Hej ludzie :D Po pierwsze chciałabym podziękować wszystkim, którzy skomentowali ostatni rozdział. Naprawdę dziękuję za miłe słowa :D I oczywiście, że chciałabym, aby ZoZoL przedstawiła mi swoje wyobrażenia :D Naprawdę jestem ciekawa co wymyśliłaś :* Po drugie - nie miałam za bardzo czasu na pisanie, mi zostały 4 godziny i 1 minuta do nowego roku, jednak zanim złożę wam życzenia noworoczne - chciałabym napisać chociaż krótki rozdział, dlatego zapraszam na dół :D
"Najważniejsze jest, by
gdzieś istniało to, czym
się żyło: zwyczaje, święta
rodzinne i dom pełen wspomnień.
Najważniejsze jest, by
żyć dla powrotu."
Hermiona biegała w te i z powrotem, do różnych osób. Zresztą tak jak każdy, który próbował coś zrobić. Nikt nie znalazł nauczyciela, do którego mógłby zwrócić się z pomocą... jakby po prostu wszyscy wyjechali, ale Hermiona wiedziała, że to ministerstwo ich zabrało, aby nie przeszkadzali... a dokładniej nie przeszkadzali w wysyłaniu niewinnych uczniów na śmierć. Już dawno przestała płakać, bo wiedziała, że to jej nie pomoże, jednak musiała działać szybko. Nikt nie miał pojęcia co z nimi, co się dzieje. Nikt nie miał pojęcia czy jeszcze żyją... lecz jeśli tak, to nie należało tracić czasu. Całą noc i połowę dnia robili wszystko co w ich mocy, aby dotrzeć do jakichkolwiek informacji, ale bezskutecznie. Tylko niektórzy uczniowie wyjechali - generalnie ci, którzy nie przejmowali się losem tych, którzy pojechali na wojnę. Została na pewno cała gwardia Dumbledore'a... oczywiście oprócz tych, którzy zostali zabrani.
Hermiona jak najszybciej musiała się dostać do biblioteki, bo powiedzieli jej, że jest tam Ron. Chłopak zajmował się wyszukiwaniem najświeższych informacji, a ona musiała, po prostu musiała wiedzieć co się dzieje. Zawsze lubiła być na bieżąco, ale teraz to co innego. W połowie drogi wpadła na Harry'ego.
- Hermi! - krzyknął.
- I co? - zapytała. Miała bardzo przyśpieszone tętno, ale nie dlatego, że biegła, ale ze strachu. - Wiesz coś?
- Nie, nic - powiedział, ale widać było, że i tak niczego się nie spodziewał. Obok niej stanął Ron. Nic nie powiedział.
- No więc co zamierzasz? - spytała. - Bo masz plan? - dodała szybko.
- Tak - odparł, ale jakoś się nie ucieszyła. - Ale nie będziesz zadowolona - potwierdził jej słowa.
- Co? - z trudem łapała oddech, ale starała się na to nie zwracać uwagi, nie to było teraz najważniejsze.
- Tutaj nic nie zdziałam.
- To znaczy? - zapytał Ron.
- Harry chce tam pojechać - odparła Hermiona.
- Pogięło cię?! - zdziwił się rudzielec.
- Ron może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale nic nie mogę zrobić, poza walką, a po za tym...
- Kiedy jedziemy? - spytała szybko dziewczyna.
- My? Nie. Tylko ja - oświadczył Harry.
- No stary! Chyba sobie jaja robisz? - zaśmiał się Ron.
- To nie twoja walka. Nie masz pojęcia jaki Voldemort jest teraz silny...
- Nie - przerwał mu przyjaciel. - To ty nie masz pojęcia! Moi bracia tam są! Rozumiesz? Ja muszę tam pojechać! Muszę!
- Harry... - odezwała się dziewczyna. - Potrzebujesz nas. Wszystkich. Oni nas potrzebują. - Chłopak nic nie powiedział, ale po chwili skinął głową. Ruszyli do dormitorium, a po drodze zawiadamiali wszystkich, aby tam się zjawili.
~ o ~
Byłem wściekły, że tak łatwo dałem się tu zamknąć. W dodatku nie mogłem teraz nic zrobić. Miałem szczerą nadzieję, że Dumbledore coś wymyśli, ale ja też musiałem działać. I to szybko. Nie podobało mi się to, że to cholerne ministerstwo ma nad nami władzę. Nienawidzę, kiedy ktoś mi rozkazuje, a zwłaszcza ten kretyn - Rufus. Wiedziałem też, że każda minuta spędzona w tym więzieniu (nie był to azkaban, bo przecież on już nie istniał... więc co?) przybliża Voldemorta do zwycięstwa. I oprócz tego jeszcze uczniowie pojechali na walkę. I czy chciałem, czy nie - to była po części moja wina. Jestem nauczycielem i nie powinienem tak łatwo odpuścić. Dobra Snape, skup się. Hym... jak mogłem się z tego wydostać. Zabrali nam różdżki. Byłem związany i siedziałem w jakimś pomieszczeniu. Było ciemno, ale mimo to próbowałem coś dostrzec.
- Jest tu ktoś? - zawołałem. Dźwięk nie poleciał daleko, więc pomieszczenie było małe. Nic nie usłyszałem. Świetnie. Jestem zdany sam na siebie. Nie, chwila. Coś chyba... tak, coś się poruszyło po mojej lewej stronę. - Jest tu ktoś? - spróbowałem znów. Tym razem odpowiedział mi zduszony głos kobiety. Prawdopodobnie miała zaklejone usta. Poczołgałem się więc w tę stronę i wymacałem związanymi rękoma jej głowę. Delikatnie wyszukałem usta i zdarłem z nich taśmę.
- Au! - oburzyła się. - Snape! - znałem ten głos bardzo dobrze.
- Minewro cieszę się, że cię widzę - odparłem wcale tak nie myśląc.
- Myślę, że to stwierdzenie nie jest właściwe, do sytuacji, w której się znaleźliśmy. Sądziłabym raczej, że powinieneś użyć stwierdzenia: cieszę się, że cię słyszę. - Oh... czy ona zawsze musiała się tak mądrzyć? Powiedziałbym jej coś, ale nie ma na to czasu.
- Nie wygłupiaj się - warknąłem. - Musimy jak najszybciej się stąd wynosić, jeśli mamy powstrzymać masakry naszych uczniów.
- Też tak myślę. Masz związane ręce? - zapytała.
- Tak. - Wyciągnąłem je przed siebie. - Rozwiąż je - rozkazałem. Chwilę to trwało, zanim jej skrępowane sznurem ręce, znajdą w ciemności moje, ale gdy w końcu trafiła, zaczęła manewrować palcami i wreszcie udało jej się mnie uwolnić. Teraz ja rozwiązałem jej dłonie i podniosłem się. - Jest tu ktoś jeszcze?
- Niestety nie - odpowiedziała. Zacząłem macać ściany, aż natrafiłem na drzwi. W okół nich dało się widać odrobinę światła, ale tylko odrobinę... najwyraźniej kolejne pomieszczenie było po części ciemne. Może jakiś korytarz? - Wiesz gdzie jesteśmy?
- Nie mam pojęcia - pociągnąłem za klamkę. Oczywiście zamknięta. - Zgaduję, że nie masz przy sobie różdżki? - zapytałem, lecz nie odpowiedziała. Słyszałem jak do mnie podchodzi. - Co robisz?
- Prosty trik, którego nauczyła mnie kiedyś moja matka. Mugolka. - Usłyszałem jak grzebie czymś metalowym w zamku. Po chwili złapała za klamkę, a drzwi się otworzyły. W słabym świetle zobaczyłem, że trzyma w dłoni swoją wsuwkę. To nie mogło być takie proste. Nie dla mnie. I jak się potem okazało, nie było.
~ o ~
Fajne uczucie, gdy takim prostym sposobem załatwiasz Snape'a. I ta jego mina. Haha! Bezcenne, lecz nie mogłam cieszyć się długo. Byliśmy w jakimś korytarzu. Ściany były kamienne i w równych odległościach, po obu stronach były drzwi, a między nimi stare, średniowieczne pochodnie. Usłyszeliśmy kroki i zaraz ujrzeliśmy jakiegoś umięśnionego gościa, który zmierzał w naszym kierunku. Masakra, pomyślałam. Na szczęście nie miał różdżki i nie poruszał się też, jak czarodziej. Był gotowy do ataku. Spojrzałam nerwowo na swego towarzysza. Snape ruszył do przodu na napastnika. Myślałam, że to będzie długa i bolesna walka, ale się zdziwiłam. Severus wbił dwa palce w jakieś miejsce na szyi przeciwnika, a ten padł nieprzytomny na ziemię. To było... dziwne i za razem imponujące.
- Jak...? - spytałam.
- Trik, którego nauczył mnie kiedyś mój wujek - odpowiedział. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Zauważyłam, że z kieszeni leżącego wystają klucze. Nachyliłam się i je wzięłam.
- Chyba mamy dziś niesamowite szczęście - stwierdziłam podchodząc do pierwszych drzwi. Klucze pasowały idealnie. Przekręciłam zamek i pchnęłam drzwi. Do celi wpadło trochę światła i dostrzegłam na ziemi dyrektora Hogwartu i mojego serdecznego przyjaciela - Dumbledore'a. - Albusie! - ucieszyłam się. Szybko uwolniłam jego ręce i pomogłam mu wstać.
- Nie mamy czasu Minewro. Szybko! - zabrał mi klucze i otworzył drzwi, znajdujące się na końcu korytarza. Jak się okazało, to tam były nasze różdżki.
Pół godziny później wszyscy nauczyciele, którzy przeciwstawili się ministerstwu, byli wolni. Udało nam się wydostać na zewnątrz budynku (nie obyło się oczywiście bez maggi i walk).
- Co robimy? - zapytałam.
- To co powinniśmy - odpowiedział Albus. - Staniemy do walki. Będziemy bronić naszych uczniów.
- A więc do Hogwartu? - spytał Severus.
- Tak. Musimy zaprowadzić tam porządek, a potem skopiemy parę tyłków.
- Albusie! - zaśmiałam się. Nigdy tak nie mówił, dlatego wydawało mi się to dziwne. Nic nie powiedział, tylko lekko się uśmiechnął i złapał mnie za rękę. Gdy już wszyscy się trzymaliśmy, teleportował nas.
~ o ~
W naszym dormitorium Harry wygłosił długie przemówienie, które zagrzało nas wszystkich do walki, choć wydaje mi się, że wystarczająco już byłam gotowa. Problemem było jedynie to, jak mamy zamiar znaleźć się na polu bitwy, kiedy nie wiedzieliśmy nawet gdzie ona się toczy. Właśnie znów zmierzałam do biblioteki, do Rona, kiedy zatrzymał mnie Simon. Powiedział, że Cho potrzebuje mojej pomocy. Szybko poszłam za nim na zakazane piętro. Nikt już tu nie pilnował. Wszyscy, którzy przejęli władzę nad nami zostali gdzieś zamknięci. Teraz to uczniowie rządzili szkołą.
- Gdzie ona jest? - spytałam Simona.
- Jeszcze trochę - odparł nie patrząc na mnie. Po chwili znaleźliśmy się w jakimś ciemniejszym pomieszczeniu. Tylko okna, za którymi było już ciemno, oświetlały małą przestrzeń. Chłopak zamknął za nami drzwi i poprowadził dalej, po jakichś schodkach.
- Skąd znasz te miejsca? - zainteresowałam się. - Co jest z Cho?
- Wiesz... chyba jednak już jest ok. Zdawało mi się tylko coś... - wydawało mi się to trochę dziwne, ale w głębi poczułam ulgę, że moja przyjaciółka jest bezpieczna. - Dokąd idziemy? Cho nic już nie jest.
- Chciałbym ci coś pokazać... - dostrzegłam w jego oczach ten dziwny błysk. Był na wpół uroczy, a na wpół mroczny.
- Simon! - stanęłam. Fakt, lubiłam go, ale nie chciałam teraz marnować cennego czasu. - Musimy iść.
- Eh... - westchnął. Podszedł do mnie i ujął moje ręce w swoje. - Hermi... Nie chciałbym, abyś walczyła.
- Co? - zdziwiłam się. Nie wiedziałam o co mu chodzi. Po co tu przyszliśmy? Czy coś się stało? Odsunęłam się od niego, ale za mną była ściana, więc nie daleko.
- Słuchaj... - zaczął ponownie. Nie patrzył mi w oczy, jakby się czegoś bał, może mojej reakcji? Ale na co? - nie chciałbym, abyś walczyła. To niebezpieczne.
- Simon będę walczyła. Musze. Będę chronić tych, których kocham. A teraz chodźmy stąd - ruszyłam do przodu.
- Nie - zaprotestował innym, bardziej rozkazującym tonem. Tego się po nim nie spodziewałam. Powoli wróciłam na miejsce.
- Simon? - powiedziałam ostrożnie.
- Eh... - odwrócił się i zaczął krążyć po pokoju. - Nie chcę, aby coś ci się stało. Rozumiesz? - spojrzał na mnie.
- Ale przecież ja... - zatrzymałam się w połowie zdania. I nagle coś mi zaświtało. - Dlaczego ciebie nie wzięli na wojnę? - zapytałam.
- Hym... - tego się nie spodziewał. Przez chwilę na jego twarzy zauważyłam zdziwienie, ale tylko przez ułamek sekundy. - Przecież nie wzięli wszystkich. Tylko tych najsilniejszych - odpowiedział.
- Nie chodzi mi o Hogwart. Z twojej szkoły wzięli wszystkich najstarszych, z wyjątkiem ciebie.
- Hermi! O co ci chodzi?
- Odpowiedz! Dlaczego nie ma cię na wojnie!
- Przecież ci mówiłam, że za mnie poszedł mój brat! - zamknęłam oczy. Oh... przecież faktycznie mi to mówił. Poczułam się głupio.
- Eh... przepraszam ja tylko... eh. To ten stres - powiedziałam. Simon westchnął. Ale chwila, chwila - Dlaczego uczennice z twojej szkoły mówiły, że nie masz brata?
- Nie znały go.
- Tak? Więc dlaczego mówiły, że ciebie też nie znają? - Widocznie nie wiedział co powiedzieć. - Ty nie jesteś tym za kogo się podajesz... Zmyśliłeś tę historię z bratem! Nie przyjechałeś tu z resztą uczniów! Kim ty do cholery jesteś?
- Eh... A chciałem tego wszystkiego uniknąć - powiedział niewzruszony, lecz trochę rozczarowany. - Pozwolę ci dokończyć twoje wyobrażenia.
- Szpieg. Wysłało cię ministerstwo? - powiedziałam, na co ten wybuchnął śmiechem.
- Na prawdę? Czy ja wyglądam na sługusa ministerstwa? Wiesz myślałem, że jesteś trochę bystrzejsza. Do dalej... skojarz sobie wszystkie fakty. Nie mogę się doczekać twojej miny.
To nie był Simon, którego znałam. Wcale nie był taki miły i słodki. Powoli zdawałam sobie sprawę z tego, że mogę być w niebezpieczeństwie.
- Oświeć mnie - zdenerwowałam się.
- Eh... no dobrze. To pokolenie jest jednak głupsze, niż myślałem. No więc... masz rację. Mój braciszek nie istnieje, wymyśliłem tę historyjkę. Nie jestem też faktycznie z tego cholernego Instytutu. Tak naprawdę to nigdzie się nie uczyłem, jednak znam zaklęcia lepiej niż ty. Odziedziczyłem to po ojcu. Może go znasz...? Wiesz, on jest naprawdę fajny, jak się go lepiej pozna, chociaż już mnie wkurza. Myśli, że nadal jest silniejszy ode mnie. Fajnie, że znam te wszystkie zaklęcia dzięki genom, ale szczerze? Cieszę się, że nie mam jego urody. Haha - chłopak zaśmiał się, a jej przeszły od tego ciarki po ciele. - Muszę ci powiedzieć, że naprawdę cię polubiłem. Mogłoby być tak fajnie... no wiesz, kiedy już będę rządził światem. Chciałbym, abyś mi towarzyszyła, bo serio cię lubię. Jesteś... inna. Masz w sobie coś... hym... niezwykłego? Tak, chyba tak.
- Simon! Ty jesteś szalony! - wykrzyknęłam.
- Aha, tak przy okazji... nie nazywam się Simon. Mam na imię Saitan.
Dziewczyna zobaczyła, jak w okół jego oczu pojawiają się żyłki, a jego kły się wydłużają. Wiedziała, że to jest ostatni widok w jej życiu...
Dziewczyna zobaczyła, jak w okół jego oczu pojawiają się żyłki, a jego kły się wydłużają. Wiedziała, że to jest ostatni widok w jej życiu...
"Czas, który był nam odmierzony,
był bardzo starannie wyliczony,
nie było mowy o oszustwie,
stała nad nim Zdrada z klepsydrą,
odmierzając ostatnie chwile szczęścia."
No to robaczki! :D Życzę wam, aby po prostu ten nowy rok był lepszy od poprzedniego, abyście mieli swoje cele i marzenia, które spełnicie. Abyście otaczali się ludźmi, którzy są waszymi prawdziwymi przyjaciółmi. Pamiętajcie też, aby być ostrożnym przy tych wszystkich petardach :P Spędźcie ten czas radośnie :D Zacznijmy ten nowy rok jakoś wspaniale, aby zawsze taki był. Życzę wam, abyście nigdy nie byli smutni i oczywiście żeby każdy z was znalazł tą swoją drugą połówkę, bo w końcu każdy pragnie miłości... :) A więc do zobaczenia w 2015! :*












