piątek, 6 marca 2015

"Co ściany widziały, co drzewa słyszały" #1




Hogwart pogrążony był we śnie. Przynajmniej tak by się zdawało. Prawda była taka, że tej nocy nikt nie mógł zasnąć. Wszyscy stracili kogoś bliskiego i wszystkich ogarnęła rozpacz. 


Hermiona mimo tego, że naprawdę starała się zasnąć, ciągle miała przed oczyma bladą twarz Benny'ego, który teraz, przykryty białym prześcieradłem, leżał u stóp Bijącej Wierzby, wraz z innymi ofiarami. Najgorsze było to, w jaki sposób zginął, i że nie zostanie za to nawet godnie pochowany. 




Harry ciągle zastanawiał się co mają dalej zrobić. To wszystko wydawało się takie nierealne. W jednym dniu stracili tak dużo ludzi, kolegów, przyjaciół, a wszystko to przez Voldemorta i jego syna. Harry'ego trochę dziwił fakt, że jeszcze ani razu go nie widział. To tylko potęgowało jego strach, bo to oznacza, że Voldemort najlepsze zostawił na koniec. Chłopak nie miał pojęcia co zrobić i to go najbardziej dołowało - jego bezradność. Zdawał sobie sprawę z tego, że wszyscy na niego liczą, ale on nie miał pojęcia. Jak miał walczyć z wrogiem, z którym nigdy nie miał do czynienia?


Dumbledor'e zamknął się w swoim gabinecie z kilkoma nauczycielami i czarodziejami, aby zastanowić się nad dalszym planem. Mieli obowiązek dbania o swoich uczniów. Nie mieli ich nawet gdzie wysłać, ponieważ nikt nie wiedział, czy ich rodziny nadal żyją. Jedyne, czego wszyscy byli pewni to tego, że trzeba coś wymyślić jak najszybciej, ponieważ każda chwila dawała przewagę Voldemortowi i  w każdej chwili Ten Którego Imienia Nie Wolno Wypowiadać, mógł złożyć im niespodziewaną wizytę. 


Ten jednak miał teraz inne problemy na głowie. Nie przewidział tego, że jego syn może obrócić się przeciwko niemu. Wyglądało na to, że Voldemort nie miał już nic do powiedzenia. Saitan stwarzał mu poważne zagrożenie. 



Bardzo niebezpieczne czasy nastały dla wszystkich. Ci, którzy byli u góry, są teraz na dole. Ci, którzy byli na dole, mogą być u góry. Wszystko rozegra się już wkrótce. Tylko nikt nie wie jak. Nikt nie wie gdzie... i nikt nie wie, jaki będzie wynik. 


~ o ~


Hej ludziska! Raz po raz będę dodawać bardzo krótkie posty pt "Co ściany widziały, co drzewa słyszały" chodzi w nich o to, aby o czymś dopowiedzieć, co dzieje się teraz u niektórych bohaterów. Lecz nie martwcie się. Nie znaczy to, że takim krótkim czymś zastąpię cały rozdział, nie, nie... po prostu jeśli w piątek (bo zazwyczaj piszę w piątek) nie będę miała czasu, aby napisać cały rozdział - dodam to, za to w sobotę dodam cały rozdział. Myślę, że nawet takie coś jest lepsze od pustki :P A więc do zobaczenia jutro! <3

piątek, 27 lutego 2015

Rozdział 26 "Czysta krew w nieczystej walce"

ZANIM TO PRZECZYTASZ, UPEWNIJ SIĘ, ŻE TWÓJ DOM JEST ZAKLUCZONY. 
POZAMYKAJ WSZYSTKIE OKNA. NIE OTWIERAJ NIKOMU. NIE WYCHODŹ NA ZEWNĄTRZ. BĄDŹ CAŁY CZAS CZUJNY, PONIEWAŻ ONI TAM SĄ... WOJNA TRWA.

"Są duże i małe wojny.
Te duże zmieniają świat,
te małe - człowieka."

Miałam już dość tego ciemnego korytarzu, ale dzielnie podążałam za resztą. W oddali słychać było jakieś ryki. Po plecach przeszły mi ciarki, kiedy uświadomiłam sobie, że tam właśnie idziemy. W celi ósmej siedział "mężczyzna". Miał długie, ciemne włosy, groźny wzrok, wydłużone kły i zniszczoną skórę. Odsunęłam się błyskawicznie, ponieważ poczułam okropny smród rozpadającego się ciała. Nie chciałam wiedzieć kto to jest i co robi.


Miałam to gdzieś, ale oczywiście Severus musiał skorzystać z okazji, aby nauczyć nas czegoś nowego. 
- To Vermis, po naszemu robak - zaczął. - Jego ciało rozkłada się ciągle na nowo. Kiedy cię dotknie, cząstka jego ciała pozostaje na tobie i powoli się wchłania zarażając twój organizm. Śmierć godna robala. Rozkładasz się w jakieś 30 minut. 
- Dzięki za wykład - syknął Draco zasłaniając nos. Severusa najwyraźniej to rozbawiło. Jednak najgorzej miał Dumbledor, który przemawiał do (jak to było? Verisa?) tego czegoś... Nie mam pojęcia co było w celi numer 9 i każdej następnej, ponieważ dyrektor kazał mi i Draco wyjść na powierzchnię, za co byłam mu niezmiernie wdzięczna. Kiedy tylko znaleźliśmy się na świeżym powietrzu, odetchnęłam głęboko. 
- To było chore! Jak można takie COŚ trzymać tutaj! W szkole! - oburzyłam się. 
- Słuchaj Hermiona... - powiedział blondyn. - Ja... ja nie mogę walczyć. Nie mogę tam iść. 
- Co?! - pokręcił głową. O co mu chodziło?
- Nie mogę. Zrozum mnie. On... on zabije mojego ojca - oznajmił.
Już chciałam mu wygarnąć, ale zamilkłam. Nigdy nienawidziłam Lucjusza, ale to był jego ojciec. Bał się. Widziałam to w jego oczach. Uświadomiłam sobie jak bardzo go nie znałam. Zawsze nim gardziłam, myślałam, że jest zwykłym idiotą, kretynem. Tylko jakoś nigdy nie pomyślałam "dlaczego?". Człowiek nie jest zły sam w sobie. Musi to robić z jakiegoś powodu, a więc dlaczego tak szybko go skreśliłam? Teraz wiem, że popełniłam błąd. Draco był tylko zwykłym uczniem i nie mógł odpowiadać za to, co czynił jego ojciec. Rodziny się nie wybiera. Jego ojciec służył Voldemortowi, matka też, a więc od dziecka jego też tego uczyli. To nie była jego wina. Jednak każdy z nas... ja, Harry, Ron, Ginny i cały Gryffindor nie próbowaliśmy go zrozumieć. Teraz zaczynałam. Stałam przed nim w milczeniu. Patrzeliśmy na siebie. Obydwoje nie wiedzieliśmy co dalej. Nasza przyszłość była nieznana. Nie miałam pojęcia jak się musiał czuć. Nie chciał siedzieć bezczynnie podczas wojny, ale jeśli tego nie zrobi - jego ojciec umrze. Nie chciałabym być na jego miejscu. 
- Nie, jeśli my pierwsi zabijemy Voldemorta - powiedziałam stanowczo. - Jesteś z nami? - zapytałam. Przez chwilę milczał.
- Jestem z tobą - odpowiedział w końcu. Skinęłam mu głową. Staliśmy w mrozie na pustym placu. Nie wiedziałam gdzie są potwory, ale nie obchodziło mnie to szczególnie. - Hermiona... - odezwał się. Podszedł do mnie bliżej i ujął moją rękę w swoją. To mnie troszeczkę zbiło z tropu. - Słuchaj ja... Nie wiem co ty o mnie myślisz, ale ja naprawdę chcę pomóc. Ja nie jestem potworem. Nie chciałbym zginąć jako...
- Cii... - uciszyłam go. Nie chciałam, żeby teraz się krytykował. - Owszem, popełniłeś sporo... błędów, ale jesteś człowiekiem. Człowiek ma do tego prawo. Pamiętaj - uśmiechnęłam się. On po chwili też.
- Nie wiem, kiedy znowu będziemy sam na sam... więc... Uważaj na siebie, ok? - przytulił mnie.
- Ty też... - powiedziałam bardzo cicho. Draco czuł coś do mnie. Nie do końca wiedziałam co to było. Miłość? Może... Ja czułam do niego... hm... nie myślałam teraz o tym. Teraz moje myśli były gdzieś tam... na polu bitwy. 

~ o ~

- Ginny! - krzyczał rozpaczliwie Ron. - Ginny tutaj! - Rudowłosa upuściła delikatnie czarnowłosą głowę koleżanki z groźnym urazem i podeszła do brata, który kucał obok Romildy Vane. Dziewczyna w szóstej klasie dała Harry'emu czekoladki z eliksirem miłosnym, a teraz leżała nieprzytomna na zimnej posadzce w ruinach jakiegoś domu. - Dostała od Bellatrix. 
- Jakim zaklęciem!? - Ginny miała łzy w oczach od... odkąd tu przybyli. W oddali dało się słyszeć padające zaklęcia. Znajdowali się w starym budynku biblioteki. Rudowłosa robiła za pielęgniarkę. Co chwila ktoś przynosił kogoś rannego. Co chwilę także musieli się przenosić, bo śmierciożercy odkrywali ich kryjówki. W tej chwili walka rozgrywała się w małej czarodziejskiej wiosce, chociaż na całym świecie śmierciożercy pustoszyli domy, zabijali niewinnych ludzi. 
- Nie wiem! - odkrzyknął brat. Huki nie ustawały. - Pomóż jej. Muszę iść. - Chłopak chciał wstać, ale Ginny złapała go za rękę.
- Ginny muszę... - zrozumiała, jednak nie chciała, by mu się coś stało.
- Uważaj na siebie - powiedziała, po czym puściła go i popatrzyła na ranną. Podeszła do niej Luna, która rozdawała wodę. Przybliżyła się do Romildy, ale rudowłosa pokiwała głową. - Zostaw... nie żyje. 

W tym samym czasie Harry próbował się dostać do Voldemorta, lecz nikt nie miał pojęcia co się dzieje. W okół było mnóstwo gruzu, ruin i kurzu. Chłopak wycelował w czarną postać, która zabiłaby jakiegoś pierwszoroczniaka. Dzieci też walczyły, lecz na szczęście nieliczne. Do tej pory nie widzieli ani Freda, Georga i żadnego innego ucznia zabranego przez ministerstwo. Nie ruszali martwych. Harry zauważył Cho i ruszył w jej kierunku. O ile wiedział, zabili 2/11 armii Voldemorta. Nie wiedział ilu przyjaciół stracił. To było jedno wielkie bagno. Powoli zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że nie wyjdą z tego żywi. Chłopak ominął jakieś martwe ciało, brnął przez jedną z ulic. Spojrzał na czarne niebo. Nie dało się rozpoznać czy jest dzień czy noc. Nie wiedział ile godzin to trwa. 
- Harry! - krzyknęła nagle jakaś dziewczyna. Była ze Slytherinu. Podbiegła do niego. - Przyjechaliśmy, żeby wam pomóc! - Teraz sobie przypomniał, że przecież ona wyjechała na święta. Za nią dostrzegł więcej uczniów. 
- Viona... - złapał ją za ramiona. - Nie dajcie się. 
- Jasne - odparła i lekko się uśmiechnęła. Gdy odpowiedział tym samym, pobiegła za jakiś budynek, aby pomóc innym, za nią podążyli pozostali. Chłopak musiał pomyśleć. Stracił Cho z oczu, więc wszedł do najbliższego domu. Próbował znaleźć jakiś sposób na wygraną, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Nagle coś rozbłysnęło zielonym światłem i w pomieszczeniu pojawiło się więcej osób.
- Harry! - krzyknęła Hermiona rzucając mu się na szyję. Przytulił ją. Nagle ich szanse wzrosły, kiedy zobaczył Dumbledora, McGonagall i resztę nauczycieli. Byli z nimi też inni, pewnie ktoś z ministerstwa. Był Lupin, Nimfadora, Syriusz, Molly i Artur Weasley, oraz wszyscy, którzy choć trochę znają się na magii. Nie było czasu na przytulanie i radowanie się. Przeszli od razu do rzeczy.
- Harry jakie mamy straty? - zapytał Dumbledore.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia. Jakieś... - spojrzał niepewnie na Hermione. Przecież nie mógł ukryć przed nią strasznej prawdy. - Połowa. - Dyrektor pokiwał smutno głową. Widać było, że intensywnie myśli. 
- Nie możemy tak walczyć. Musimy się schować, a dopiero potem uderzyć. Razem. To nie może być takie chaotyczne. - Czarnowłosy rozumiał, jednak nie bardzo wiedział jak zebrać ich wszystkich razem. 
- Wiem gdzie mniej więcej są - oznajmił chłopak. - Ja zajmę się tymi na zniszczonym rynku. 
- Też znam ich lokalizację, dlatego ty, Harry, razem z Hermioną i Molly zajmiecie się wyprowadzeniem wszystkich z biblioteki. O ile wiem, tam jeszcze nie dotarł wróg. Lupin, ty pójdziesz na rynek. Arturze, ulica Geetstrid. Syriuszu, Hifgroot. Severusie, Kopenhalf... - Minęło kilka minut, zanim Dumbledor porozdzielał wszystkie obowiązki. - Spotkamy się na głównym placu w Hogwarcie.
- Nie! - zaprzeczył Harry. - Nie możemy uciekać. Nie po to tu przyszliśmy. 
- Chłopcze nic nie zdziałasz, jeśli będziesz martwy! - wykrzyknął jakiś stary czarodziej.
- Posłuchaj mnie Harry... - zaczął Dumbledore. - Kiedy będziemy tam wszyscy, ustalimy co dalej, a wtedy uderzymy. Tak będzie lepiej. Opatrzymy rannych... - Po chwili namysłu chłopak skinął głową. - Dobrze. A więc ruszajmy.

Hermiona, Harry i pani Weasley zgodnie z rozkazami podążali do biblioteki. Trzymali się blisko ścian, żeby w razie jakiegoś niebezpieczeństwa zdążyć się ukryć.
- Harry... - zaczęła Hermiona. - Czy widziałeś... - głos uwiązł jej w gardle. Przełknęła ślinę i kontynuowała - czy widziałeś Freda i Georga? - Pani Molly, która szła z przodu, teraz obejrzała się i spojrzała na chłopca z nadzieją.
- Przykro mi, ale nie... To jednak nic nie znaczy. Nie wiemy gdzie oni są. Wszystkiego będziemy pewni, kiedy znajdziemy się na placu w Hogwarcie. Miejmy nadzieję, że wszyscy się tam spotkamy.
- Harry gdzie teraz? - spytała mama rudzielców. Stali na skrzyżowaniu ulic.
- Lewo - odpowiedział chłopak i znów ruszyli.
- A ty jak się czujesz Harry? - spytała Hermiona i złapała go za ramię.
- Dobrze. Nic mi nie jest - odparł. Wtem przed nimi jakby z podziemi wyrósł śmierciożerca Fenrir Greyback. Pani Weasley szybko wyciągnęła różdżkę przed siebie, lecz on był szybszy. Jednym ruchem sprawił, że kobieta poleciała kilka metrów w bok i z hukiem uderzyła w ścianę.
- Nie! - krzyknęła Granger patrząc na nieruchomą Molly. Nie zdążyła odwrócić głowy, kiedy poczuła, że jakieś silne ręce zaciskają się na jej ramieniu. Pazury Greybacka wbiły się w jej dłoń tak, że upuściła różdżkę na ziemię. Zrobiło jej się duszno i spojrzała na Harry'ego, który stał przed nią.
- Jeżeli wykonasz jakikolwiek ruch, ona zginie - oznajmił śmierciożerca z uśmiechem. - Różdżka! - wydarł się pokazując głową na ziemię. Chłopak podniósł ręce do góry w geście poddania i bardzo powoli kucnął. Skinął głową i wtedy cielsko Fenrira pchnęło Hermione na ziemię. Dziewczyna szybko się przewróciła z brzucha na plecy i zrozumiała co się stało. Kiedy cała uwaga śmierciożercy była skupiona na Harry'm, z tyłu podkradał się Benny, który czekał na właściwą okazję, aby zaatakować. Wskoczył mu na plecy i teraz się z nim szarpał wymachując jego różdżką na wszystkie strony. Potwór zaś wykrzykiwał różne zaklęcia, które trafiały w przypadkowe rzeczy takie jak, drzewo, okno, lampa i o mało co nie Harry'ego, lecz Granger w ostatniej sekundzie chwyciła go za nogę i go przewróciła.
- Przepraszam - powiedziała, kiedy upadł z hukiem na ziemie. Ten jednak nie wzruszony szybko podniósł się i wymierzył w potwora, który zrzuciwszy Benny'ego, teraz w niego celował.
- Drętwota! - krzyknął Harry i Fenrir upadł na glebę. Wcześniej jednak zdążył rzucić zaklęcie. Hermiona widziała wszystko jakby w zwolnionym tempie. Szybko wstała i podbiegła do Benny'ego, po chwili dołączył do niej Harry.
- To Intanto! - krzyknęła Hermiona, a w oczach miała łzy. - Efekt wbitego ostrza. - Rzeczywiście, koszulka chłopaka zaczęła nasiąkać krwią, jakby przed chwilą, ktoś wbił mu w brzuch nóż. - Musimy go stąd zabrać!
- Musimy stąd zwiewać! Sprawdź co z panią Molly, ja go wezmę! - powiedział Harry i ostrożnie zaczął podnosić chłopaka. Pani Weasley na szczęście nie stało się nic poważnego, nie licząc kilka siniaków i dała radę iść o własnych siłach. Do biblioteki nie było już tak daleko, wystarczyło tylko przejść jeszcze jedną ulicę. Po kilku minutach byli na miejscu.
- Harry! - krzyknęła radośnie Ginny, która owijała właśnie zranioną głowę Cho. Chłopak położył Benny'ego przy jednej ze ścian.
- Ginny sprawdź co z nim - powiedział.
- Dobrze... dokończ to - rudowłosa wręczyła mu bandaż i wskazała na czarnowłosą. Harry ukląkł i powoli zaczął owijać jej głowę.
- Jak się czujesz? - zapytał i uśmiechnął się do niej.
- Mną się nie przejmuj. Z nimi jest gorzej - Chang spojrzała na środek sali, gdzie leżeli uczniowie z gorszymi ranami. Niektórzy stracili swoje kończyny. Wszędzie było mnóstwo krwi. - Harry, co dalej?
- Za chwilę wszyscy się teleportujemy do Hogwartu - oznajmił. - Nie bój się, jakoś to będzie.
- Wiem. Bo mamy ciebie - odparła. Chłopak tylko się uśmiechnął i skończył ją bandażować. Wstał i podszedł do Hermiony.
- Dobra, zbierz wszystkich i każ im złapać się za ręce.
- Jasne - przytaknęła dziewczyna i wzięła się za zadanie. Harry także podchodził do uczniów i mówił, aby każdy wziął jednego rannego i czekał. W końcu jakoś wszyscy się zebrali i tworzyli jeden niezgrabny krąg.
- Czy kogoś nie ma? - zapytał. Nikt się nie odezwał dlatego skinął na Hermione. Trzy sekundy później nie słychać już było wykrzykiwanych zaklęć, huków rozwalanych budynków. Stali na placu Hogwartu, lecz dopiero tu zaczął się prawdziwy koszmar...

~ o ~

Wszyscy przyporwadzili swoje grupy, oprócz Severusa. Tylko jego brakowało. Na ziemi leżały ciała zarówno żywe, jak i martwe. Pani Pomfrey biegała od jednego ucznia, do drugiego, aby udzielić pomocy, zresztą tak jak inni nauczyciele i uczniowie, którzy choć trochę się na tym znali. Słychać było płacz i zrozpaczone krzyki. Wszyscy stracili kogoś bliskiego. Ci, których tu nie było, zostali tam... prawdopodobnie martwi. Hermiona chodziła i szukała swoich przyjaciół. Ginny biegała i pomagała reszcie, Harry szukał Dumbledora, Molly opatrywała złamaną rękę Rona, który szukał wzrokiem ojca. Temu jednak nic poważnego się nie stało. Luna także pomagała opatrywać poszkodowanych. Cho odpoczywała i czekała na leki. Prawdopodobnie ma wstrząs mózgu, ale wyjdzie z tego. Neville ciągle zszokowany rozmawiał z jakimś tam kolegą. Draco przed chwilą znikł jej z oczu, ale raczej był cały. Kiedy ostatnio widziała Benny'ego, żył, więc teraz prawdopodobnie jest lepiej. Nigdzie jednak nie widziała ani Freda, ani Georga... W końcu dziewczyna zrezygnowana usiadła na ziemi. 



Spojrzała na to wszystko. Jeden wielki smutek... rozpacz. Gdzieś za murami jakaś dziewczyna głośno płakała. Przy fontannie siedział chłopak, który trzymał swojego brata... martwego. Gdzieś indziej jakaś brunetka przytulała przyjaciółkę, która nie miała jednej ręki. Lupin właśnie ze smutkiem stwierdza, że kolejny uczeń nie żyje. Profesor McGonagall kiwa głową patrząc na tyle nieszczęść. Jakiś inny nauczyciel pociesza małą dziewczynkę, która szuka swego starszego brata.
Hermiona nie wiedziała już co ma robić... Nie była w stanie myśleć. Dziś straciła wielu przyjaciół. Niektórych uczniów znała tylko z widzenia, ale mimo wszystko trudno jest sobie wyobrazić, że nigdy więcej nie spotka ich na korytarzu, nigdy więcej nie udzieli odpowiedzi na jakieś proste pytanie z zielarstwa. Zdała sobie sprawę, że przecież to jeszcze wcale nie jest koniec. To dopiero początek. Oni tylko uciekli przed walką, a Voldemort tak łatwo się nie podda. Zrobiło się jeszcze bardziej smutno, kiedy dziewczyna przypomniała sobie który dzisiaj jest. Dziś był 24 grudnia. Wigilia... Przypomniało jej się jak Ginny mówiła jej, żeby przyjechała do nich, żeby wszystko było jak dawniej. Teraz nic nie będzie tak jak dawniej. Kompletnie nic... Cholera! Nawet nie wiedziała czy Fred i George żyją! Nie... trzeba to w końcu przyznać. Nie mieli szans. Żadnych szans...
W tej chwili napłynęły jej do oczu łzy. Przed twarzą miała tych dwoje. Największych błaznów, jakich widziała. Zawsze potrafili wszystkich rozśmieszyć. A ona nawet w jednym z nich się zakochała. Nigdy mu tego nie powie. Jest za późno... O wiele za późno... Być może zginęli od razu, kiedy przyjechali. Tak bardzo żałowała tego, że nigdy mu nie powie jak bardzo go kocha. Przeżywała teraz wszystkie te chwile na nowo, od pierwszego "Cześć jestem Fred", do ostatniej kłótni. Pamiętała wszystkie momenty... kiedy chodzili razem na mecze, kiedy on grał, a ona co chwilę na niego zerkała, kiedy w szóstej klasie chcieli wrzucić swoje nazwiska do czary ognia, a ona wiedziała, że to i tak nie wypali, te wszystkie święta, które spędzała u nich, kiedy dawała mu prezenty, jak świętowali jego urodziny, kiedy razem gotowali, jak rozmawiali wieczorem, gdy próbowali jej wcisnąć eliksir miłosny i w ogóle, kiedy przychodziła do ich sklepu, to witali ją radośnie i zawsze mięli czas, aby z nią porozmawiać, kiedy raz na balu Fred poprosił ją do tańca, lecz odmówiła, bo ją za bardzo bolały nogi... wtedy, gdy była zazdrosna o Angelinę, oraz Amber. Pamiętała wszystkie ich wynalazki, te dobre i te złe... Pamiętała również jak pomogli jej się zemścić na Ronie. Śmieszyło ją to jak potraktowali Umbridge i jak Fred obstawiał, że Hermiona pokona Rona w pojedynku, kiedy tworzyli gwardię Dumbledor'a. Wszystko to pamiętała... A jej ostatnia rozmowa? No właśnie... ostatni raz jak z nim rozmawiała - kłócili się. Zaczęło się od tego, że Fred zobaczył ją w objęciach Drako, a potem było tylko gorzej, ale to dowodziło tego, że jest Fred coś do niej czuł. Tym bardziej było smutno, bo już nigdy nie miała się dowiedzieć co to było.
- Wszystko w porządku? - spytał ktoś. Podniosła głowę i ujrzała Lunę. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że jest cała zapłakana.
- Tak ja tylko... - nagle na placu rozbłysło zielone światło i w jednej chwili ujrzeli grupę ludzi, a na ich czele Severusa. Czyli jednak przeżył! Hermionie serce nagle stanęło... otóż w tej grupce dostrzegła dwóch wysokich chłopaków, o rudych włosach. Doskonale znała tę twarz! Była trochę ubrudzona, ale jednak to byli oni! Fred i George! Dziewczyna szybko wstała i zaczęła biec w ich stronę. Myślała, że zaraz wzniesie się w powietrze i poleci, tak się ucieszyła. Jej serce biło tak szybko, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi i wyprzedzić dziewczynę. Hermiona zobaczyła, że po jej prawej stronie wstaje pani Molly wraz z Ronem, czyli to nie były zwidy. Także Ginny rzuciła miskę z bandażami i już pędziła w stronę braci. Jednak to Hermiona dotarła pierwsza i rzuciła się na Freda, który w ostatniej chwili się odwrócił i ją dostrzegł. Przytuliła się do niego tak, jakby od tego zależało jej życie, a on odwzajemnił uścisk. Obok stał George, który teraz trzymał matkę w ramionach. Hermiona zaczęła płakać jeszcze bardziej i nie mogła się opanować. Fred nic nie powiedział, tylko pogłaskał ją po głowie i przytulił jeszcze bardziej, co wydawało się wręcz nie możliwe. Żadna siła nie potrafiłaby ich teraz rozdzielić. Granger nie chciała go puszczać, ale wiedziała, że nie tylko ona czekała na jego powrót. Powoli odsunęła się od niego, żeby mógł przytulić swoją siostrę. Hermiona uśmiechała się przez łzy i teraz podeszła do Georga i przytuliła go równie mocno, lecz krócej.
- Hej, hej... żyjemy, ale jak będziecie nas tak ściskać to zaraz może się to zmienić - powiedział rozbawiony Fred. Nawet w takiej chwili potrafił żartować. Dla Hermiony cały świat zniknął i został tylko on. Tak bardzo za nim tęskniła... myślała, że już nigdy go nie zobaczy, dlatego wydawało jej się, że zaraz padnie ze szczęścia.

--------
(Polecam włączyć sobie teraz tą melodię - https://www.youtube.com/watch?v=OJL33R-GyBc)
-------

I nagle wszystko się rozprysło... Zawołała ją Luna... Kiedy Hermiona spojrzała na nią, uśmiech jej zbladł. Powoli podeszła bliżej. Blondynka klęczała przy Benny'm. Za nią stali jego kumple, którzy nie kryli łez. Granger zrobiło się zimno. Przyśpieszyła kroku i już znajdowała się przy nich. Uklękła i spojrzała na bladego, nieruchomego chłopaka. Oddychał. Złapała go za rękę, a ten otworzył oczy. Luna wstała i odsunęła się trochę, a Hermiona uśmiechnęła się. Benny odpowiedział tym samym, ale widać było, że sprawiło mu to ból... Widać było, że powoli odchodził. Dziewczyna odwróciła się gwałtownie i już chciała wezwać pomocy, ale wtedy odezwał się on:
- Nie... - powiedział cicho. - Zrobili wszystko co mogli... Rana jest za groźna. Nic już nie można zrobić. - Dziewczyna słuchała i tylko kręciła głową, nie chcąc wierzyć. - Odchodzę...
- Nie, nie... cii... - miała łzy w oczach. To nie mogła być prawda. On nie zasłużył sobie na śmierć! A już szczególnie nie na taką! Przecież obronił ją, gdyby nie on... nie żyłaby. - Będzie dobrze.
- Hermiona...
- Uratowałeś mnie - szepnęła. - To nie może się tak skończyć! To ja powinnam umrzeć!
- Cieszę się, że to zrobiłem... cieszę się, że jesteś cała. Hermiona... ja ci mówiłem, żebyś zawsze pamiętała, że cię kocham. Zawsze będę cię kochać. Dlatego byłem gotów poświęcić za ciebie życie...
- To nie jest fair... - powiedziała pociągając nosem i tłumiąc jakoś płacz.
- Nie... ty byłaś sensem mojego życia. Gdyby on cię zabił nie miałbym po co żyć, dlatego cieszę się, że tak umieram. Umieram za miłość.


- Benny... Proszę cię. Wytrzymaj... - Hermiona siedziała przy nim i ściskała go mocno za ręce. - Luna przyprowadź Dumbledor'a! Szybko! On go uratuje!
- Eh... Hermi... Hermi spójrz na mnie - poprosił chłopak. - Chciałbym, żebyś wiedziała, że cię kocham. Może zawsze myślałaś, że to tylko dla popisu, że udaję, że się zgrywam, ale nie... ja cię na prawdę kocham. Kiedyś tak bardzo bałem się, że stracę to co kocham... że nie chciałem kochać niczego. No cóż... - chłopak uśmiechnął się smutno - nie potrafiłem się w tobie nie zakochać.Wiesz dlaczego cię kocham? - zapytał.
- Dlaczego?
- Ponieważ inaczej nie umiem. Jesteś jak powietrze. Jesteś zawsze gdzieś w okół mnie... nawet jeśli cię nie wiedzę, to wiem, że jesteś w moim sercu. Czy ludzie potrafiliby żyć bez powietrza? Nie. Ja nie potrafię żyć bez ciebie. Hermi... słuchaj ja nie chciałbym abyś czuła się winna. To była moja decyzja i naprawdę się cieszę, kiedy wiem, że to ty będziesz żyła. Oddaje swoje życie, abyś ty mogła żyć.
- Benny... nie zostawiaj mnie.
- Nigdy. Nigdy cię nie zostawię, zawsze będę przy tobie. Kiedy tylko mocniej zaświeci słońce... pamiętaj, to będę ja.
Po policzkach Hermiony spływały słone łzy. Umierał...
- Hermi... nie płacz. Obiecuję ci... - mówił bardzo bardzo cicho, i dziewczyna musiała się przybliżyć, żeby dosłyszeć - ...obiecuję ci, że już niedługo otulę cię skrzydłami i będziesz miała swojego drugiego, prywatnego anioła stróża. Nie pozwolę cię skrzywdzić. Pamiętaj...
Benny powoli zamknął oczy, głowa opadła mu na bok, a zimne ręce już nie ściskały jej palców. Odszedł na zawsze...
Twarz dziewczyny była już cała mokra, a ona nie kryła swojego smutku. Głośno płakała i nie mogła się opanować. Kawałek dalej jego koledzy także łkali. Hermiona położyła głowę na jego piersi, która nie uniesie się już nigdy. Nie słyszała nic, jego serce przestało już bić. Po chwili uniosła głowę i spojrzała na niego. Był taki blady... Pamiętała, że zawsze był roześmiany, czarujący, uroczy. Teraz już nigdy nie usłyszy jego śmiechu, już nigdy nie powie jej, że ją kocha. Ona w pierwszej i drugiej klasie podkochiwała się w nim skrycie, a teraz... mimo tego, że kochała innego, nie mogła pogodzić się z jego odejściem. Nachyliła się nad nim bardziej i złożyła na jego ustach delikatny pocałunek. Prawda była taka, że go kochała jak brata. Dlatego teraz wyszeptała te dwa piękne słowa, które tak bardzo chciał usłyszeć. Łzy kapnęły na jego policzek. Starła je i znów położyła głowę na jego klacie. Leżała tak jeszcze kilka minut, zanim przyszedł Dumbledore. Niestety było już za późno. Benny stał się tylko kolejnym nazwiskiem na liście ofiar wojny. A dlaczego zginął? Bo oddał za nią życie.
Nagle zrobiło jej się tak jakoś cieplej... To był on. Wiedziała, czuła to. Otulił ją skrzydłami, tak jak obiecał. Dziewczyna nabrała nowych sił. Nadal płacząc, wstała, lecz zacisnęła pięści i spojrzała na świat inaczej. Zza gór wychodziło słońce. Nowy dzień. Hermiona postanowiła, że dorwie Fenrira i zemści się. Nadzieja powróciła, a wraz z nią chęć do walki. Będzie dobrze. Musi być...

"Zmieniając myślenie,
zmieniasz rzeczywistość..."  

niedziela, 1 lutego 2015

Ogłoszenie parafialne


A więc tak - pisałam w
sobotę nowy rozdział i napisałam
tak połowę, a to dlatego, 
że jakoś nie potrafię dobrać słów to 
tej "wojny" xd no więc
żeby was nie rozczarować - nie dodałam,
I dodam, kiedy będzie dopracowany.
Także przepraszam i mówię,
że niedługo się pojawi, proszę o cierpliwość :*
Ja niestety ferie mam za dwa tygodnie XD
Także wtedy będę miała więcej czasu na pisanie. 
Do zobaczenia xd

sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 25: "Tajemnica"

Przepraszam, że na rozdział musieliście czekać aż trzy tygodnie, ale miałam trochę spraw do pozałatwiania. Teraz już jest, a więc jeszcze raz PRZEPRASZAM. Ogarnijcie to --->
ZAPRASZAM w dół:

"I choć to w mroku
kryją się potwory, 
to dzień wcale nie trzyma 
z daleka naszych strachów"

- A gdzie Hermiona? - krzyknął Ron do Harry'ego, który stał parę metrów dalej i pomagał pakować kilka niezbędnych rzeczy do torby Luny.
- Nie wiem. Nie mamy czasu jej szukać - odkrzyknął. - Wiedziała kiedy wyruszamy, a jej tu nie ma. Więc idziemy bez niej.
- Harry! Przecież wiesz, że ona nie jest taka! Byłaby tu, więc coś musiało się stać. Trzeba jej poszukać! - upierał się.
- Ron nie mamy czasu! - chłopak skończył zapinać torbę i podszedł do rudzielca. - Ruszamy natychmiast. - Przez chwilę przyjaciele patrzyli sobie w oczy, ale po chwili Harry odwrócił się i zwrócił do reszty. - Uwaga! - wszystkie twarze zwróciły się w jego stronę. - Ci, którzy jeszcze mają tyle odwagi, za mną. - Harry wyszedł na główny plac Hogwartu, a uczniowie podążyli za nim. - Gotowi? - zapytał łapiąc za rękę Lunę, która stała obok niego. Blondynka złapała kolejną osobę i już po chwili wszyscy stali w kółku, trzymając się za ręce. - Pamiętajcie... wszyscy trzymamy się razem i niech nikt z was nie zgrywa bohatera. Plan jest prosty. Atakujemy z zaskoczenia i pomagamy naszym. Macie się nawzajem bronić. To nie będzie jakaś marna zabawa. Walczymy o życie naszych przyjaciół i o swoje własne. Voldemort nie cofnie się przed niczym, żeby wygrać. Nie ufajcie nikomu, kto nie będzie znał hasła. Neville... przypomnij wszystkim jakie jest hasło.
- Biały goblin - oznajmił chłopak.
- Dobrze. Czy wszyscy to zapamiętali? - uczniowie przytaknęli głowami. - I jeszcze jedno... Za wszelką cenę macie ratować życie naszych przyjaciół i swoje. Nie uczono nas zaklęć śmiertelnych, ponieważ to zakazane, ale w tej sytuacji...
- Harry... - powiedział Ron na znak, że zostało im mało czasu. Wybraniec skinął głową.
- Niech nikt się nie waha. Macie przeżyć. Czy to jest jasne?!
- Tak! - wykrzyknęli i pokiwali głowami.
- Zaczynamy...

Siedemdziesięcioro czterech uczniów tworzyło nierówny krąg, trzymając się za ręce. Większość z nich wiedziała, że po raz ostatni widzi się w takim składzie. Większość z nich nie miała gwarancji, że przeżyje, a jednak wchodzili w to. Nie myśleli jednak o śmierci. Po głowach chodziła im tylko zemsta i troska o przyjaciół... Był ponury, szary dzień. Zamiast śniegu, w okół było tylko błoto i wilgoć. Czarne chmury zwiastowały szybkie nadejście burzy. Wiatr zbierał siły, aby ostatecznie zniszczyć wszystko, co spotka na swojej drodze. Na głównym placu w Hogwarcie nie było już nikogo. Zostały jeszcze tylko ciche szepty, błąkające się pomiędzy murami.  Blada twarz przyglądała się temu zza jednego z okien zakazanego piętra. Chłopak wyglądał jak trup, ale nie za bardzo zwracał na to uwagę. Po chwili on także zniknął zostawiając w pomieszczeniu bezbronną, rudowłosą dziewczynę, która nieprzytomna leżała na ziemi.

Hermiona nie miała pojęcia ile czasu minęło odkąd Simon... to znaczy Saitan zostawił ją tutaj, ale kiedy się obudziła, była już ciemna noc. W pomieszczeniu paliły się magicznie zapalone pochodnie, a ona leżała na zimnej podłodze ze związanymi nogami i rękoma. Przez chwilę pomyślała, że nie jest sama i ktoś stoi w rogu pokoju, ale na szczęście uświadomiła sobie, że to był tylko cień. Chociaż bardzo próbowała, nie dała rady się uwolnić. Była opadnięta z sił, lecz cały czas rozpaczliwie myślała jak się wydostać i pomóc przyjaciołom. Nawet nie wiedziała czy jeszcze żyją. Pewnie musiało minąć z kilka dobrych godzin, od kiedy wyruszyli na wojnę. Miała żal do Harry'ego, że nie poczekał na nią, albo nie szukał jej. Chociaż może szukał, ale nie znalazł. No bo w końcu kto by pomyślał, że będzie akurat tu, na zakazanym piętrze. Że też byłam taka głupia i nie domyśliłam się, że coś jest nie tak z tym całym Simonem - myślała. Miała tylko nadzieję, że ktoś mimo wszystko stchórzył i został w Hogwarcie i jakimś cudem wybierze się na przechadzkę na zakazane piętro i ją uwolni. Oh... co za absurd. Była zdana tylko na siebie. Myśl Hermiona, myśl! Co mogłabyś zrobić. Czytałaś przecież gdzieś jak się uwalniać z takich sytuacji, ale to było w pierwszej klasie. Hm... jakie mam opcje. Mogłabym jakoś się podczołgać do drzwi, ale bez różdżki nie dam rady ich otworzyć. I nagle jak na zawołanie coś zaczęło się dziać z drzwiami. Ktoś je otwierał z drugiej strony. Simon! - pomyślała, lecz to co zobaczyła zdziwiło ją. Na widok osoby stojącej w drzwiach ucieszyła się tak, jak jeszcze nigdy dotąd.
- Droco!!! - zawołała.
- Tu jesteś! - chłopak podszedł do niej i szybko przeciął sznury, którymi była związana. Kiedy pomógł jej wstać, rzuciła się mu na szyję. Na początku trochę się zdziwił, ale zaraz odwzajemnił uścisk i objął ją bardziej.


W końcu dziewczyna się odsunęła i spojrzała na niego.
- Skąd wiedziałeś? - zapytała.
 - Mapa Huncwotów - odparł. - Znalazłem ją w waszym dormitorium.


- Musimy, musimy iść - powiedziała wymijając go.
- Hermi zaczekaj! - krzyknął podążając za nią, lecz ta nie zwolniła. Zmierzała na parter.
- Musimy pomóc pozostałym. Mogą potrzebować pomocy.
- Co?! - zdziwił się. - Chyba nie zamierzasz iść teraz na wojnę?
- Żartujesz? - stanęła i odwróciła w jego stronę.
- Nie możesz tam iść.
- Dlaczego? Powinnam już tam dawno być!
- Zginęłabyś! A jeśli tam teraz pójdziesz to zginiesz natychmiast! - w końcu dotarł do niej i teraz stał przed dziewczyną w jednym z zachodnich korytarzu zamku.
- Czy ty naprawdę myślisz, że ja będę tu siedzieć jak tchórz i czekać na wyniki wojny?
- Panna Granger ma rację - rozległ się znajomy głos za nimi. Obydwoje odwrócili się napięcie i ujrzeli Dumbledora, McGonagall, Hagrida i resztę nauczycieli. - Musimy ruszać - mówił dyrektor. - Przepraszamy za naszą chwilową niedyspozycję, ale jesteśmy i nie będziemy bezczynnie siedzieć, gdy nasi uczniowie walczą o wolność całego świata. Śmierciożercy robią co chcą w świecie mugoli. Już nigdy nie będzie tak samo. Mugole wiedzą o nas i nie da się tego cofnąć. Teraz jedynie możemy walczyć o nas i naszych przyjaciół. O pozostałości po świecie magii. Pytanie czy idziecie z nami?
-  W życiu bowiem istnieją rzeczy, o które warto walczyć do samego końca... - zacytowała  Hermi - Paulo Coelho.
Dumbledore uśmiechnął się przyjaźnie.
- Jeden z moich ulubionych pisarzy...  A więc bierzmy się do roboty.

Kto by pomyślał, że nasza szkoła posiada piwnice, które kryją w sobie tyle tajemnic. Dowiedziałam się, że w katakumbach naszej szkoły (no właśnie... mamy katakumby???! ) znajduje się 11 cel, a w każdej z nich mamy rzeczy, które nie śniły się nam w najgorszych koszmarach. W pierwszej celi siedziały trupy. Tak... TRUPY. Kiedy poczuliśmy ten zgniły odór, zachciało mi się wymiotować, jednak jakoś to przetrzymałam. Najgorsze było to, że kiedy dyrektor wypowiedział jakieś nieznane mi dotąd zaklęcie, one ożyły! FUJ! Niektóre błąkały się jeszcze po swojej celi w poszukiwaniu własnych głów, rąk i innych części ciała, o których raczej nie chcę wiedzieć. Te, które były już w całości wyszły z rozkazu Dumbledora na powierzchnie, gdzie miały na nas czekać. Po tym przeżyciu nie byłam taka pewna, czy chcę iść dalej. Jednak nic nie mówiąc podążałam za resztą. W drugiej celi były trójgłowe psy, takie, jakie znalazłam z Harry'm i Ronem kiedy byliśmy w pierwszej klasie. Było ich około ośmiu... tak zgaduje. Słyszałam jak dyrektor wydaje im polecenia. Usłyszałam kilka imion: Apus, Aries, Bootes, Cancer... Brzmią jak gwiazdozbiory, o których kiedyś czytałam. Wszystkie trzy miały po trzy głowy, ostre jak brzytwa zęby i pazury, oraz przekrwione ślepia. Bynajmniej nie były tu trzymane jako maskotki. One również wyszły na powierzchnię. Im dłużej tam byliśmy, tym dłużej zdawało mi się wszystko zmieniać. McGonagall powiedziała, że to zaklęcie, które Albus rzucił bardzo dawno temu. Miało ono sprawić, by ten, kto tu wejdzie, już nigdy nie wyszedł. Przestraszyłam się, a ona najwyraźniej to widziała, bo zaraz dodała, że zaklęcie zostało zdjęte, zanim tu weszliśmy, ale jest tak stare, że cząstki nadal kryją się w ciemnych zakamarkach. Ciekawa informacja. Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że zaklęcia mogą żyć własnym życiem. Być może wszyscy kryją przed nami prawdziwą stronę magii... A być może to bardzo stara i czarna magia, co było raczej najbardziej prawdopodobne. Tylko zastanawia mnie to, skąd Dumbledore ją zna i potrafi się nią posługiwać? Być może w jego czasach nie było to zakazane? Właściwie to ile on może mieć lat? W trzeciej celi nic nie było, a raczej nie było tego widać.
- To Chimera - szepnęła McGonagall, za co byłam jej wdzięczna. Tłumaczyła mi to, czego nie rozumiałam. - Nie widać jej, ponieważ jest stworzeniem, które tak naprawdę żyje w naszym umyśle. My możemy dostrzec jedynie słabą, ciemną smużkę. Wygląda trochę jak cień. Wdziera się ona do naszej głowy i sprawia, że widzimy nasze najgorsze koszmary.
- Ale skąd one się tu wzięły? - zapytałam. - Te wszystkie potwory...
- Dumbledor z nimi walczył, a kiedy walczy się z takimi  stworami, oddaje się życie, albo je pojmuje. Kiedy wygrasz, jesteś ich panem. Dlatego one wszystkie muszą słuchać rozkazów Albusa. - Nauczycielka spojrzała z uśmiechem na dyrektora. Rudowłosa milczała, bo nie za bardzo wiedziała co powiedzieć, dlatego razem z resztą przeszła do celi numer 4. Ta była inna niż wszystkie. Nie miała krat, a szybę, za którą była woda. Tak jakby jedno z okien akwarium.
- Topielec - poinformował Draco, który cały czas szedł obok mnie. Skinęłam głową. Uczyliśmy się o nich na lekcjach.
- Topielec - zaczęłam recytować formułkę, którą nauczyłam się z książek - zły i podstępny demon rodzący się z dusz potopionych ludzi i poronionych płodów. Mieszka we wszelkich zbiornikach wodnych. Przybiera postać, chudych, wysokich ludzi o oślizgłej, bladej skórze, oraz ciemnymi włosami. W czasie nowiu topielce wychodzą na brzeg. Często zwabiają ludzi i bawią się z nimi w zagadki. Osobę, która oszukuje w zagadkach natychmiast topią.


Po chwili dostrzegliśmy pływającą w oddali postać - topielec. Odruchowo się cofnęłam, choć wiedziałam, że nic nie może mi się stać. Podpłynął do szyby i złowieszczym wzrokiem patrzył na Dumbledora. Ten jednak nie wzruszony podszedł bliżej i wypowiedział coś w języku, jakiego jeszcze dotąd nie słyszałam. Postać w wodzie słuchała, a kiedy skończył zapiszczała straszliwie, po czym odpłynęła. Domyśliłam się, że im dalej idziemy, tym potwory są niebezpieczniejsze. Wcale mnie to nie pocieszało. Wolałabym chyba nigdy tu nie przyjść. Ale mimo to szłam dzielnie za resztą... głównie dlatego, że nie chciałam zostać w tyle. Wszędzie było ciemno. To był tak jakby korytarz, w którym po jednej stronie były klatki.
- Ile dokładniej było tych topielców? - zapytałam.
- Dwadzieścia siedem - odparł Severus, który przyszedł znikąd. Do tej pory nie było go z nami. Dumbledore kazał mu coś załatwić i dopiero teraz do nas dołączył. "Jeden potwór więcej... " pomyślałam.
- Orionie - powiedział Dumbledore zbliżając się do zardzewiałych krat.
W odpowiedzi usłyszeliśmy przeciągły syk. W pierwszej chwili myślałam, że to wąż, ale zbliżywszy się zobaczyłam przykucniętą postać, po drugie stronie celi.


Patrzyła na nas szczerząc swoje zęby. W okół niej było pełno gruzów. Po zakrwawionych palcach i rysach na ścianie domyśliłam się, że mój nowy znajomy pragnął przemalować ścianę, lecz nie mając odpowiednich narzędzi użył do tego palców. Nie chciałam, na to patrzeć więc odeszłam parę kroków. Za mną podążył Draco.
- Wszystko w porządku? - zapytał łapiąc mnie za ramiona.
- Tak, po prostu... - zamyślałam się na chwilę. Wróciła do mnie myśl o Fredzie. Przecież kilkanaście godzin temu wyruszył na wojnę z Voldemortem. Nie miałam pojęcia czy jeszcze żyję. Wiedziałam, że szanse na to są jak 1 do miliona, ale mój rozum nie pozwolił mi przestać wierzyć. Cały czas żałowałam tego, że mu nie powiedziałam, że nie wie, że go kocham. To mnie przerastało. Obiecałam sobie, że jeśli go zobaczę (o ile go zobaczę) powiem mu. Powiem mu od razu jak bardzo go kocham. I teraz miałam gdzieś to, czy on kocha mnie. Po prostu musi wiedzieć i DO CHOLERY zrobię wszystko, aby wiedział. Więc Fredzie Weasley, gdziekolwiek teraz jesteś i cokolwiek teraz robisz... nie poddawaj się i żyj, ponieważ Hermiona Granger ma ci coś do powiedzenia i powie to, choćby miała kilka sekund później zginąć. - Tak - zwróciłam się do Malfoya. - Musimy skopać parę zadków. - Nie czekając na odpowiedź, wyminęłam go i dołączyłam do pozostałych. Staliśmy teraz przed piątą celą. Tym razem przed nami pojawiły się dżiny, ale nie takie jak w bajce o Alladynie, którą kiedyś czytałam. Były w połowie duchami - nie miały nóg. Były niebiesko-blade. W rękach trzymały łańcuchy zwieńczone kwadratowymi, ciężkimi, betonowymi blokami. Zamiast palców miały szpony. Ślepia niemal całe białe i długi czarny warkocz, a na jego końcu ostrze. Przemawiały niskimi, gardłowymi głosami, oczywiście w języku, którego ja nie znałam, a Dumbledore owszem. Postanowiłam sobie, że kiedyś zbadam to wszystko dokładniej. Dyrektor wydał im rozkaz i zniknęły. Miałam tyle pytań, jednak wiedziałam, że to nie odpowiedni czas, a by je zadać. Coraz bardziej byłam ciekawa tego, co będzie w dalszych celach. Jednak cały czas miałam nieodparte przeczucie, że coś jest za nami, czai się w zakamarkach i za wszelką cenę zrobi wszystko, abyśmy stąd nie wyszli. Obejrzałam się po raz kolejny i tym razem przez ułamek sekundy coś dostrzegłam. Wydawało mi się, że kawałek cienia podąża na nami, ale szybko znikł w ciemnościach. Draco też się obejrzał, ale nie zauważył, widziałam to na jego twarzy. No cóż.... nie było co panikować. Jeszcze...
W szóstej celi spotkaliśmy bazyliszka. Miał na głowie maskę, więc nie mieliśmy się czego obawiać. Siódmą celę zamieszkiwał anioł zemsty. Był cudowny! Wyglądał jak zwykły chłopak, lecz z tyłu miał czarne, majestatyczne skrzydła. Nigdy chyba nie powiedziałabym, że jest potworem, choć prawdopodobnie to jego urok tak na mnie działał.


- Ma 1014 lat - oznajmiła McGonagall. - Nazywa się Kajm. Pozwala zrozumieć śpiew ptaków, ryk bydła, szczekanie psów i szum fal. Bardzo dobrze zna przyszłość, jednak nigdy nie udało nam się go przekonać, aby zdradził nam chociaż odrobinę. Jest wspaniałym i utalentowanym rozmówcą. Przewyższa najlepszych logików, których potrafi doprowadzić do rozpaczy. 
- I trzymacie go tu... - zrobiło mi się go żal, chociaż wcale go nie znałam. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że jest zły. Przecież wyglądał jak zwykły człowiek, a skrzydła czyniły go tylko bardziej tajemniczym i mrocznym, co w sumie było urocze.
- Siedzi tu od 1950 roku - powiedział Dumblerore. Kajm podniósł głowę i spojrzał na nas. Miał bardzo ciemne, lecz piękne oczy. Uśmiechnął się lekko i złowieszczo.
- A więc to już... - wyszeptał. Zaczął przechadzać się po celi. - Przyszliście, bo zaczęło się, prawda?
- A ty nam pomożesz - zawiadomił dyrektor.
- Muszę - przytaknął. -Ale wiedz, że 240 lat temu pokonałeś mnie tylko dlatego, że byłem osłabiony!
- Bardzo możliwie... lecz teraz słuchasz moich rozkazów. Wyjdź na powierzchnie i czekaj aż wrócę, a potem ruszymy do walki. - Anioł uśmiechnął się złowieszczo.
- Walka... podoba mi się... - spojrzał na swoją rękę i uśmiechnął się. Znów popatrzył na Albusa. - Zginiecie... wszyscy. - Jego skrzydła uniosły się. To niesamowite, jakie były wielkie. Oplotły go całego, po czym zniknął.
Zostały jeszcze tylko dwie cele, a potem? Wojna ostateczna...

"Ludzie mają tysiące masek...
Potwory mają tysiące twarzy..."

A więc tak...  - Na pewno w ferie będę miała więcej czasu na pisanie, a ferie mam za 3 tygodnie... tak WIELKOPOLSKA, więc :D Jeżeli wy teraz macie ferie to życzę wam, aby to był dla was wspaniały czas. A co do tego, żebym pisała kiedy będzie kolejny rozdział... to sama chciałabym wiedzieć. Ale mogę wam powiedzieć tyle, że należy się go spodziewać raczej w soboty, lub niedziele, ewentualnie w piątki, co tydzień, a jeśli coś się zmieni, to możecie o tym przeczytać w OGŁOSZENIACH PARAFIALNYCH. No więc do zobaczenia znów za tydzień, prawdopodobnie sobota :D Aha i  dziękuję też wszystkim, którzy mają jakieś sugestie i pomysły, które mogą ulepszyć mój blog. Będę korzystała, kiedy tylko będę mogła. Oh... i przypominam też o komentarzach, ponieważ kiedy widzę, że nie ciągle jest taka sama liczba, albo nawet mniej to mówię... poczekam trochę, może coś będzie, a tu DUPA. A więc nie zapomnij zostawić po sobie śladu, bo dla ciebie to może być parę sekund a dla mnie to wiele znaczy... Nawet zwykłe "fajny rozdział" - poprawi mi humor i zaczęci do pisania. A więc dzięki wielkie jeszcze raz i do zobaczenia :*

czwartek, 15 stycznia 2015

Ogłoszenia parafialne

Chciałam wam tylko napisać, że jeśli
 wam się nudzi to wpadnijcie tu: 
http://historiaksiezniczki.blogspot.com/
Jest nowe opowiadanie, które musiałam napisać 
do gazetki 
szkolnej :D mam nadzieję
, że umili wam czas czekania na
 następny rozdział :D
 Miłego dnia :P ... i nocy xD

piątek, 9 stycznia 2015

Ogłoszenia parafialne :D

Hej Kochani! :D Mam dobrą i złą wiadomość :(
Która pierwsza? No to ta dobra...
Oto ona:
https://www.youtube.com/watch?v=n02ssphT4_E
:D Mam nadzieję, że się spodoba... :P
Jeśli tak to łapki w górę, pokazujcie znajomym, komentujcie, subskrybujcie czy co tam wolicie, ale zostawcie po sobie ślad nie tylko w postaci: wyświetlono - 8 osób :D

No to teraz ta zła wiadomość :(  Chodzi o to, że nie wiem kiedy będzie następny rozdział, być może dopiero za tydzień, a to wszystko dlatego, że nie mam ostatnio do tego głowy, a chciałabym napisać świetny rozdział i kiedy teraz usiądę i zacznę pisać, to wyjdzie mi kiepsko... :( A poza tym nauka i poprawianie ocen. No i jeszcze ten problem z tym chłopakiem durnym (jak ktoś czytał "My dziewczyny" to mniej-więcej wie o co chodzi). Także czekajcie wytrwale. Może jednak jutro, albo pojutrze będę miała wenę to siądę i będę pisać - OBIECUJĘ, ale na razie... jakoś tak... hm... smutno i wgl. W dodatku muszę napisać do piątku opowiadanie do gazetki szkolnej. Jak chcecie to możecie mi temat podać xd. Ogólnie to chciałam napisać o dziewczynie, która się tnie. Pani mi mówiła, że fajnie jak o tym napiszę, więc... :P Eh... no to tyle. Przepraszam was, że będziecie musiały czekać na rozdział, ale na prawdę ja chcę napisać go DOBRZE, a jestem pewna, że teraz by mi nie wyszedł. Mam nadzieję, że zrozumiecie :D Miłego weekendu życzę :* Papa. 

środa, 31 grudnia 2014

Rozdział 24: "Mam na imię Saitan"


Hej ludzie :D Po pierwsze chciałabym podziękować wszystkim, którzy skomentowali ostatni rozdział. Naprawdę dziękuję za miłe słowa :D I oczywiście, że chciałabym, aby ZoZoL przedstawiła mi swoje wyobrażenia :D Naprawdę jestem ciekawa co wymyśliłaś :* Po drugie - nie miałam za bardzo czasu na pisanie, mi zostały 4 godziny i 1 minuta do nowego roku, jednak zanim złożę wam życzenia noworoczne - chciałabym napisać chociaż krótki rozdział, dlatego zapraszam na dół :D

"Najważniejsze jest, by
gdzieś istniało to, czym 
się żyło: zwyczaje, święta
rodzinne i dom pełen wspomnień.
Najważniejsze jest, by 
żyć dla powrotu."

Hermiona biegała w te i z powrotem, do różnych osób. Zresztą tak jak każdy, który próbował coś zrobić. Nikt nie znalazł nauczyciela, do którego mógłby zwrócić się z pomocą... jakby po prostu wszyscy wyjechali, ale Hermiona wiedziała, że to ministerstwo ich zabrało, aby nie przeszkadzali... a dokładniej nie przeszkadzali w wysyłaniu niewinnych uczniów na śmierć. Już dawno przestała płakać, bo wiedziała, że to jej nie pomoże, jednak musiała działać szybko. Nikt nie miał pojęcia co z nimi, co się dzieje. Nikt nie miał pojęcia czy jeszcze żyją... lecz jeśli tak, to nie należało tracić czasu. Całą noc i połowę dnia robili wszystko co w ich mocy, aby dotrzeć do jakichkolwiek informacji, ale bezskutecznie. Tylko niektórzy uczniowie wyjechali - generalnie ci, którzy nie przejmowali się losem tych, którzy pojechali na wojnę. Została na pewno cała gwardia Dumbledore'a... oczywiście oprócz tych, którzy zostali zabrani. 
Hermiona jak najszybciej musiała się dostać do biblioteki, bo powiedzieli jej, że jest tam Ron. Chłopak zajmował się wyszukiwaniem najświeższych informacji, a ona musiała, po prostu musiała wiedzieć co się dzieje. Zawsze lubiła być na bieżąco, ale teraz to co innego. W połowie drogi wpadła na Harry'ego. 
- Hermi! - krzyknął.
- I co? - zapytała. Miała bardzo przyśpieszone tętno, ale nie dlatego, że biegła, ale ze strachu. - Wiesz coś?
- Nie, nic - powiedział, ale widać było, że i tak niczego się nie spodziewał. Obok niej stanął Ron. Nic nie powiedział. 
- No więc co zamierzasz? - spytała. - Bo masz plan? - dodała szybko. 
- Tak - odparł, ale jakoś się nie ucieszyła. - Ale nie będziesz zadowolona - potwierdził jej słowa. 
- Co? - z trudem łapała oddech, ale starała się na to nie zwracać uwagi, nie to było teraz najważniejsze.
- Tutaj nic nie zdziałam.
- To znaczy? - zapytał Ron. 
- Harry chce tam pojechać - odparła Hermiona. 
- Pogięło cię?! - zdziwił się rudzielec. 
- Ron może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale nic nie mogę zrobić, poza walką, a po za tym...
- Kiedy jedziemy? - spytała szybko dziewczyna.
- My? Nie. Tylko ja - oświadczył Harry.
- No stary! Chyba sobie jaja robisz? - zaśmiał się Ron. 
- To nie twoja walka. Nie masz pojęcia jaki Voldemort jest teraz silny...
- Nie - przerwał mu przyjaciel. - To ty nie masz pojęcia! Moi bracia tam są! Rozumiesz? Ja muszę tam pojechać! Muszę!
- Harry... - odezwała się dziewczyna. - Potrzebujesz nas. Wszystkich. Oni nas potrzebują. - Chłopak nic nie powiedział, ale po chwili skinął głową. Ruszyli do dormitorium, a po drodze zawiadamiali wszystkich, aby tam się zjawili.

~ o ~

Byłem wściekły, że tak łatwo dałem się tu zamknąć. W dodatku nie mogłem teraz nic zrobić. Miałem szczerą nadzieję, że Dumbledore coś wymyśli, ale ja też musiałem działać. I to szybko. Nie podobało mi się to, że to cholerne ministerstwo ma nad nami władzę. Nienawidzę, kiedy ktoś mi rozkazuje, a zwłaszcza ten kretyn - Rufus. Wiedziałem też, że każda minuta spędzona w tym więzieniu (nie był to azkaban, bo przecież on już nie istniał... więc co?) przybliża Voldemorta do zwycięstwa. I oprócz tego jeszcze uczniowie pojechali na walkę. I czy chciałem, czy nie - to była po części moja wina. Jestem nauczycielem i nie powinienem tak łatwo odpuścić. Dobra Snape, skup się. Hym... jak mogłem się z tego wydostać. Zabrali nam różdżki. Byłem związany i siedziałem w jakimś pomieszczeniu. Było ciemno, ale mimo to próbowałem coś dostrzec. 
- Jest tu ktoś? - zawołałem. Dźwięk nie poleciał daleko, więc pomieszczenie było małe. Nic nie usłyszałem. Świetnie. Jestem zdany sam na siebie. Nie, chwila. Coś chyba... tak, coś się poruszyło po mojej lewej stronę. - Jest tu ktoś? - spróbowałem znów. Tym razem odpowiedział mi zduszony głos kobiety. Prawdopodobnie miała zaklejone usta. Poczołgałem się więc w tę stronę i wymacałem związanymi rękoma jej głowę. Delikatnie wyszukałem usta i zdarłem z nich taśmę.
- Au! - oburzyła się. - Snape! - znałem ten głos bardzo dobrze.
- Minewro cieszę się, że cię widzę - odparłem wcale tak nie myśląc.
- Myślę, że to stwierdzenie nie jest właściwe, do sytuacji, w której się znaleźliśmy. Sądziłabym raczej, że powinieneś użyć stwierdzenia: cieszę się, że cię słyszę. - Oh... czy ona zawsze musiała się tak mądrzyć? Powiedziałbym jej coś, ale nie ma na to czasu.
- Nie wygłupiaj się - warknąłem. - Musimy jak najszybciej się stąd wynosić, jeśli mamy powstrzymać masakry naszych uczniów. 
- Też tak myślę. Masz związane ręce? - zapytała. 
- Tak. - Wyciągnąłem je przed siebie. - Rozwiąż je - rozkazałem. Chwilę to trwało, zanim jej skrępowane sznurem ręce, znajdą w ciemności moje, ale gdy w końcu trafiła, zaczęła manewrować palcami i wreszcie udało jej się mnie uwolnić. Teraz ja rozwiązałem jej dłonie i podniosłem się. - Jest tu ktoś jeszcze?
- Niestety nie - odpowiedziała. Zacząłem macać ściany, aż natrafiłem na drzwi. W okół nich dało się widać odrobinę światła, ale tylko odrobinę... najwyraźniej kolejne pomieszczenie było po części ciemne. Może jakiś korytarz? - Wiesz gdzie jesteśmy?
- Nie mam pojęcia - pociągnąłem za klamkę. Oczywiście zamknięta. - Zgaduję, że nie masz przy sobie różdżki? - zapytałem, lecz nie odpowiedziała. Słyszałem jak do mnie podchodzi. - Co robisz? 
- Prosty trik, którego nauczyła mnie kiedyś moja matka. Mugolka. - Usłyszałem jak grzebie czymś metalowym w zamku. Po chwili złapała za klamkę, a drzwi się otworzyły. W słabym świetle zobaczyłem, że trzyma w dłoni swoją wsuwkę. To nie mogło być takie proste. Nie dla mnie. I jak się potem okazało, nie było. 



~ o ~

Fajne uczucie, gdy takim prostym sposobem załatwiasz Snape'a. I ta jego mina. Haha! Bezcenne, lecz nie mogłam cieszyć się długo. Byliśmy w jakimś korytarzu. Ściany były kamienne i w równych odległościach, po obu stronach były drzwi, a między nimi stare, średniowieczne pochodnie. Usłyszeliśmy kroki i zaraz ujrzeliśmy jakiegoś umięśnionego gościa, który zmierzał w naszym kierunku. Masakra, pomyślałam. Na szczęście nie miał różdżki i nie poruszał się też, jak czarodziej. Był gotowy do ataku. Spojrzałam nerwowo na swego towarzysza. Snape ruszył do przodu na napastnika. Myślałam, że to będzie długa i bolesna walka, ale się zdziwiłam. Severus wbił dwa palce w jakieś miejsce na szyi przeciwnika, a ten padł nieprzytomny na ziemię. To było... dziwne i za razem imponujące.
- Jak...? - spytałam.
- Trik, którego nauczył mnie kiedyś mój wujek - odpowiedział. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Zauważyłam, że z kieszeni leżącego wystają klucze. Nachyliłam się i je wzięłam. 
- Chyba mamy dziś niesamowite szczęście - stwierdziłam podchodząc do pierwszych drzwi. Klucze pasowały idealnie. Przekręciłam zamek i pchnęłam drzwi. Do celi wpadło trochę światła i dostrzegłam na ziemi dyrektora Hogwartu i mojego serdecznego przyjaciela - Dumbledore'a. - Albusie! - ucieszyłam się. Szybko uwolniłam jego ręce i pomogłam mu wstać. 
- Nie mamy czasu Minewro. Szybko! - zabrał mi klucze i otworzył drzwi, znajdujące się na końcu korytarza. Jak się okazało, to tam były nasze różdżki.  
Pół godziny później wszyscy nauczyciele, którzy przeciwstawili się ministerstwu, byli wolni. Udało nam się wydostać na zewnątrz budynku (nie obyło się oczywiście bez maggi i walk). 
- Co robimy? - zapytałam. 
- To co powinniśmy - odpowiedział Albus. - Staniemy do walki. Będziemy bronić naszych uczniów. 
- A więc do Hogwartu? - spytał Severus. 
- Tak. Musimy zaprowadzić tam porządek, a potem skopiemy parę tyłków. 
- Albusie! - zaśmiałam się. Nigdy tak nie mówił, dlatego wydawało mi się to dziwne. Nic nie powiedział, tylko lekko się uśmiechnął i złapał mnie za rękę. Gdy już wszyscy się trzymaliśmy, teleportował nas. 


~ o ~

W naszym dormitorium Harry wygłosił długie przemówienie, które zagrzało nas wszystkich do walki, choć wydaje mi się, że wystarczająco już byłam gotowa. Problemem było jedynie to, jak mamy zamiar znaleźć się na polu bitwy, kiedy nie wiedzieliśmy nawet gdzie ona się toczy. Właśnie znów zmierzałam do biblioteki, do Rona, kiedy zatrzymał mnie Simon. Powiedział, że Cho potrzebuje mojej pomocy. Szybko poszłam za nim na zakazane piętro. Nikt już tu nie pilnował. Wszyscy, którzy przejęli władzę nad nami zostali gdzieś zamknięci. Teraz to uczniowie rządzili szkołą. 
- Gdzie ona jest? - spytałam Simona.
- Jeszcze trochę - odparł nie patrząc na mnie. Po chwili znaleźliśmy się w jakimś ciemniejszym pomieszczeniu. Tylko okna, za którymi było już ciemno, oświetlały małą przestrzeń. Chłopak zamknął za nami drzwi i poprowadził dalej, po jakichś schodkach.
- Skąd znasz te miejsca? - zainteresowałam się. - Co jest z Cho? 
- Wiesz... chyba jednak już jest ok. Zdawało mi się tylko coś... - wydawało mi się to trochę dziwne, ale w głębi poczułam ulgę, że moja przyjaciółka jest bezpieczna. - Dokąd idziemy? Cho nic już nie jest.
- Chciałbym ci coś pokazać... - dostrzegłam w jego oczach ten dziwny błysk. Był na wpół uroczy, a na wpół mroczny. 
- Simon! - stanęłam. Fakt, lubiłam go, ale nie chciałam teraz marnować cennego czasu. - Musimy iść.
- Eh... - westchnął. Podszedł do mnie i ujął moje ręce w swoje. - Hermi... Nie chciałbym, abyś walczyła. 
- Co? - zdziwiłam się. Nie wiedziałam o co mu chodzi. Po co tu przyszliśmy? Czy coś się stało? Odsunęłam się od niego, ale za mną była ściana, więc nie daleko.
- Słuchaj... - zaczął ponownie. Nie patrzył mi w oczy, jakby się czegoś bał, może mojej reakcji? Ale na co? - nie chciałbym, abyś walczyła. To niebezpieczne. 
- Simon będę walczyła. Musze. Będę chronić tych, których kocham. A teraz chodźmy stąd - ruszyłam do przodu. 
- Nie - zaprotestował innym, bardziej rozkazującym tonem. Tego się po nim nie spodziewałam. Powoli wróciłam na miejsce. 
- Simon? - powiedziałam ostrożnie. 
- Eh... - odwrócił się i zaczął krążyć po pokoju. - Nie chcę, aby coś ci się stało. Rozumiesz? - spojrzał na mnie.


- Ale przecież ja... - zatrzymałam się w połowie zdania. I nagle coś mi zaświtało. - Dlaczego ciebie nie wzięli na wojnę? - zapytałam.


- Hym... - tego się nie spodziewał. Przez chwilę na jego twarzy zauważyłam zdziwienie, ale tylko przez ułamek sekundy. - Przecież nie wzięli wszystkich. Tylko tych najsilniejszych - odpowiedział. 
- Nie chodzi mi o Hogwart. Z twojej szkoły wzięli wszystkich najstarszych, z wyjątkiem ciebie. 
- Hermi! O co ci chodzi? 
- Odpowiedz! Dlaczego nie ma cię na wojnie!
- Przecież ci mówiłam, że za mnie poszedł mój brat! - zamknęłam oczy. Oh... przecież faktycznie mi to mówił. Poczułam się głupio. 
- Eh... przepraszam ja tylko... eh. To ten stres - powiedziałam. Simon westchnął. Ale chwila, chwila - Dlaczego uczennice z twojej szkoły mówiły, że nie masz brata?
- Nie znały go.
- Tak? Więc dlaczego mówiły, że ciebie też nie znają? - Widocznie nie wiedział co powiedzieć. - Ty nie jesteś tym za kogo się podajesz... Zmyśliłeś tę historię z bratem! Nie przyjechałeś tu z resztą uczniów! Kim ty do cholery jesteś?
- Eh... A chciałem tego wszystkiego uniknąć - powiedział niewzruszony, lecz trochę rozczarowany. - Pozwolę ci dokończyć twoje wyobrażenia. 
- Szpieg. Wysłało cię ministerstwo? - powiedziałam, na co ten wybuchnął śmiechem.
- Na prawdę? Czy ja wyglądam na sługusa ministerstwa? Wiesz myślałem, że jesteś trochę bystrzejsza. Do dalej... skojarz sobie wszystkie fakty. Nie mogę się doczekać twojej miny.


To nie był Simon, którego znałam. Wcale nie był taki miły i słodki. Powoli zdawałam sobie sprawę z tego, że mogę być w niebezpieczeństwie. 
- Oświeć mnie - zdenerwowałam się.
- Eh... no dobrze. To pokolenie jest jednak głupsze, niż myślałem. No więc... masz rację. Mój braciszek nie istnieje, wymyśliłem tę historyjkę. Nie jestem też faktycznie z tego cholernego Instytutu. Tak naprawdę to nigdzie się nie uczyłem, jednak znam zaklęcia lepiej niż ty. Odziedziczyłem to po ojcu. Może go znasz...? Wiesz, on jest naprawdę fajny, jak się go lepiej pozna, chociaż już mnie wkurza. Myśli, że nadal jest silniejszy ode mnie. Fajnie, że znam te wszystkie zaklęcia dzięki genom, ale szczerze? Cieszę się, że nie mam jego urody. Haha - chłopak zaśmiał się, a jej przeszły od tego ciarki po ciele. - Muszę ci powiedzieć, że naprawdę cię polubiłem. Mogłoby być tak fajnie... no wiesz, kiedy już będę rządził światem. Chciałbym, abyś mi towarzyszyła, bo serio cię lubię. Jesteś... inna. Masz w sobie coś... hym... niezwykłego? Tak, chyba tak.
- Simon! Ty jesteś szalony! - wykrzyknęłam. 
- Aha, tak przy okazji... nie nazywam się Simon. Mam na imię Saitan.


Dziewczyna zobaczyła, jak w okół jego oczu pojawiają się żyłki, a jego kły się wydłużają. Wiedziała, że to jest ostatni widok w jej życiu...

"Czas, który był nam odmierzony,
był bardzo starannie wyliczony,
nie było mowy o oszustwie,
stała nad nim Zdrada z klepsydrą,
odmierzając ostatnie chwile szczęścia."

No to robaczki! :D Życzę wam, aby po prostu ten nowy rok był lepszy od poprzedniego, abyście mieli swoje cele i marzenia, które spełnicie. Abyście otaczali się ludźmi, którzy są waszymi prawdziwymi przyjaciółmi. Pamiętajcie też, aby być ostrożnym przy tych wszystkich petardach :P Spędźcie ten czas radośnie :D Zacznijmy ten nowy rok jakoś wspaniale, aby zawsze taki był. Życzę wam, abyście nigdy nie byli smutni i oczywiście żeby każdy z was znalazł tą swoją drugą połówkę, bo w końcu każdy pragnie miłości... :) A więc do zobaczenia w 2015! :*