Witajcie! Chciałam tylko powiedzieć, że ostatni komentarz, pod ostatnim rozdziałem, od Weroniki - mnie naprawdę ucieszył. Oczywiście cieszę się z każdego i każdy jest dla mnie wyjątkowy i bardzo ważny. Smucę się tylko, że czasem jest ich tak mało. Ale nawet jeśli byłby tylko jeden - jedna osoba, która by czekała na kolejny rozdział - pisałabym. Dobra już nie przedłużając: zapraszam na dół.
"Nareszcie koniec, ostateczny koniec
Już wszystko czarne i białe, bardziej czarne
Niby ulga, a z czegoś okradziona
Bo bez straty nowego - nic nie zyskamy"
Koniec wojny. Jak to pięknie brzmi. Ale zawsze pod koniec wojny przychodzi czas na ocenienie strat... a to bywa czasem najboleśniejsze.
Hermiona widziała, że Draco leży nieruchomy na ziemi, ale bała się podejść. Nie chciała aby myśli, które krążyły jej po głowie, stały się rzeczywistością. Na szczęście Harry podszedł i sprawdził mu puls.
- Żyje - oznajmił. Dziewczyna wypuściła powoli powietrze. - Zajmę się nimi. - Spojrzał też na Dumbledore'a leżącego pod ścianą. - Idź zobaczyć co z resztą.
- Okej - Granger wybiegła na korytarz. Wszędzie leżały ofiary zaklęć, głównie śmierciożerców, ale niektóre ciała z nich znała też ze szkoły. - Neville? - zdziwiła się, kiedy zobaczyła chłopaka stojącego przed wrotami zamku. Rozejrzała się i dostrzegła innych znajomych. - Co wy tu robicie? Przecież mieliście być w Hogsmeade!
- To była nas wszystkich wojna. Harry pokonał Voldemorta?
- Tak - oznajmiła, a wszystkim równocześnie wystąpił na twarzy szeroki uśmiech.
- Walczyliśmy ze śmierciożercami, kiedy ci nagle zaczęli się rozpływać w powietrzu... wtedy już wiedzieliśmy, że Harry zwyciężył - powiedziała Cho Chang.
- Gdzie Dumbledore? - zapytał Snape. Leżał na podłodze z widoczną raną w klatce piersiowej. Profesor McGonagall próbowała jakoś zatrzymać krwawienie.
- Dumbledore nie żyje - oznajmił Harry stając w wejściu korytarza.
Wszyscy zamilkli. Słowa utkwiły im w głowach jak echo.
- Ale... - zaczął Neville. Próbował znaleźć odpowiednie słowa, ale nic nie przychodziło mu do głowy.
I stało się. To byłoby zbyt piękne, gdyby nie zginęła kolejna bliska osoba. Chociaż z drugiej strony nie można wyliczać tych, którzy mogliby zginąć (dalecy znajomi) i tych, którzy nie powinni (bliscy). Profesor McGonagall wstała z podłogi. Chłopak, któremu przyciskała ranę na klatce piersiowej i tak już nie żył.
- Myślę - zaczęła - że powinniście tu zostać i pomóc sobie nawzajem. Wojna się skończyła moi drodzy, ale to nie koniec pracy. Ponieśliśmy ciężkie i wielkie straty, prawdopodobnie dla wielu z was szczególnie dotkliwe. Jednak przed nami zderzenie się z rzeczywistością. Obiecuję, że razem z resztą nauczycieli, dołożymy wszelkich starań, aby ten koszmar skończył się jak najszybciej. Profesor Sprout zostanie tu z wami i pomoże opatrzyć rany. Jestem przekonana, że jeśli któreś z was potrzebuje pomocy, natychmiast ją otrzyma. - Spojrzała jeszcze w te młode twarze, skrywające w sobie ból, zmęczenie, smutek, bezradność, nieliczne tylko radość i ulgę, po czym skierowała się z resztą nauczycieli do korytarza, z którego przed chwilą wyszedł Harry. Zatrzymała się jeszcze przy nim, położyła rękę na jego ramieniu i uśmiechnęła się.
- Dobra robota, Harry. Jestem pewna, że Dumbledore jest z ciebie dumny.
Chłopakowi napłynęły łzy do oczu. Właśnie zdał sobie sprawę z tego, że wszystko się skończyło. Właśnie przed chwilą. Przed kilkoma minutami. I to skończyło dobrze. Ale jednocześnie kilka minut temu umarł Dumbledore. Mogliby tego uniknąć. On mógł. Trzeba było wybrać inne rozwiązanie. Może byłby tu teraz i sam mu gratulował. Chciał cofnąć czas. Oczywiście, że miał wygrać, ale nie kosztem Dumbledore'a. Nie musiał przecież ginąć!
Pięć godzin później Harry siedział na kanapie, wpatrując się w tańczący ogień w kominku. Wieść o wygranej szybko się rozeszła. Radości czarodziejów na całym świecie nie było końca. Zaraz po zabraniu ciała Dumbledore'a, przyleciały latające dorożki i zabrały uczniów w przygotowane namioty na jednej z Trzech Wielkich Polan. Hermiona podeszła tak cicho, że prawie nie zwrócił na nią uwagi.
- Nadal o tym myślisz - stwierdziła. - Harry... to nie twoja wina. Nie przez ciebie zginął. Uratowałeś cały świat, wszystkich czarodziejów. Uratowałeś nas, Harry. - Patrzyła się na niego tak długo, aż nie odwrócił głowy w jej stronę i nie spojrzał jej w oczy.
- Czy to ma sens? Zabić jednego, czy dwóch, żeby umarł ktoś ważny?
Dziewczyna przez chwilę nie wiedziała co mu odpowiedzieć, dlatego w milczeniu wpatrywała się w podłogę.
- To jest ważne. Wolność jest ważna. Niewinne życia są ważne. Jesteś bohaterem. Całego świata.
- Nie rozumiesz?! - wybuchł. - Ja wcale nie czuję się jak BOHATER! Nie chcę być bohaterem!
Rozpłakał się. Przytuliła go. Też się rozpłakała. Siedzieli tak. Na kanapie. Przy kominku. Smutni. Wbrew wszystkiemu. Wbrew wygranej.
- Boisz się - odezwał się po chwili. Kiedy odsunął się od niej i spojrzał w oczy, nie było już w nich łez. - Trzęsiesz się. Trzęsiesz się tylko wtedy, kiedy się czegoś boisz. O co chodzi Hermi?
- Bo... - dziewczyna spojrzała na swoje buty. - Nie wiem co się dzieje z Fredem... - chciała jeszcze coś dodać, ale się powstrzymała. - Nawet nie wiem czy mu się nic nie stało.
- Rozmawiałaś z Ronem?
- Nie widziałam go.
- Pewnie też się martwi. Powinnaś porozmawiać z profesor Sprout, ona sporządzała listę ofiar śmiertelnych.
- Wiem. Boję się zapytać.
- Chodź - złapał ją za rękę. - Zrobimy to razem.
Pociągnął ją w kierunku wyjścia. Powoli zmierzali do wielkiego słupa na środku polany, na którym wisiała T A K A R T K A. Czytając ją, niektórzy czuli ulgę, radość, ale też i smutek, ból. Dziewczyna zaczęła śledzić wzrokiem nazwiska. Było ich z 40, może 50.
Vicky Bishopper
Vincent Crabbe
Druella Rosier
Evan Rosier
Gregory Goyl
Winky Crockett
Alex Sykes
Timothy Justin
Demelza Robins
Andrew Kirke
Barry Rochester
Lisa Cullen
Jennifer Down
...
Valeria Myrriald
David Nolton
Louise Fontwell
Przeczytała wszystkie nazwiska trzy razy, ale nie znalazła żadnego z przyjaciół. Wypuściła w końcu powietrze z płuc. Harry skończywszy czytać (czytał wolniej niż ona) przytulił ją mocno.
- Wszystko będzie dobrze - wyszeptał.
Nie powiedziała tego głośno, ale po głowie krążyło jej jedno słowo: "oby".
Przez resztę dnia dziewczyna chodziła od namiotu do namiotu w poszukiwaniu jakiejś pracy. Chciała coś zrobić, może pomóc komuś, na coś się przydać, po prostu zając się czymś, żeby nie myśleć o tych wszystkich czarnych scenariuszach. Co jeśli w ogóle nie znaleźli Freda? Albo co jeśli nie znaleźli jeszcze jego ciała? Martwego ciała? W końcu zdecydowała, że pomoże opatrywać rannych, ale niestety... albo i stety mogła jedynie asystować przy niewielkich zabiegach, a także wylewać brudną wodę, przynosić czystą, dostarczać jedzenie i picie, poprawiać poduszki, roznosić koce. Wolała to, niż patrzenie na krew, zszywanie ran itp. Pod wieczór przyszła kolej aby wylać wodę po ostatniej operacji. Wzięła więc wiadro stojące przy wyjściu i wyszła na zewnątrz. Odeszła trochę od wszystkich namiotów i chlusnęła wodą z krwią na pobliskie krzaki. "Oby nie było tam żadnych zwierząt" - pomyślała. Wow... wciąż miała jakieś poczucie humoru. Znikome, ale miała. Gdy wróciła, od razu zobaczyła, że coś jest nie tak. Była tu wystarczająco długo, żeby zapamiętać rozkład łóżek i pacjentów. Chyba na "oddział" przybyli nowi ranni. Wręczyła wiadro pierwszej lepszej napotkanej osobie i poleciła przynieść czystą wodę, a sama zaczęła się rozglądać. Czego szukała? Sama jeszcze nie widziała, ale chyba najbardziej by się ucieszyła widząc rudą grzywę. Omijała łóżka zaczepiała ludzi stojących do niej tyłem, ale żaden z nich nie był chłopakiem, na którego czekała. Mijając jedno z posłań, usłyszała cienki głos.
- Hermiona... - powiedział. Zatrzymała się czym prędzej i spojrzała w dół. Wiedziała do kogo należy ten głos. Nie wyglądał aż tak źle: złamana ręka, palec, krwawienie z lewego ucha, spuchnięte oko, wielki fioletowy siniak na czole, małe rozcięcie na policzku. Były tu o wiele gorsze rzeczy. - Jesteś cała. - Widać było, że męczy się przy każdym słowie. Żeby nie musiał się tyle wysilać, schyliła się. Przynajmniej sobie wmawiała, że tylko dlatego. Ucieszyła się na jego widok. O niego też bardzo się martwiła. Ale jego jeszcze widziała niedawno. Z nim jeszcze rozmawiała.
- Draco... - wyszeptała. - Jak się czujesz? Wyglądasz kiepsko.
- Czuję się kiepsko. Dostałem paroma ładnymi zaklęciami, ale... Diabeł swoich nie bierze, więc jestem - uśmiechnął się, ale zraz usta wyraziły grymas bólu. Złapał się za żebro. - Złamane - wyjaśnił kiedy podążył za jej wzrokiem.
- Musi boleć... - odparła. Nie zwracając uwagi na jej słowa, podniósł rękę i dotknął jej dłoni.
- Cieszę się, że cię widzę.
- Ja... - zaczęła, ale przerwała, ponieważ profesor Sprout podeszła do nich, spojrzała na blondyna i oznajmiła: zakwalifikowany do operacji. Po czym różdżką zrobiła mu znaczek na ręce, aby potem odróżnić którego trzeba zoperować. Powiedziała jeszcze, żeby Hermiona zerwała jej trochę Rdestu Ptasiego, po czym odeszła. - Muszę iść... - oznajmiła Granger.
- Zostań - poprosił Malfoy.
- Nie mogę... tutaj jest dużo ludzi, na pewno ktoś się tobą zaopiekuje.
- Ale ja nie chcę tych ludzi... - ujął jej ręce w swoje. - Ja chcę ciebie...
Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko, wstała i powoli odeszła nie oglądając się za siebie, a było to trudne. Czuła, że odprowadza ją wzrokiem.
Następnego dnia wieczorem miała za zadanie narwać Raptuśnika, który rósł na skraju lasu. Wzięła więc pochodnię i zaczęła oddalać się od obozu. Oddalając się, stopniowo szumy rozmów zamieniały się w brzęczenie świerszczy i bzyczenia komarów. To był chyba jedyna taka chwila wytchnienia którą miała, kiedy wychodziła po coś do lasu, albo na jego skraj. Odcinała się od gwarów i jej umysł mógł odpocząć. Dopóki nie przypominało jej się o tym, że nadal nie wie co z Fredem. Idąc tak z pochodnią w ręku, nie zauważyła trzech cieni wyłaniających się po drugiej stronie polany. Patrzyła na gwiazdy, na księżyc, na niebo. Myślała o przeszłości, przyszłości. Co się teraz stanie z Hogwartem. Jak będzie wyglądać ich życie bez najbliższych. Jak wyglądałoby ich życie za panowania Voldemorta. Po kilku sekundach usłyszała kroki. Odwróciła się i niemalże dostała zawału. Już myślała, że to wróg i chciała wyciągać różdżkę, ale przypomniało jej się, że jej nie wzięła. Instynkt mówił jej żeby uciekać jak najdalej, zawiadomić resztę, bronić się jakoś, ale po chwili zobaczyła twarze trzech postaci. Serce podskoczyło jej do gardła. Rzuciła koszyk trzymany w ręce i pobiegła w ich stronę.
- Fred! - krzyknęła rzucając się chłopakowi na szyje. On uniósł ją w górę i okręcił się kilka razy.
- Hermiona! - zawtórował. Po chwili odstawił ją na miejsce i nie wiedziała czy to przez brak sił, czy po prostu jak dla niego już dość było tych uścisków. Dziewczyna zobaczyła jeszcze dwóch chłopaków: Neila Randalla i Petera Swann (uczniowie Gryffindoru).
- Gdzieście byli??
- Zgubiliśmy się w lesie - odpowiedział Neil. - Zaciągnęło nas tam kilku śmierciożerców. Kiedy tajemniczo wyparowali, wiedzieliśmy już, że Harry wygrał ale nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Fred był trochę poturbowany ale..
- Najważniejsze jest to, że żyjecie - przerwała dziewczyna. - Zabieram was do obozu. - Nie czekając ani chwili dłużej, chwyciła Weasley'a za rękę i pociągnęła w stronę namiotów. Reszta podążyła za nimi. Granger była teraz w pełni szczęśliwa. Miała go. Tutaj. Był cały. I zdrowy. Dopiero w świetle latarni miało okazać się, że nie do końca...
"Nie mam już Ciebie,
Największa strata.
Nienawidzę za to Siebie,
Życia i całego świata!"
