnego nieprzyjaciela. Po paru minutach już byli na miejscu. Cele były obok siebie a w nim ich znajomi, również skuci łańcuchami. Nie było innej możliwości, jak użyć zaklęcia: Bombarda, które jest dość głośne. Musieli się więc pośpieszyć.
- Dobra robota - pochwalił Dumbledore. - Świetnie się spisaliście, ale teraz musicie uciekać.    
- A pan Profesorze? - zdziwiła się Luna.
- Znaleźliśmy Voldemorta. Jest tu. Taka szansa może się nie powtórzyć, musimy spróbować go pokonać.
- Chcemy pomóc - wtrącił Neville.
- Nie, nie chłopcze. Za duże ryzyko.
- Ale profesorze... - zaczęła Granger.
- Hermiono.. - uśmiechnął się. - Zrobiliście już bardzo dużo, a ja ślubowałem, że będę robił wszystko, aby ochronić swych uczniów. I tak zbyt dużo was straciliśmy...
- Po prostu wiesz, że zginiesz - odparł głos z tyłu.
Dziewczyna odwróciła się - Draco. Nie zauważyła go wcześniej. Pewnie był w jednej z tych cel.
- Słuszne spostrzeżenie, Draconie. Taka możliwość istnieje, a nawet jest bardzo prawdopodobna, ale to nie zmienia faktu, że musicie uciekać. Już!
- Ale...
- Żadne ale Ronaldzie. To jest rozkaz. Jeszcze jestem za was odpowiedzialny. No już! Panno Granger, wyprowadź ich stąd.
Uczennica powoli skinęła głową. Mimo, że na jego twarzy panował spokój, w jego oczach ujrzała strach. Zrobiło jej się żal staruszka. Postanowiła spełnić, może jego ostatnie polecenie. Zawsze była najlepszą uczennicą, zawsze na koniec roku jej gratulował, nigdy go nie zawiodła. Chciała, aby tak było do samego końca. Wyprowadzi ich stąd żywych... a potem wróci. I pomoże odzyskać to, co zostało im odebrane - nadzieje.  

"Za wszystkich, którzy odeszli
Unieś Victorię w powietrze
Póki tu ciągle jesteśmy
Trzymaj ją w górze
Dzisiaj nienawiść zabierzmy
Bez kropli żalu na cmentarz
I pochowajmy, pomału zakwitną róże

Za wszystkich, którzy w to wierzą
Razem nie damy im umrzeć
Bo Kwiaty, które nie więdną to dobrzy ludzie
I nawet kiedy odejdą
Dalej będziemy energią, która powróci na pewno"



HO, HO, HO!
NA ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE JUŻ TROCHĘ ZA PÓŹNO, ALE ŻYCZĘ WAM ABY W NOWYM ROKU SPEŁNIŁY SIĘ WASZE WSZYSTKIE MARZENIA, ABYŚCIE BYLI ZDROWI, SZCZĘŚLIWI I ZNALEŹLI TĘ WASZĄ DRUGĄ POŁÓWKĘ. 

WIEM, ŻE ROZDZIAŁ TAKI TROCHĘ Z DUPY I DŁUGO NA NIEGO CZEKALIŚCIE, ALE MAM NADZIEJE, ŻE ZBLIŻAJĄCA SIĘ KOŃCÓWKA JEST WARTA CZEKANIA. 

TAK... TAK... JUŻ NIEDŁUGO WSZYSTKO SIĘ ROZSTRZYGNIE :) 

KOMENTUJCIE, CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE! DO ZOBACZENIA W NOWYM POŚCIE!

sobota, 5 grudnia 2015

Rozdział 41: "Samotna"

  "Podarowałeś mi coś, co nawet 
trudno nazwać. Poruszyłeś we mnie coś,
o istnieniu czego nawet nie wiedziałam.
Jesteś i zawsze będziesz częścią mojego
życia. Zawsze."

Sporo czasu minęło od ostatniej rozmowy z Draconem. Od tego czasu nie odzywamy się do siebie. W ogóle go nie widziałam. Zgłosił się na ochotnika, żeby pomóc tamtej grupie czarodziejów. Nie wiem, czy zrobił to, żeby mnie nie widzieć, czy naprawdę miał tam jakąś misję do spełnienia. Chociaż zazdroszczę mu... przynajmniej ma tam coś do roboty, a ja siedzę tu bezczynnie i myślę... Harry i Fred jeszcze nie wrócili. Niektórzy mówią, że nie żyją, ale ja w to nie wierzę. Czułabym to. I jestem na siebie wściekła. Fred stracił bliską osobą, a mnie przy nim nie było... a powinnam. W końcu kocham go najbardziej na świecie. A teraz nawet nie wiem gdzie jest, co robi. Boję się o nich. Nikt nie wie dokąd poszli, co się z nimi teraz dzieje. A jeśli potrzebują pomocy? Te myśli sprawiają, że płaczę po nocach... Ukrywam się z tym i czuję jak jakiś szczur. Dlaczego wszystko jeszcze bardziej się spieprzyło? Dawno z nikim nie rozmawiałam.. i nie chodzi tu o zwykłe: "cześć", ale o prawdziwą rozmowę.
Nie wiem czy nauczyciele mają jakiś konkretny plan czy zamierzają tu siedzieć i czekać nie wiadomo na co. Denerwuje mnie to i powoli zaczynam rozumieć, dlaczego być może Harry i Fred stąd uciekli. Chcieli coś zrobić... ale mogli chociaż o tym komuś powiedzieć,

Zaproponowałam, że pójdę pozbierać jakieś jagody do jedzenia. Nie tylko dlatego, że chcę pomyśleć, co i tak robię bardzo często, ale dlatego, że gdyby zrobił to, jak chciał, Neville, pewnie by nas otruł. W czasie zimy rośnie tu dużo trujących owoców. Takie zalety magicznego lasu...
Idę więc powolnym krokiem, z koszykiem w ręku, pomiędzy krzewami. Wiatr rozwiewa moje i tak już potargane włosy, zimne powietrze pozwala mi trzeźwo myśleć, jednak nie na tyle, żebym potrafiła rozpoznać jaki ptak właśnie radośnie śpiewa. Może w innej sytuacji potrafiłabym zachwycać się pięknem przyrody, ale teraz nie zwracam na to uwagi. Wydaje się, że zima lada moment się skończy i wszystko zacznie kwitnąć... że będzie jak dawniej, ale to tylko moje wyobrażenie... może moje marzenie. Bo nigdy nie będzie jak dawniej...

Brawo Hermiona, znowu masz łzy w oczach. Tego chciałaś? Idiotka...
Wzdycham ciężko, ocieram wierzchem dłoni oczy i idę dalej. Dostrzegam pierwsze jagody. Sprawdzam czy na pewno nadają się do jedzenia, po czym zrywam i rzucam do koszyka. To dziwne, ale zaczynam cicho recytować ulubiony wiersz.

"Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest..."
Chyba potrafiłabym wybaczyć mu wszystko.
"Miłość nie zazdrości"
Jestem wściekła, kiedy inne na niego patrzą,
bo kiedy ja to robię, widzę cały mój świat...
Ale daje mu wolność, nie jest mój. 
I wierzę mu, a jeśli mówi prawdę,
to też mu na mnie zależy...
"...nie szuka poklasku, nie unosi się pychą"
Oddałabym wszystko, żeby był szczęśliwy,
żeby odnalazł spokój. Wierzę, że na to zasłużył.
"Nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego.
Nie unosi się gniewem, nie pamięta złego.
Nie cieszy się z niesprawiedliwości..."
Boże... dlaczego on? Dlaczego to właśnie on
musiał stracić kogoś bardzo bliskiego?
Jeżeli będziesz musiał znowu zrobić coś, 
co go zaboli, proszę... zabierz mnie. 
Nie rób mu krzywdy, za to weź mnie...
"...lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma..."
Dlatego będę żyć, dopóki on będzie.
Będę walczyć, dopóki jest szansa...

Kosz napełnił się bardzo szybko, dlatego po paru minutach mogłam już wrócić do obozu. Zdziwiło mnie to, jak długo tam szłam. Nie przypuszczałam, że oddaliłam się aż tak bardzo. No cóż... najwidoczniej nie zwracałam uwagi na czas. Po pół godzinie byłam na miejscu. Powoli się ściemniało. Dowiedziałam się, że nie było mnie aż cztery godziny... Wow, no nieźle. Napędziłam im pewnie stracha. Ale to już nieważne. Zaskoczyły mnie dekoracje, które widziały na namiotach, ognisko, ławeczki. Kiedy spytałam o to Cho, odpowiedziała, że dzisiaj będziemy świętować. Jakaś tam grupa uciekła śmierciożercom wykradając cenne informacje. Nie wiedziała jakie, ale miała prawo.. martwiła się o Harry'ego, tak jak ja o Freda. Zresztą to nieistotne. Zauważyłam, że w obozie jest trochę więcej ludzi i od razu zrozumiałam, że musiała się zjawić druga grupa... czyli gdzieś tu był Draco. Tylko jeszcze nie rozgryzłam czy to dobrze, czy źle. Podążyłam więc bez słowa za przyjaciółką do obozu, żeby się przebrać. Za pół godziny miała się rozpocząć zabawa. Trochę tego nie rozumiałam, bo nie miałam najmniejszej ochoty się bawić. Ale dla nich tamta wiadomość była nadzieją, że będzie lepiej... krokiem do przodu... Więc postanowiłam chociaż udawać, że się cieszę.


Okazało się, że przybyli do nas jacyś ważni czarodzieje z zagranicy, żeby porozmawiać z Dumbledore'm o planach powstrzymania Voldemorta. Chłopacy postawili wielki namiot, dziewczyny go udekorowały i zajęły się jakimś jedzeniem. Jak na ukrywających się, wyglądało to dość ładnie. Kiedy tam byłam, czułam się jakby wszystko było w porządku... czułam się prawie normalnie. Z tym, że nie mam pojęcia co dzieje się z moimi przyjaciółmi. Impreza rozpoczęła się godzinę temu. Draco widziałam tylko raz, kiedy podchodził do jakiegoś wysokiego szatyna. Chyba mnie nie zauważył. Nie chciałam z nim rozmawiać, nie wiedziałam o czym... wolałam go unikać, dlatego stałam w kącie rozmawiając z koleżankami. Niestety przyszli jacyś bliźniacy i poprosili je do tańca. Co za pech! Akurat do namiotu wszedł Draco. Spuściłam wzrok... może mnie nie zauważy, przecież pomiędzy nami jest tak wiele osób...

Nie wiem kto puszczał muzykę, ale właśnie zaczęło lecieć coś wolnego. Czy tylko mi przypominało to jakiś bal, a nie przyjęcie? Chyba powinnam o tym powiedzieć Dumbledore'owi. Przecież tak nie powinno być... a tak w ogóle to gdzie oni byli? Nie widziałam ich od początku, a przecież oni to zorganizowali. Eh... pewnie sobie poszli zostawiając nas tu. Co za totalna nieodpowiedzialność. Chwila, chwila.. gdzie Draco!? Zniknął mi z oczu, gdzie on jest! Oh.. spokojnie. Stoi w rogu i popija poncz. Nie widzi mnie. Jest dobrze.



Chyba coś go trapi, ale wcale mnie to nie obchodzi. Zrobiło mi się trochę niedobrze, chyba powinnam na chwilę wyjść, ale nie mam jak. Zauważy mnie. Odrywam wzrok od niego i szukam ewentualnych wyjść awaryjnych, ale cholera! Nie ma jak przejść niezauważoną. Znowu zerkam na blondyna i zamieram... Patrzy się. Prosto na mnie. Robi mi się gorąco jak diabli, ale także nie odrywam wzroku. I wtedy odkłada szklankę i rusza w moją stronę. O nie! Przedziera się przez tańczących i pokonał już połowę dzielącego nas dystansu. Na szczęście zanim zdążył do mnie dotrzeć, ja już jestem koło wyjścia z namiotu. Odwracam się po raz ostatni, ale nie widzę go. Pewnie zniknął gdzieś w tłumie. Wchodzę na zewnątrz i uderza mnie chłód powietrza. Odruchowo łapię się za ramiona. Odchodzę jeszcze kilka kroków i dopiero teraz porządnie wydycham powietrze. Mało brakowało... Nie chciałabym się z nim spotkać a tym bardziej rozmawiać. Wyzwala we mnie uczucia, których nie chcę. I nie mam zamiaru o nim myśleć, co właśnie w tej chwili robię. Cholerny głupek! Słyszę za sobą szelest oznaczający wyjście kogoś z namiotu. Odwracam się napięcie, ale na szczęście to tylko jakaś para. Postanawiam się przejść, co może nie jest zbyt dobrym pomysłem zważając na to, że jest już ciemno, ale co tam... Przecież nie oddalę się zbytnio, nie jestem głupia. Idę więc powoli przed siebie. Obiecuję sobie, że zrobię wszystko, żeby nie spotkać już dziś Dracona. Jednak pół godziny później moja obietnica zostaje zniszczona, ponieważ prosi mnie do tańca. I po co ja głupia tam wracałam?? Stoimy naprzeciwko siebie patrząc w oczy. On z wyciągniętą ręką czeka na moją reakcję, a ja próbuję dobrać odpowiednie słowa. Nic jednak nie przychodzi mi do głowy.

Niestety jestem typem osoby, która jest po prostu... hm.. dobra? Nie lubię ranić innych, nie lubię ich rozczarowywać. Jak inaczej mogę wyjaśnić to, że podałam mu dłoń i pozwoliłam zaprowadzić się na środek sali? W końcu to tylko taniec, przeżyję. Wiedział co robi, bo poprosił mnie, kiedy zaczęto puszczać coś wolnego. A więc już się nie wymigam. Modlę się tylko o to, aby te trzy minuty minęły nam w ciszy, bez słów. Cieszę się, że moje serce nie przyśpiesza, ani nic z tych rzeczy. Kładę ręce na jego szyi, ale on ma inne plany - przyciąga mnie do siebie, dlatego jestem zmuszona się do niego przytulić. Nie zapowiada się na to, żeby którekolwiek z nas zaczęło o czymś rozmawiać i nie wiem czy to ta lepsza z opcji, ponieważ teraz zaczynam myśleć. Myślę o wszystkim co kiedyś miało miejsce pomiędzy nami... i nie czuję nic. Kompletnie nic. Lubię tą piosenkę... Kiedyś wyobrażałam sobie, że będę przy niej tańczyła z Fredem... i  ta myśl sprawia, że mam łzy w oczach. Tak bardzo chciałabym, aby był tu teraz ze mną zamiast Draco. Tak bardzo chciałabym go przytulać i mieć nadzieję, że właśnie w tej chwili będzie sobie uświadamiał, że mnie kocha. Przytulam Malfoy'a jeszcze bardziej, bo tego potrzebuje... On też mocniej oplótł ręce wokół mojej talii i pleców... chyba źle to odebrał. Nadal mam w oczach łzy, ponieważ nigdy nie będę pewna, że to się powtórzy, ale z tym, którego kocham. Mam nadzieje, że kiedyś mi wybaczy te wszystkie zmarnowane dni, niespełnione sny, w których byliśmy blisko, a nic się nie wydarzyło. Teraz znowu jesteśmy daleko od siebie... i... nie wiadomo czy się jeszcze spotkamy...
Piosenka się kończy... powoli mnie puszcza i patrzy mi głęboko w oczy. Czy dla niego to wyjątkowa chwila? Bo ja myślę o Fredzie... Gdy odrywa ode mnie ręce - odwracam się i odchodzę. Idę do pomieszczenia robiącego za toaletę. Patrzę w swoje odbicie w lustrze. Oczy mam czerwone od łez. W końcu się pozbierałam i postanowiłam wrócić. Dopadły mnie Ginny i Luna, więc słucham ich opowieści o... o czym? Nie pamiętam. Szukam go wzrokiem. Siadamy przy stoliku, ale za chwilę podchodzi ślizgon i prosi, żebym gdzieś z nim poszła. Chce porozmawiać. Ok, dobrze. Musimy chyba sobie coś ustalić.
Odchodzimy trochę od reszty. Opieram się o ścianę, a on staje na przeciwko mnie.
- Czy ten taniec... - zaczyna trochę zmieszany. Kiepsko go słychać przez muzykę, dlatego przybliża się. - Czy to coś dla ciebie znaczyło?
- Ym... - spuszczam wzrok. Nie wiem co mu odpowiedzieć. Muszę mówić mu wprost do ucha, żeby coś zrozumiał - Posłuchaj bo to... - Nie potrafię dobrać właściwych słów. - Dla mnie to był tylko taniec. Nic więcej - mówię w końcu. Wydaje się być trochę rozczarowany. - A dla ciebie?
Patrzy mi w oczy i przez chwile nic nie mówi.
- Tak... - wymruczał patrząc w swoje buty. Robi mi się go żal, ale tylko trochę. Uśmiecham się smutno i kładę rękę na jego ramieniu.
- Hej... - zmuszam go, aby na mnie spojrzał. - Nie bądź smutny. Uśmiechnij się.
Spojrzał na mnie jakbym mówiła coś dziwnego... No trudno, to najlepsze co w tej chwili mogę zrobić.
- Posłuchaj, ja... - próbuje mu coś wytłumaczyć. - Chciałam zatańczyć tą piosenkę z kimś innym...
- Jest tu?
- Nie... - teraz to mnie ogarnia smutek.
- Fred... - to nie było pytanie. Więc nie komentuję tego. Ostatni raz na niego spoglądam, a potem odchodzę i wychodzę z namiotu nie wyjaśniając nic nikomu, nie zatrzymując się po drodze, aby poinformować dziewczyny. Chcę zostać sama... to ostatnio moje najlepsze towarzystwo.


"Powinienem był ci oddać cały mój czas,
kiedy miałem szansę. 
Zabierać na każdą imprezę,
bo ponad wszystko chciałaś tańczyć.
Teraz moja ukochana tańczy,
ale tańczy z innym mężczyzną."

Przepraszam, że długo nie pisałam, ale przez ten miesiąc moja psychika była na skraju przepaści... i znalazłam się w podobnej sytuacji co nasza bohaterka. Mam nadzieje, że wybaczycie i że jeszcze ktoś to czyta. Jeśli tak - zostaw komentarz.

Możesz mnie znaleźć na asku:
http://ask.fm/TajemniczaKsiezniczka77

Na fb:
https://www.facebook.com/profile.php?id=100006667606366

https://www.facebook.com/Historia-kt%C3%B3ra-nigdy-nie-mia%C5%82a-mie%C4%87-miejsca-Fredmione-717359008339830/?ref=hl

Na twitterze:
https://twitter.com/TKsiezniczka

Na yt:
https://www.youtube.com/channel/UCrG5dquClepvKx8ImsXvu6A

Na poczcie:
ksiezniczka.swojego.umyslu@wp.pl


Możecie do mnie pisać, pytać mnie o co chcecie. Chcecie, żebym jeszcze coś założyła, coś zrobiła - piszcie mi o tym. Jestem dla was. Komentujcie! Do zobaczenia
- T.K.