"Są uczucia, gesty, obietnice,
na których spełnienie nie możemy czekać
"w nieskończoność"...
Tak jak każdego dnia "wczoraj"
- już nie wróci, a zostaje
tylko "dziś"."
- Są tam! - szepnął rudzielec wskazując prawy korytarz, skręcili więc w lewo.
- Pewnie pilnują wyjścia, a zatem idziemy w głąb budynku - zauważyła dziewczyna.
- A mamy inne wyjście?
Nie odpowiedziała. Biegli jeszcze przez chwilę w ciszy, trzymając różdżki w gotowości. Wtem jakiś wysoki, masywny mężczyzna zastąpił im drogę. Wyglądał jak zawodnik sumo, z tym, że nie był gruby, lecz bardzo umięśniony. Jego goła klata oszroniona była potem. Miał na sobie tylko spodenki z jakiegoś materiału i potężny skórzany pas z maczugą. Uśmiechnął się szeroko, prezentując różnokolorowe zęby: białe, szare, żółte, bardziej żółte, czarne, brązowe...
- Co do diaska?! - zapiszczał Ron. Nic dziwnego, wszyscy stali jak wryci i obserwowali nowego "znajomego". Obudzili się dopiero, gdy ten wyjął maczugę i ruszył w ich stronę. - Mogę zacząć panikować?
- Lepiej zacznij uciekać! - krzyknął Neville, po czym odwrócił się i zaczął biec, a za nim w pośpiechu podążyła reszta.
- Biegniemy prosto w ręce strażników! - Zauważyła Luna.
-Wolę strażników niż pana za nami - zaskomlał Weasley.
- Też racja...
Nie trzeba było długo czekać, aż usłyszeli krzyki śmierciożerców gdzieś przed nimi.
- Atakujemy na trzy! - krzyknęła Hermiona, mocniej zaciskając palce na różdżce. - Raz... - kroki stawały się coraz głośniejsze - Dwa... - wiedzieli, że zaraz zza zakrętu wyleje się na nich potok wrogów - Trzy!
Kilkanaście osób rzuciło naraz atakujące zaklęcia, jednak przeciwnicy byli na to przygotowani i tylko nieliczni zostali obezwładnieni. Walka się rozpoczęła. Niebieskie błyskawice leciały z obydwóch stron, wszyscy przekrzykiwali siebie nawzajem i nikt nie zamierzał ustąpić. Z tyłu, za grupą uczniów - zbliżało się kolejne niebezpieczeństwo, którym był nowo poznany mężczyzna... chociaż bardziej pasowałoby "maszyna do zabijania". Kiedy czarodzieje już tracili wszelkie nadzieje, że wyjdą z tego cało, zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Otóż niektórzy śmierciożercy puścili swoje różdżki i zaczęli się łąpać za głowy, jakby mieli migrenę.
- Co się dzieje? - zapytała Cho Chang.
- Nie mam pojęcia - przyznała Hermiona. - Ale nie możemy przepuścić takie szansy! Na przód! Atakujmy!
Granger zrobiła krok do przodu, jednak zaraz się cofnęła. Z podłogi zaczęło się coś wyłaniać. Kamienie się kruszyły i po chwili widać było palce, wydostające się na powierzchnie. W pierwszej chwili przypominało to scenę z jakiegoś horroru, kiedy umarli wygrzebują się z ziemi, ale za chwilę wszystko było jasne. Przynajmniej dla Draco i Hermiony.
- Vermis! - westchnęła dziewczyna. Przypomniało jej się jak byli w podziemiach razem z Dumbledore'm. W jednej z cel był Vermis, czyli robak. Jego dotyk sprawiał, że rozkładasz się jak robak. Przypomniawszy sobie o tym, jeszcze bardziej się cofnęła. A zatem ta "migrena" to musiała być chimera. Wdarła się do ich głów i wywoływała obrazy... nawet nie chciała sobie wyobrażać jakie... Z ich pomocą już nie musieli się przejmować śmierciożercami, ale nadal z tyłu czekał na nich olbrzym z maczetą. Gryffonka odwróciła się i rzuciła w niego zaklęciem CONJUNCTIVITIS, które go oślepiło. - Wymijajcie go! - krzyknęła i rzuciła się do przodu omijając wielkoluda, który walił pięściami na wszystkie strony i ryczał przeraźliwie. Nie wiedziała dokąd biegnie, ale miała nadzieje, że uda jej się znaleźć wyjście.
- DESCENDO - Ron rzucił zaklęcie, które otwiera ukryte przejścia, jednak nic się nie stało.
- I co teraz? - zapytała Cho.
- Powiedziałam, że was stąd wyprowadzę, więc to zrobię - mruknęła jej przyjaciółka zatrzymując się. - Złapcie się za ręce. Szybko! - poleciła. Kiedy wszyscy wykonali polecenie, dziewczyna skupiła się, pomyślała o bezpiecznym miejscu i po chwili nie było po nich śladu....
~o~
Harry leżał na ziemi, powoli otwierając oczy. W uszach mu szumiało, jakby ktoś rzucił w niego przed chwilą bombę. Nieskazitelna biel oślepiła go i zajęło mu chwilę zanim się do niej przyzwyczaił. Powoli wstał i rozejrzał się. Nie miał pojęcia gdzie się znajduje. Było tu zupełnie biało. Nie widać było ani podłogi, ani sufitu, ani ścian. Czy już nie żył? Ostatnie co pamiętał to Voldemort, który rzuca w niego zaklęciem śmiertelnym. A więc był w niebie? Nie czuł już bólu. Niczego nie czuł. Zrobił krok do przodu, a potem następny. Dostrzegł w oddali srebrną ławkę, na której ktoś siedział. Zbliżył się powoli. Stopniowo widział, że nie było tam jednej osoby, ale dwie. Lily i James Potter.
- Harry - uśmiechnęła się kobieta. - Nie bój się...
- Mamo? Tato? Czy to naprawdę wy?
- Tak - potwierdził ojciec.
- Gdzie jestem? Czy ja nie żyję?
- Niezupełnie - odpowiedziała. - Voldemort jest połączony z tobą i nie może wyrządzić ci krzywdy zwykłym zaklęciem. Ale jeśli sam będziesz chciał, to tu zostaniesz.
- Mogę wrócić? - zdziwił się.
- Wybór należy do ciebie... - rzekł mężczyzna.
- Co wy tu robicie?
- Chcieliśmy ci powiedzieć, że niezależnie od tego, co wybierzesz, jesteśmy z ciebie dumni, Harry. I kochamy cię, zawsze kochaliśmy. Ale teraz musisz już iść. Jest jeszcze ktoś, kto chce się z tobą spotkać.
- Ale...
- Idź Harry... my wiemy, że podejmiesz słuszną decyzję - jego matka uśmiechnęła się promiennie. Chłopak chciał zostać, tyle im powiedzieć, ale wiedział, że mają rację. Odwrócił się i poszedł dalej. Spojrzał za siebie się jeszcze kilka razy, ale rodziców już nie było. W oddali pojawiła się kolejna postać siedząca na ławce - George.
- Witaj stary - zaśmiał się rudzielec.
- Hej - uśmiechnął się chłopak z blizną.
- Musisz wrócić, powiedzieć Fredowi, że za nim tęsknię, ale wiem, że sobie poradzi. Powiedz mu, że droga zemsty to nie jest dobra droga. I że musi żyć dalej.
- George my wszyscy za tobą tęsknimy... Fred powtarza, że życie nie jest takie samo bez ciebie. Że mieliście otworzyć sklep... dokuczać Ronowi i waszej mamie...
- Ale teraz to on będzie sławny przez nasze produkty... - uśmiechnął się. - Będzie prowadził nasze interesy i zbije na tym fortunę. To on będzie robił najlepsze żarty.
- Ciężko mu bez ciebie. Czuje jakby stracił część siebie. Nikt nie dokańcza za niego zdania... nie pamiętam kiedy ostatnio się uśmiechał.
- Eh... - westchnął. - Jestem tylko kolejną ofiarą wojny... Powiedz mu, żeby walczył. Żeby inne rodziny nie przeżywały tego dramatu... Rodzice wiedzą?
- Nie wiem...
- Chciałbym żeby był szczęśliwy - Weasley spojrzał na swoje buty w zamyśleniu. - Powiedz mu, że da radę, żeby dbał o nasze rodzeństwo... żeby ich przytulił ode mnie... żałuję, że nie mogę już tego zrobić. Że nigdy już nie powiem nikomu, że mi zależy. Powiedz mu, że go ko...
- Powiem. Ale myślę, że on o tym dobrze wie.
- Dzięki Harry... i... nie dajcie się Voldemortowi.
- Nigdy.
~o~
- Musimy dostać się do Hogwartu - oznajmiła Hermiona, kiedy wszyscy ukryli się w lesie. - Czytałam kiedyś, że w Hogsmeade jest ukryty pod ziemią schron i istnieje szansa, że śmierciożercy go nie znaleźli. Fred i George twierdzili, że najlepsze przejście do wioski znajduje się w grobie jednookiej wiedźmy za zamkiem. Musimy się tam przedostać i schować na czas nieokreślony.
- Co z nauczycielami? - zapytał Neville. - Zostawimy ich tu?
- Najpierw sami musimy sobie zapewnić bezpieczeństwo. Tak chciał Dumbledor'e, nie pamiętasz?
- Czyli będziemy martwić się o własne tyłki? - odezwał się ktoś z tyłu.
- Nasza śmierć im w niczym nie pomoże - odparł stanowczo Ron. - Hermiona wie co robi. Czy ktoś ma zamiar się sprzeciwić? - Cisza. - Czy ktoś nie zgadza się z nami? - powtórzył. Ponownie nikt się nie odezwał. - Świetnie. Ruszamy.
Przyjaciele szli na końcu grupki i rozmawiali przyciszonymi głosami.
- Hermiona, a więc co zamierzasz?- To co mówiłam. Idziemy do Hogsmeade.
- Przecież wiem, że nie mówiłaś na serio. Dobrze wiem, że nie zostawisz Harry'ego ani mojego brata. Tak jak ja. Nie wspominając już o nauczycielach...
- Ron nie będę was narażać, okej? Jeśli coś zrobię, to tylko wtedy, kiedy będę miała pewność, że wszyscy inny są bezpieczni. W Hogsmeade.
- Chyba nie myślałaś, że puszczę cię samą? Idę z tobą.
- Nie ma takiej opcji. Idę sama. Liczyłam na to, że będziesz się nimi opiekował.
- Ja? Opiekować? Jak ja samym sobą nie umiem się zaopiekować! Hermiona! - Rudzielec zatrzymał się, a dziewczyna widząc to, także stanęła. Spojrzał jej w oczy i złapał za ramiona. - Tam jest Fred. Nie stracę kolejnego brata, rozumiesz?
- Też nie chcę go stracić. Nie chcę stracić już NIKOGO. Także ciebie... jeśli będziesz ze mną, nie będę miała pewności, że przeżyjesz.
- Jeśli nie pójdę z tobą, do końca życia będę wypominał sobie to, że nie mogłem ci pomóc i coś ci się stało. Oni sobie poradzą. A ty możesz potrzebować pomocy.
- Eh... Ron...
- Zawsze trzymamy się razem - przerwał jej. - Zawsze. Nie pamiętasz już?
- Jasne, że pamiętam...
- To jak? - zapytał z nadzieją w oczach.
- Tylko jeśli obiecasz, że uda nam się ich uwolnić i wszyscy wyjdą z tego cało.
Ron przez chwilę patrzył jej w oczy. Z ust wydobywała się para, w końcu dopiero niedawno przyszła wiosna. Reszty uczniów już nie było widać. Pozostały po nich tylko ślady na piasku. Chłopak wiedział, że takich rzeczy nie wolno obiecywać, ale potrzebowała tego. I on też tego potrzebował.
- Obiecuję ci, że wszystko będzie dobrze...
"Nie wierz w obietnice o tęczy
tylko dlatego, że boisz się burzy..."
W końcu po tak długim czasie pojawił się rozdział. Szczerze wam powiem, że ciężko mi się pisze i zdaję sobie sprawę z tego, że nie był wyśmienity, ale będę się starać. Na razie jest mało akcji, ale już niedługo to się zmieni. Niedługo będzie mnóstwo uczuć: wzruszeń, strachu, może ulgi, może rozpaczy... Tylko bądźcie cierpliwi i czekajcie na kolejne wpisy. Pamiętajcie o zostawieniu komentarza, bo to zawsze jakoś motywuje do dalszego pisania. Do zobaczenia następnym razem...