poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rozdział 42: "W celi"

"Ból, który teraz czujemy
przypomina nam, że chociaż pochodzimy
z różnych krajów i mówimy różnymi językami
- nasze serca biją jednym rytmem."
- Albus Dumbledore


W nocy obudziły mnie jakieś krzyki. Usiadłam na posłaniu i rozejrzałam się. Przez namiot widziałam, że na zewnątrz jest jasno, ale wcale nie przez słońce, albo lampiony. Wybiegłam szybko nie zwracając uwagi na moje ubranie. Las i niektóre namioty się paliły. Ludzie biegali i krzyczeli, rzucając zaklęciami. Śmierciożercy.
Wróciłam do środka i czym prędzej obudziłam pozostałych. Złapałam różdżkę i wybiegłam na dwór. Długo nie musiałam szukać przeciwnika. Przede mną pojawiła się Bellatrix Lestrange - brąz kołtun. Rzuciła we mnie drętwotą, ale szybko je zablokowałam i oddałam tym samym. lecz zanim do niej to dotarło - zniknęła.
- Wiedźma - mruknęłam.
- Hermiona uważaj! - usłyszałam głos Luny i odruchowo się schyliłam. To był dobry pomysł bo inaczej leżałabym powalona zaklęciem: Sectumsempra przez Gibbona. Ten gość zawsze wywoływał u mnie odrazę, a teraz szczerzył się do mnie. FUJ.


Musiałam szybko wstać o ile nie chciałam zarobić Avadą. Pomogła mi Ginny, która unieruchomiła go. Uśmiechnęłam się tylko do niej w podzięce i ruszyłam, żeby pomóc innym. W głowie miałam mnóstwo pytań, a jednym z nich było: Jak oni się tu dostali?! Skąd w ogóle wiedzieli, że tu jesteśmy? A jeśli złapali i torturowali Harry'ego i Freda? Nie... oni nie powiedzieliby nawet gdyby mieli zginąć. Byłam tego pewna na 100%... chyba, że ktoś im podał Veritaserum - eliksir prawdy. W takim razie groziło im niebezpieczeństwo, ale musiałam się skupić na naszym problemie, bo tu też nie było zbyt bezpiecznie. Zauważyłam Dumbledore'a wraz z innymi nauczycielami. Oni także walczyli ze śmierciożercami. Cholera! Ile ich tu może być?
Nie czas na zastanawianie się. Wypatrzyłam kolejnego wroga i już miałam wypowiedzieć zaklęcie... kiedy coś uderzyło mnie w głowę, a wtedy... zapadła ciemność.



Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy i wtedy uderzyła mnie fala bólu. Czułam się jakby ktoś mi przewiercał czaszkę. Chciałam złapać się za głowę, ale ręka okazała się zbyt ciężka. Dopiero po chwili dotarły do mnie jakieś dźwięki. Ktoś wypowiadał moje imię. Chwilę później nade mną pojawiła się troszkę zamazana twarz Luny. Ucieszyłam się na ten widok. Ktoś mnie podnosił. Kiedy usiadłam, miałam szansę rozejrzeć sie trochę. Zamazany z początku obraz już wrócił do normy. Przede mną klęczała Luna, Cho i Neville, a obok mnie stał Ron i Katie Bell. Dostrzegłam też innych uczniów opartych o ściany.... więzienia (?).
- Gdzie... gdzie jestem? - wyjąkałam. Przypomniałam sobie o ciężkiej ręce. Kiedy na nią zerknęłam, zobaczyłam, że jest skuta łańcuchem. Zauważyłam, że każdy miał coś skutego: nogi, ręce, a Neville nawet szyję.
- Po tym jak zemdlałaś pojawili się dementorzy - odparła Cho. - Nie daliśmy rady pokonać ich i śmierciożerców. Ci, którzy przeżyli zostali uwięzieni.
- Więc... - mój głos się załamał. A więc nie wszyscy przeżyli... czyli znowu ponieśliśmy straty. Moi przyjaciele spuścili głowy. - Ja nie zemdlałam... - zaczęłam. Musiałam przerwać jakoś tę ciszę.
- No tak... dobrze, że nie widzisz swojej głowy - uśmiechnęła się Luna.
Dotknęłam dłonią skroni i poczułam bandaż, albo raczej to, czym mi ją owinęli.
- Dobrze, że nie wiesz jak boli - zażartowałam. - Co z Dumledore'm i resztą? Czy oni...
- Nie. Żyją - przerwał mi rudzielec. - Umieścili ich w innej celi, tak samo jak innych uczniów.
- Czyli jest nas więcej? - odetchnęłam. Tak bardzo się bałam, że tylko my przeżyliśmy.
- Tak. Harry i Fred też tu muszą być.
- Co? - zdziwiłam się, a moja głowa zaczęła pulsować z bólu, ale teraz miałam to gdzieś.
- Prawdopodobnie jesteśmy w głównej siedzibie Voldemorta i Saitana. Więc oni też muszą tu być. Bo nie wierzę, że poszli zbierać jagody. Na pewno opuścili nas, żeby pokonać te kanalie.
- Tylko co oni zamierzają zrobić z nami? - zapytała Cho. - Nie jesteśmy im o niczego potrzebni - zauważyła.
- No zapewne niedługo się dowiemy - westchnęłam i postanowiłam wstać. Trochę kręciło mi się w głowie, ale dałam radę ustać. - Od kiedy tu jesteśmy?
- Jakieś trzy, cztery godziny - odezwała się Ginny. - Wszystko już sprawdziliśmy, nie ma żadnych tajemnych przejść, a drzwi dobrze się trzymają. Różdżki nam zabrali. Mniej więcej co pół godziny przychodzi ktoś sprawdzić czy nie rozrabiamy.
- Mhm.. kiedy mija to pół godziny?
- W sumie to za jakieś 5-10 minut powinien zejść.
- A więc nie mamy dużo czasu.
- Na co? - zdziwili się.
- Chcecie stąd uciec, czy nie? - zapytałam.
- No jasne, ale nie mamy jak.
- Aby uciec z takiego więzienia mamy trzy opcje. Pierwsza: różdżki, druga: inne wyjścia i trzecia: oszukać i zaatakować strażnika.
- Jak chcesz to zrobić? - zapytał jakiś uczeń.
- Wykorzystajmy wszytko co mamy.
- Niby co? Jesteśmy związani, nic nie zrobimy - zauważyła Luna.
- Mamy łańcuchy, więc mamy broń. A ja mam rozbitą głowę... chyba nie chcą, żebym się wykrwawiła? Voldemort trzyma nas tu po coś, a więc będzie musiał mi pomóc.


Kilkanaście minut później Hermiona leżała nieruchomo na podłodze i wsłuchiwała się w odgłos kroków jednego ze śmierciożerców. Kiedy uznała, że jest już wystarczająco blisko zaczęła jęczeć:
- Pomóż mi... eh... halo? Jest tam ktoś? Pomóżcie mi!
Strażnik podszedł do krat i warknął:
- Czego?!
- Ślepy jesteś? Moja głowa - wskazała palcem na ranę, która jeszcze niedawno była zasłonięta przez kawałek ubrania. - Ja krwawię.
- To sobie owiń ją - odparł, a dziewczyna w myślach przeklęła. Nie mogła się jednak poddać.
- Dostanę zakażenia. Zlituj się, wiesz jak to boli?
- Nie obchodzi mnie to - mężczyzna zaczął powoli odchodzić.
- Czekaj! Myślisz, że Sam Wiesz Kto będzie zadowolony jeśli dowie się, że umarłam przez twoje niedopilnowanie obowiązków?
- A myślisz, że czemu miałby się przejmować twoją śmiercią? - zapytał.
- Wiesz kim ja jestem? Nazywam się Hemriona Granger. Jestem prawą ręką Harry'ego. Zresztą... chciałabym zobaczyć co powie Simon... yy znaczy Saitan, jeśli się dowie, że przez ciebie nie żyję.
- Jesteś nikim dla niego szlamo.
- Tak? A więc dobrze. Zobaczysz. Szkoda, że ja nie będę widzieć tego przedstawienia.
- Myślisz, że jestem głupi tak? - syknął. - Po co miałbym tam wchodzić? Chcesz mnie przechytrzyć.
- A nie pomyślałeś idioto, że mnie po prostu GŁOWA BOLI? Myślałam, że Voldemorta stać na kogoś lepszego...
Śmierciożerca chyba się zdenerwował. Szybkim ruchem otworzył drzwi i wszedł do środka.
- Odsunąć się! - krzyknął do pozostałych. - Wszyscy pod ścianę! Jeśli zobaczę chociaż najmniejszy ruch, to ona zginie. - Podszedł do dziewczyny i złapał ją za ramię. - Skoro jesteś taka ważna, to zaprowadzę cię do Czarnego Pana. Niech wykończy cię już teraz, bo możesz stwarzać...
W tej chwili Neville zarzucił mu łańcuch na szyję i odciągnął od dziewczyny. Luna wyrwała mu różdżkę z ręki i skierowała w jego stronę. Granger kopnęła go w brzuch, a kiedy się schylił, Ron złapał go za ręce i związał swoim łańcuchem, który za pomocą różdżki zdjęła mu blondynka. Po chwili już wszyscy zrzucili swoje i wyszli na ciemny korytarz. Hermiona zamykając kraty spojrzała jeszcze na śmierciożerce.
- Dzięki za pomoc. Miło było cię poznać - uśmiechnęła się szeroko i zostawiła go związanego i zakneblowanego.
- Musimy uwolnić pozostałych - oznajmiła Cho. - Chyba pamiętam drogę do ich celi.
- Prowadź - poleciła Hermiona i ruszyli wąskim korytarzem oświetlonym jedynie kilkoma świecami. W powietrzu unosił się zapach staroci, ziemi i wilgoci. Widocznie byli w podziemiach jakiegoś zamku. Minęli schody, które pewnie prowadziły do wyjścia z lochów. Może gdzieś tam jest Harry i Fred? To potem, teraz najważniejsze było uwolnienie nauczycieli i reszty uczniów. Na szczęście po drodze nie spotkali żadnego nieprzyjaciela. Po paru minutach już byli na miejscu. Cele były obok siebie a w nim ich znajomi, również skuci łańcuchami. Nie było innej możliwości, jak użyć zaklęcia: Bombarda, które jest dość głośne. Musieli się więc pośpieszyć.
- Dobra robota - pochwalił Dumbledore. - Świetnie się spisaliście, ale teraz musicie uciekać.    
- A pan Profesorze? - zdziwiła się Luna.
- Znaleźliśmy Voldemorta. Jest tu. Taka szansa może się nie powtórzyć, musimy spróbować go pokonać.
- Chcemy pomóc - wtrącił Neville.
- Nie, nie chłopcze. Za duże ryzyko.
- Ale profesorze... - zaczęła Granger.
- Hermiono.. - uśmiechnął się. - Zrobiliście już bardzo dużo, a ja ślubowałem, że będę robił wszystko, aby ochronić swych uczniów. I tak zbyt dużo was straciliśmy...
- Po prostu wiesz, że zginiesz - odparł głos z tyłu.
Dziewczyna odwróciła się - Draco. Nie zauważyła go wcześniej. Pewnie był w jednej z tych cel.
- Słuszne spostrzeżenie, Draconie. Taka możliwość istnieje, a nawet jest bardzo prawdopodobna, ale to nie zmienia faktu, że musicie uciekać. Już!
- Ale...
- Żadne ale Ronaldzie. To jest rozkaz. Jeszcze jestem za was odpowiedzialny. No już! Panno Granger, wyprowadź ich stąd.
Uczennica powoli skinęła głową. Mimo, że na jego twarzy panował spokój, w jego oczach ujrzała strach. Zrobiło jej się żal staruszka. Postanowiła spełnić, może jego ostatnie polecenie. Zawsze była najlepszą uczennicą, zawsze na koniec roku jej gratulował, nigdy go nie zawiodła. Chciała, aby tak było do samego końca. Wyprowadzi ich stąd żywych... a potem wróci. I pomoże odzyskać to, co zostało im odebrane - nadzieje.  

"Za wszystkich, którzy odeszli
Unieś Victorię w powietrze
Póki tu ciągle jesteśmy
Trzymaj ją w górze
Dzisiaj nienawiść zabierzmy
Bez kropli żalu na cmentarz
I pochowajmy, pomału zakwitną róże

Za wszystkich, którzy w to wierzą
Razem nie damy im umrzeć
Bo Kwiaty, które nie więdną to dobrzy ludzie
I nawet kiedy odejdą
Dalej będziemy energią, która powróci na pewno"



HO, HO, HO!
NA ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE JUŻ TROCHĘ ZA PÓŹNO, ALE ŻYCZĘ WAM ABY W NOWYM ROKU SPEŁNIŁY SIĘ WASZE WSZYSTKIE MARZENIA, ABYŚCIE BYLI ZDROWI, SZCZĘŚLIWI I ZNALEŹLI TĘ WASZĄ DRUGĄ POŁÓWKĘ. 

WIEM, ŻE ROZDZIAŁ TAKI TROCHĘ Z DUPY I DŁUGO NA NIEGO CZEKALIŚCIE, ALE MAM NADZIEJE, ŻE ZBLIŻAJĄCA SIĘ KOŃCÓWKA JEST WARTA CZEKANIA. 

TAK... TAK... JUŻ NIEDŁUGO WSZYSTKO SIĘ ROZSTRZYGNIE :) 

KOMENTUJCIE, CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE! DO ZOBACZENIA W NOWYM POŚCIE!

sobota, 5 grudnia 2015

Rozdział 41: "Samotna"

  "Podarowałeś mi coś, co nawet 
trudno nazwać. Poruszyłeś we mnie coś,
o istnieniu czego nawet nie wiedziałam.
Jesteś i zawsze będziesz częścią mojego
życia. Zawsze."

Sporo czasu minęło od ostatniej rozmowy z Draconem. Od tego czasu nie odzywamy się do siebie. W ogóle go nie widziałam. Zgłosił się na ochotnika, żeby pomóc tamtej grupie czarodziejów. Nie wiem, czy zrobił to, żeby mnie nie widzieć, czy naprawdę miał tam jakąś misję do spełnienia. Chociaż zazdroszczę mu... przynajmniej ma tam coś do roboty, a ja siedzę tu bezczynnie i myślę... Harry i Fred jeszcze nie wrócili. Niektórzy mówią, że nie żyją, ale ja w to nie wierzę. Czułabym to. I jestem na siebie wściekła. Fred stracił bliską osobą, a mnie przy nim nie było... a powinnam. W końcu kocham go najbardziej na świecie. A teraz nawet nie wiem gdzie jest, co robi. Boję się o nich. Nikt nie wie dokąd poszli, co się z nimi teraz dzieje. A jeśli potrzebują pomocy? Te myśli sprawiają, że płaczę po nocach... Ukrywam się z tym i czuję jak jakiś szczur. Dlaczego wszystko jeszcze bardziej się spieprzyło? Dawno z nikim nie rozmawiałam.. i nie chodzi tu o zwykłe: "cześć", ale o prawdziwą rozmowę.
Nie wiem czy nauczyciele mają jakiś konkretny plan czy zamierzają tu siedzieć i czekać nie wiadomo na co. Denerwuje mnie to i powoli zaczynam rozumieć, dlaczego być może Harry i Fred stąd uciekli. Chcieli coś zrobić... ale mogli chociaż o tym komuś powiedzieć,

Zaproponowałam, że pójdę pozbierać jakieś jagody do jedzenia. Nie tylko dlatego, że chcę pomyśleć, co i tak robię bardzo często, ale dlatego, że gdyby zrobił to, jak chciał, Neville, pewnie by nas otruł. W czasie zimy rośnie tu dużo trujących owoców. Takie zalety magicznego lasu...
Idę więc powolnym krokiem, z koszykiem w ręku, pomiędzy krzewami. Wiatr rozwiewa moje i tak już potargane włosy, zimne powietrze pozwala mi trzeźwo myśleć, jednak nie na tyle, żebym potrafiła rozpoznać jaki ptak właśnie radośnie śpiewa. Może w innej sytuacji potrafiłabym zachwycać się pięknem przyrody, ale teraz nie zwracam na to uwagi. Wydaje się, że zima lada moment się skończy i wszystko zacznie kwitnąć... że będzie jak dawniej, ale to tylko moje wyobrażenie... może moje marzenie. Bo nigdy nie będzie jak dawniej...

Brawo Hermiona, znowu masz łzy w oczach. Tego chciałaś? Idiotka...
Wzdycham ciężko, ocieram wierzchem dłoni oczy i idę dalej. Dostrzegam pierwsze jagody. Sprawdzam czy na pewno nadają się do jedzenia, po czym zrywam i rzucam do koszyka. To dziwne, ale zaczynam cicho recytować ulubiony wiersz.

"Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest..."
Chyba potrafiłabym wybaczyć mu wszystko.
"Miłość nie zazdrości"
Jestem wściekła, kiedy inne na niego patrzą,
bo kiedy ja to robię, widzę cały mój świat...
Ale daje mu wolność, nie jest mój. 
I wierzę mu, a jeśli mówi prawdę,
to też mu na mnie zależy...
"...nie szuka poklasku, nie unosi się pychą"
Oddałabym wszystko, żeby był szczęśliwy,
żeby odnalazł spokój. Wierzę, że na to zasłużył.
"Nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego.
Nie unosi się gniewem, nie pamięta złego.
Nie cieszy się z niesprawiedliwości..."
Boże... dlaczego on? Dlaczego to właśnie on
musiał stracić kogoś bardzo bliskiego?
Jeżeli będziesz musiał znowu zrobić coś, 
co go zaboli, proszę... zabierz mnie. 
Nie rób mu krzywdy, za to weź mnie...
"...lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma..."
Dlatego będę żyć, dopóki on będzie.
Będę walczyć, dopóki jest szansa...

Kosz napełnił się bardzo szybko, dlatego po paru minutach mogłam już wrócić do obozu. Zdziwiło mnie to, jak długo tam szłam. Nie przypuszczałam, że oddaliłam się aż tak bardzo. No cóż... najwidoczniej nie zwracałam uwagi na czas. Po pół godzinie byłam na miejscu. Powoli się ściemniało. Dowiedziałam się, że nie było mnie aż cztery godziny... Wow, no nieźle. Napędziłam im pewnie stracha. Ale to już nieważne. Zaskoczyły mnie dekoracje, które widziały na namiotach, ognisko, ławeczki. Kiedy spytałam o to Cho, odpowiedziała, że dzisiaj będziemy świętować. Jakaś tam grupa uciekła śmierciożercom wykradając cenne informacje. Nie wiedziała jakie, ale miała prawo.. martwiła się o Harry'ego, tak jak ja o Freda. Zresztą to nieistotne. Zauważyłam, że w obozie jest trochę więcej ludzi i od razu zrozumiałam, że musiała się zjawić druga grupa... czyli gdzieś tu był Draco. Tylko jeszcze nie rozgryzłam czy to dobrze, czy źle. Podążyłam więc bez słowa za przyjaciółką do obozu, żeby się przebrać. Za pół godziny miała się rozpocząć zabawa. Trochę tego nie rozumiałam, bo nie miałam najmniejszej ochoty się bawić. Ale dla nich tamta wiadomość była nadzieją, że będzie lepiej... krokiem do przodu... Więc postanowiłam chociaż udawać, że się cieszę.


Okazało się, że przybyli do nas jacyś ważni czarodzieje z zagranicy, żeby porozmawiać z Dumbledore'm o planach powstrzymania Voldemorta. Chłopacy postawili wielki namiot, dziewczyny go udekorowały i zajęły się jakimś jedzeniem. Jak na ukrywających się, wyglądało to dość ładnie. Kiedy tam byłam, czułam się jakby wszystko było w porządku... czułam się prawie normalnie. Z tym, że nie mam pojęcia co dzieje się z moimi przyjaciółmi. Impreza rozpoczęła się godzinę temu. Draco widziałam tylko raz, kiedy podchodził do jakiegoś wysokiego szatyna. Chyba mnie nie zauważył. Nie chciałam z nim rozmawiać, nie wiedziałam o czym... wolałam go unikać, dlatego stałam w kącie rozmawiając z koleżankami. Niestety przyszli jacyś bliźniacy i poprosili je do tańca. Co za pech! Akurat do namiotu wszedł Draco. Spuściłam wzrok... może mnie nie zauważy, przecież pomiędzy nami jest tak wiele osób...

Nie wiem kto puszczał muzykę, ale właśnie zaczęło lecieć coś wolnego. Czy tylko mi przypominało to jakiś bal, a nie przyjęcie? Chyba powinnam o tym powiedzieć Dumbledore'owi. Przecież tak nie powinno być... a tak w ogóle to gdzie oni byli? Nie widziałam ich od początku, a przecież oni to zorganizowali. Eh... pewnie sobie poszli zostawiając nas tu. Co za totalna nieodpowiedzialność. Chwila, chwila.. gdzie Draco!? Zniknął mi z oczu, gdzie on jest! Oh.. spokojnie. Stoi w rogu i popija poncz. Nie widzi mnie. Jest dobrze.



Chyba coś go trapi, ale wcale mnie to nie obchodzi. Zrobiło mi się trochę niedobrze, chyba powinnam na chwilę wyjść, ale nie mam jak. Zauważy mnie. Odrywam wzrok od niego i szukam ewentualnych wyjść awaryjnych, ale cholera! Nie ma jak przejść niezauważoną. Znowu zerkam na blondyna i zamieram... Patrzy się. Prosto na mnie. Robi mi się gorąco jak diabli, ale także nie odrywam wzroku. I wtedy odkłada szklankę i rusza w moją stronę. O nie! Przedziera się przez tańczących i pokonał już połowę dzielącego nas dystansu. Na szczęście zanim zdążył do mnie dotrzeć, ja już jestem koło wyjścia z namiotu. Odwracam się po raz ostatni, ale nie widzę go. Pewnie zniknął gdzieś w tłumie. Wchodzę na zewnątrz i uderza mnie chłód powietrza. Odruchowo łapię się za ramiona. Odchodzę jeszcze kilka kroków i dopiero teraz porządnie wydycham powietrze. Mało brakowało... Nie chciałabym się z nim spotkać a tym bardziej rozmawiać. Wyzwala we mnie uczucia, których nie chcę. I nie mam zamiaru o nim myśleć, co właśnie w tej chwili robię. Cholerny głupek! Słyszę za sobą szelest oznaczający wyjście kogoś z namiotu. Odwracam się napięcie, ale na szczęście to tylko jakaś para. Postanawiam się przejść, co może nie jest zbyt dobrym pomysłem zważając na to, że jest już ciemno, ale co tam... Przecież nie oddalę się zbytnio, nie jestem głupia. Idę więc powoli przed siebie. Obiecuję sobie, że zrobię wszystko, żeby nie spotkać już dziś Dracona. Jednak pół godziny później moja obietnica zostaje zniszczona, ponieważ prosi mnie do tańca. I po co ja głupia tam wracałam?? Stoimy naprzeciwko siebie patrząc w oczy. On z wyciągniętą ręką czeka na moją reakcję, a ja próbuję dobrać odpowiednie słowa. Nic jednak nie przychodzi mi do głowy.

Niestety jestem typem osoby, która jest po prostu... hm.. dobra? Nie lubię ranić innych, nie lubię ich rozczarowywać. Jak inaczej mogę wyjaśnić to, że podałam mu dłoń i pozwoliłam zaprowadzić się na środek sali? W końcu to tylko taniec, przeżyję. Wiedział co robi, bo poprosił mnie, kiedy zaczęto puszczać coś wolnego. A więc już się nie wymigam. Modlę się tylko o to, aby te trzy minuty minęły nam w ciszy, bez słów. Cieszę się, że moje serce nie przyśpiesza, ani nic z tych rzeczy. Kładę ręce na jego szyi, ale on ma inne plany - przyciąga mnie do siebie, dlatego jestem zmuszona się do niego przytulić. Nie zapowiada się na to, żeby którekolwiek z nas zaczęło o czymś rozmawiać i nie wiem czy to ta lepsza z opcji, ponieważ teraz zaczynam myśleć. Myślę o wszystkim co kiedyś miało miejsce pomiędzy nami... i nie czuję nic. Kompletnie nic. Lubię tą piosenkę... Kiedyś wyobrażałam sobie, że będę przy niej tańczyła z Fredem... i  ta myśl sprawia, że mam łzy w oczach. Tak bardzo chciałabym, aby był tu teraz ze mną zamiast Draco. Tak bardzo chciałabym go przytulać i mieć nadzieję, że właśnie w tej chwili będzie sobie uświadamiał, że mnie kocha. Przytulam Malfoy'a jeszcze bardziej, bo tego potrzebuje... On też mocniej oplótł ręce wokół mojej talii i pleców... chyba źle to odebrał. Nadal mam w oczach łzy, ponieważ nigdy nie będę pewna, że to się powtórzy, ale z tym, którego kocham. Mam nadzieje, że kiedyś mi wybaczy te wszystkie zmarnowane dni, niespełnione sny, w których byliśmy blisko, a nic się nie wydarzyło. Teraz znowu jesteśmy daleko od siebie... i... nie wiadomo czy się jeszcze spotkamy...
Piosenka się kończy... powoli mnie puszcza i patrzy mi głęboko w oczy. Czy dla niego to wyjątkowa chwila? Bo ja myślę o Fredzie... Gdy odrywa ode mnie ręce - odwracam się i odchodzę. Idę do pomieszczenia robiącego za toaletę. Patrzę w swoje odbicie w lustrze. Oczy mam czerwone od łez. W końcu się pozbierałam i postanowiłam wrócić. Dopadły mnie Ginny i Luna, więc słucham ich opowieści o... o czym? Nie pamiętam. Szukam go wzrokiem. Siadamy przy stoliku, ale za chwilę podchodzi ślizgon i prosi, żebym gdzieś z nim poszła. Chce porozmawiać. Ok, dobrze. Musimy chyba sobie coś ustalić.
Odchodzimy trochę od reszty. Opieram się o ścianę, a on staje na przeciwko mnie.
- Czy ten taniec... - zaczyna trochę zmieszany. Kiepsko go słychać przez muzykę, dlatego przybliża się. - Czy to coś dla ciebie znaczyło?
- Ym... - spuszczam wzrok. Nie wiem co mu odpowiedzieć. Muszę mówić mu wprost do ucha, żeby coś zrozumiał - Posłuchaj bo to... - Nie potrafię dobrać właściwych słów. - Dla mnie to był tylko taniec. Nic więcej - mówię w końcu. Wydaje się być trochę rozczarowany. - A dla ciebie?
Patrzy mi w oczy i przez chwile nic nie mówi.
- Tak... - wymruczał patrząc w swoje buty. Robi mi się go żal, ale tylko trochę. Uśmiecham się smutno i kładę rękę na jego ramieniu.
- Hej... - zmuszam go, aby na mnie spojrzał. - Nie bądź smutny. Uśmiechnij się.
Spojrzał na mnie jakbym mówiła coś dziwnego... No trudno, to najlepsze co w tej chwili mogę zrobić.
- Posłuchaj, ja... - próbuje mu coś wytłumaczyć. - Chciałam zatańczyć tą piosenkę z kimś innym...
- Jest tu?
- Nie... - teraz to mnie ogarnia smutek.
- Fred... - to nie było pytanie. Więc nie komentuję tego. Ostatni raz na niego spoglądam, a potem odchodzę i wychodzę z namiotu nie wyjaśniając nic nikomu, nie zatrzymując się po drodze, aby poinformować dziewczyny. Chcę zostać sama... to ostatnio moje najlepsze towarzystwo.


"Powinienem był ci oddać cały mój czas,
kiedy miałem szansę. 
Zabierać na każdą imprezę,
bo ponad wszystko chciałaś tańczyć.
Teraz moja ukochana tańczy,
ale tańczy z innym mężczyzną."

Przepraszam, że długo nie pisałam, ale przez ten miesiąc moja psychika była na skraju przepaści... i znalazłam się w podobnej sytuacji co nasza bohaterka. Mam nadzieje, że wybaczycie i że jeszcze ktoś to czyta. Jeśli tak - zostaw komentarz.

Możesz mnie znaleźć na asku:
http://ask.fm/TajemniczaKsiezniczka77

Na fb:
https://www.facebook.com/profile.php?id=100006667606366

https://www.facebook.com/Historia-kt%C3%B3ra-nigdy-nie-mia%C5%82a-mie%C4%87-miejsca-Fredmione-717359008339830/?ref=hl

Na twitterze:
https://twitter.com/TKsiezniczka

Na yt:
https://www.youtube.com/channel/UCrG5dquClepvKx8ImsXvu6A

Na poczcie:
ksiezniczka.swojego.umyslu@wp.pl


Możecie do mnie pisać, pytać mnie o co chcecie. Chcecie, żebym jeszcze coś założyła, coś zrobiła - piszcie mi o tym. Jestem dla was. Komentujcie! Do zobaczenia
- T.K.




poniedziałek, 2 listopada 2015

Rozdział 40: "Hermiona Granger nie zawsze ma rację"


"Nie patrz się na mnie,
jeśli oczy masz puste,
nie zobaczę w nich uczuć,
ale przejrzę, jak w lustrze."

- Ja pójdę tam - wskazała ręką Ginny, kiedy dziewczyny ustaliły, że się rozdzielą i poszukają ich.
- Dobrze, ale bądź ostrożna - poleciła Hermiona, po czym obydwie poszły w swoje strony.
Przedzierając się przez krzewy, Granger zastanawiała się gdzie są jej przyjaciele. Z jednej strony miała nadzieję, że ich znajdzie i razem wrócą, ale także bała się, że zobaczy ich leżących i rannych, albo gorzej... Myślała o George'u, wiedziała, że wszyscy odczuli jakąś pustkę po nim. Będą pamiętać... I pomyśleć, że jeszcze nie dawno jej największym problemem była Amber, albo Angelina. Teraz są w innym obozie... a może to tam właśnie są chłopacy? Wcześniej o tym nie pomyślała... No cóż, jeśli nie znajdzie ich gdzieś tutaj, wróci i razem z Ginny pójdzie do drugiego obozu. Zawsze powtarzała, że nie można myśleć: "Co by było gdyby", bo to nic nie da, ale co by było, gdyby Harry powiedział o swoich snach Dumbledore'owi? Przecież czuł, że zbliża się coś złego. Z drugiej strony jak ona mogła zaufać Saitanowi? Jak do tego doszło, że mu uwierzyła? Jak mógł jej się podobać? No i biedny Benny... nadal za nim tęskniła. Nie kochała go jak Freda, ale jakaś mała cząstka uwielbiała go. Ostatnio brat Rona zmienił się trochę. Nie lubiła o tym myśleć, ale... nie dawało jej to spokoju. Nie podobał jej się już tak, jak kiedyś. Zawsze, kiedy sobie o tym przypominała, denerwowała się sama na siebie. "Jak możesz? Przecież go kochasz. Bo... kochasz go, tak?". Całą sobą chciała krzyknąć: "TAK!", ale coś jednak nie pozwalało. Nienawidziła tej części siebie. Jej uczucie zmalało, ale cały czas myślała, że wróci. Nie pamiętała kiedy to się zaczęło. I bała się samej siebie... nie wiedziała, do czego jest zdolna. Bała się, że łatwo będzie można nią pokierować. Bała się kontaktu z Draco. On... wywierał na niej takie dziwne... wrażenie. Dziwne uczucia. "KOCHAM FREDA" - powtórzyła sobie i obiecała, że przestanie tak myśleć. To chore.
W tej właśnie chwili usłyszała jakiś szelest i nadzieja znowu zagościła w jej sercu. Stanęła i zaczęła nasłuchiwać. Przez chwilę słychać było tylko lekki wiatr i zwierzęta, które powoli wychodzą ze swoich kryjówek na zewnątrz, ale po chwili znowu to usłyszała. Kroki... ktoś tu szedł, zbliżał się. Chwilę później do tego doszedł ciężki oddech, dlatego była pewna, że to człowiek. Ale chwila... to nie może być ani Fred, Harry, ani żaden inny nastolatek, za chrapliwy głos. Kiedy dziewczynie zapaliła się ostrzegawcza lampka, było już za późno na ucieczkę, ponieważ zza krzewów wyłoniła się bardzo dobrze znana sylwetka.
- Witaj śliczna, kojarzysz mnie? - odezwał się Fenrir Greyback. - Dawno się nie widzieliśmy, co?


Hermiona odwróciła się i zaczęła biec, a ten tylko się zaśmiał.
- DRĘTWOTA! - krzyknął. Zaklęcie trafiło w gryfonkę unieruchamiając jej ciało. Padła twardo na ziemię nie mogąc nic zrobić.
- Nie dotykaj mnie! - krzyknęła. Bardzo chciała się obrócić, ponieważ leżała brzuchem do dołu, ale nic z tego... zaklęcie działało jak należy. Irytowało ją, że śmierciożerca cały czas się śmieje. Zlekceważył jej rozkaz - podszedł do niej, podniósł i zarzucił sobie na ramię. Odwrócił się i chichocząc ruszył w drogę. Nie zaszedł jednak za daleko...
- DRĘTWOTA! - Podwładny Voldemorta przewrócił się, upuszczając dziewczynę.
- Agr! - wysapał. Nie mógł (zresztą Hermiona też) ruszyć głową, żeby zobaczyć kto rzucił na niego zaklęcie.
- Matka nie nauczyła się, że łapy trzyma się przy sobie? - warknął Draco kładąc stopę na jego policzku. - Co mam teraz z tobą zrobić?
Nagle coś czarnego przeleciało koło niego i zanim zdążył mrugnąć Fenrir zniknął.
- Co do cholery! - wykrzyknął zdziwiony.
- Draco... - odezwała się dziewczyna.
Chłopak przez chwilę jeszcze przypatrywał się miejscu, w którym leżał śmierciożerca, jakby zaraz miał się tam znów pojawić, ale potem podszedł do gryfonki i wziął na ręce.
- Przepraszam, że nie przyszedłem wcześniej... może mogłabyś się teraz ruszać, ale nie wiedziałem kto to.
- Nic się nie stało - wyjąkała. - Trochę bolą mnie plecy.
- Już dobrze, jesteś bezpieczna. Dlaczego oddaliłaś się sama od obozu?
- Szukałam Harry'ego... - oznajmiła. Nie wiedziała czemu, ale wolała nie wspominać o Fredzie.
- Rozumiem - mruknął.
- Draco... - blondyn spojrzał na nią. Jej oczy były zmęczone, zaspane. - Nie chcę jeszcze wracać do obozu. Nie w takim stanie. Mógłbyś mnie puścić?
- Oszalałaś? Nie ma mowy - szedł dalej.
- Proszę! - upierała się.
- Musisz wrócić do sił. Tu, na mrozie na pewno tego nie zrobisz.
- To moja sprawa! Moje życie. Nie jestem dzieckiem - zdenerwowała się.
- Ale zachowujesz się jak dziecko. I nie możesz się ruszać, więc przykro mi, mów co chcesz, ale się nie zatrzymam.
- Idiota, dzieciak, kretyn, debil, głupek, gnojek, sukinsyn... - zaczęła wymieniać, a że zasób słownictwa miała całkiem pokaźny, mówiła tak z 5 minut. - świnia, ogr, śmierdziel, osioł, bezduszny potwór, szczur, bachor, matoł!
- Skończyłaś? - zapytał.
- Nienawidzę cię! Gdybym mogła ruszać ręką, walnęłabym cię.
- Poważnie? Bo wydaje mi się, że były sytuację, w których byłaś na mnie wkurzona bardziej, a jednak tego nie zrobiłaś. - Chyba się trochę zdenerwował, bo dał za wygraną i położył ją, opierając o drzewo. - Dlaczego tak bardzo cię wnerwiłem, co? Czy zrobiłem ci coś? Czy może po prostu ty jesteś zimną suką?
- Co proszę?! - wytrzeszczyła oczy i zlustrowała go od góry do dołu. Stał naprzeciwko w zadziwiająco białej koszuli, ciemnych dżinsach i kremowych butach.
- Cały czas zachowujesz się jakbym coś ci zrobił! No powiedz! O co ci chodzi?
- Ja... - dziewczyna oddychała głośno. Nie wiedziała co powiedzieć. Zgasiły ją słowa, które niedawno wypowiedział. Zimna suka? Serio? - Jesteś... Jesteś kretynem!
- Dobrze! Jestem kretynem! Dlaczego? Powiedz mi czemu. Oświeć mnie.
- Po prostu! Wszystko robisz nie tak! Wtrącasz się w nie swoje sprawy i... i mącisz!
- Ja mącę?
- Ty mącisz! Mieszasz mi w życiu! - Po tych słowach uświadomiła sobie, że niepotrzebnie to powiedziała. O to mu chodziło, za co nienawidziła go jeszcze bardziej.
- Więc tu nie chodzi o mnie - powiedział powoli. - Denerwuję cię to, że w ostatnim czasie stałem się dla ciebie kimś więcej niż innym uczniem - nie pytał, stwierdzał fakt, który nie chciała przyjąć do wiadomości.
- Nie... nie... - zaprzeczyła. Podszedł do bliżej i ukucnął przed nią.
- Boisz się, że jeśli nadal będę cię ratował, rozmawiał z tobą to bardziej się zakochasz.
- Bredzisz - patrzyła w bok. Byle nie w jego oczy. Byle nie w jego oczy!
- Wiesz, że ja cię kocham i teraz wystarczysz tylko ty. Myślisz o tym i to nie daje ci spokoju.
- Draco nie! Przestań! - protestowała, ale on ignorując to, mówił dalej.
- Nie kochasz go. Hermiona - złapał ją za twarz i zmusił, żeby na niego spojrzała. - Nie kochasz...
- O co ci chodzi?! Chcesz mnie skłócić z przyjaciółmi?! Chcesz mi popsuć opinię?! Chcesz, żebym nie była szczęśliwa z Fredem?! - wyrzuciła z siebie szybko. Jego twarz znajdowała się zaledwie kilka centymetrów od niej. Wpatrywał się w jej błyszczące orzechowe oczy, które widziały bardzo dużo. Nigdy nie zwracała wielkiej uwagi na swój wygląd, ale była jedną z piękniejszych dziewczyn, które widział. Na pewno była najmądrzejsza. Zachowywała zimną krew w trudnych sytuacjach i wykazywała się niezwykłą odwagą, ale gdyby to on miał decydować o jej bezpieczeństwie, stanąłby w jej obronie za każdym razem. To śmieszne jak bardzo się różnili, ale jak bardzo go to pociągało. Patrzyła na niego czekając na odpowiedź. Myślała, że jej słowa były ostatnimi w tej sprzeczce, ale myliła się. Hermiona Granger nie zawsze ma rację.
- Chcę... - szepnął. I TO były ostatnie słowa jakie tu padły.

"Gdybyś kiedyś we śnie poczuła,
że oczy moje już nie patrzą na ciebie z miłością,
wiedz, żem żyć przestał..."


Długo czekaliście na rozdział, ale do 12 listopada muszę oddać gotową książkę, a nadal duużo mi zostało.
Polubcie fanpage, na którym mogą się pojawiać zapowiedzi rozdziałów, fragmenty i zdjęcia z nich ^^ Do zobaczenia!

środa, 21 października 2015

Wszystkiego najlepszego!

Niestety dzisiaj jeszcze nie będzie rozdziału, bo mam tylko połowę, ale złożę życzenia, jednej z czytelniczek :D No więc BARDZO się cieszę, że podoba ci się mój blog i mam nadzieję, że zostaniesz do końca. Oto życzonka od paru ludzi z facebooka: 





A ode mnie:

~ szczęścia w życiu osobistym
~ dobrego zdrowia
~ samych zwycięstw
~ spełnienia marzeń
~ miłych niespodzianek
~ prawdziwych przyjaciół
~ niewyczerpanych pokładów energii
~ uśmiechu na co dzień
~ genialnych pomysłów
~ głównej wygranej na loterii
~ pogodnego ducha
~ wygodnych butów
~ świętego spokoju
~ trafnych decyzji
~ dużego łóżka
~ pękatego portfela
~ szerokiej drogi
~ miłych snów
~ romantycznych wieczorów
~ dużo słodyczy
~ niezapomnianych chwil
~ dużo słońca
~ powodzenia
~ pełnego sejfu
~ dużo szaleństw
~ MIŁOŚCI
i wiele więcej, ale już trochę późno... Więc jeszcze raz WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!

środa, 14 października 2015

Rozdział: 39 "Dwa zgony, jeden pogrzeb"

"Nade mną śmierć władzy
mieć nie będzie. Gdy nadejdzie
mój czas, odejdę z własnej,
nieprzymuszonej woli, na własnych
nogach i o własnych siłach, 
bez pomocy śmierci, która
straszyła mnie przez całe życie."

Hermiona siedziała w namiocie pijąc herbatę. Padało już od kilku godzin. Większość jej znajomych nie odzywała się do nikogo, tylko nieliczni próbowali przerwać ciszę, jednak po paru zdaniach także milki. Gdzie by się nie ruszyć - tam ponura atmosfera. Fred zniknął, albo trzymał się z daleka od innych, a gryfonka siedziała tak od godziny, wpatrzona w podłogę, skulona i smutna. W końcu podszedł do niej Harry i usiadł obok. Przez pierwsze pięć minut nic nie mówił, lecz postanowił się odezwać.
- Jak się czujesz? - nie bardzo wiedział co powiedzieć, więc zadał standardowe pytanie. Dziewczyna nie odpowiedziała, ale wcale nie był zdziwiony z tego powodu. - George był... wyjątkowy. Wszyscy go lubili... - ciągnął. - Będzie nam go brakowało... Szczególnie przy Fredzie. Musi mu być teraz ciężko... zdaje sobie sprawę z tego, że za każdym razem, kiedy ktoś na niego spojrzy, zabraknie tam George'a. - Chłopak na chwilę zamilknął, a ona pociągnęła nosem.
- Nie wyobrażam sobie dalszego życia. To nie będzie normalne - odezwała się. - I to wszystko przeze mnie, rozumiesz? - spojrzała na niego ze łzami w oczach.
- Nie - pokręcił głową - nie możesz...
- Harry, ale to prawda! Gdyby mnie tam nie było...
- Nie wiesz co by się stało. Może nikt by nie zginął, fakt, ale może zginęłoby więcej osób?
- Harry... ale on wróci. Wiesz o tym.
- I każdy z nas będzie chciał się zemścić za George'a. Więc jeśli tu wróci to sam wyda na siebie wyrok.
Granger nie odpowiedziała. Marzyła teraz tylko o tym, aby to wszystko okazało się złym snem. Nie tak powinno być. Nienawidziła za to całego świata, że wszystko ułożyło się nie tak, jak miało. To nie było fair... Powinna uczyć się teraz do testów, siedzieć w ciepłym dormitorium, albo z rodziną w domu, cieszyć się z prezentów, pisać listy do przyjaciół. Jednak jest inaczej... siedzi i marznie w namiocie w środku jakiegoś lasu, z dala od zburzonego Hogwartu, pocieszana przed Harry'ego, ponieważ zginął brat Freda... chłopaka którego kocha. Powinna siedzieć w pokoju i wyobrażać sobie co by było gdyby... stwarzać historie i plany, które nigdy nie miały się sprawdzić. Tymczasem była wojna. Istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, że on także zginie. Co wtedy? Wtedy chyba pójdzie do Saitana i albo go pokona, albo zginie. Wszystko jedno. Niczego nie pragnęła bardziej niż tego, żeby wszystko się już skończyło. Nieważne jak, byleby się skończyło.
- Ile to jeszcze potrwa? - zapytała cicho. - Ile jeszcze będziemy tu siedzieć i czekać bezczynnie aż to oni wykonają jakiś ruch?
- Hermiona,.. czuję dokładnie to, co ty. Ale co możemy zrobić?
- Nie mam pojęcia co możemy zrobić! Nikt nie wie co możemy zrobić! Może po prostu chodźmy walczyć?!
- O to im właśnie chodzi, bez plany, bez broni, bez pomocy. Chcesz od razu zginąć?
- Wszystko mi jedno - odparła. Chłopak spojrzał na nią uważnie.
- Jak to WSZYSTKO CI JEDNO? Nie możemy się poddawać. Nie damy mu tej satysfakcji.
- Damy mu to, co będzie chciał, Harry. Nic nie możesz zrobić tu nawet ty. Przykro mi... - spuściła głowę. Nie wiedziała, czy uraziła tymi słowami chłopaka, bo wstał i oddalił się, ale powiedziała to, co myśli., jednak wcale nie poczuła się lepiej. Chciała wstać, gdzieś pójść, ale na dworze lało. Rozejrzała się po namiocie. Oprócz niej byli tu jeszcze Neville z Luną. "Przynajmniej oni mają siebie" - pomyślała. Zastanowiła się nad tym, gdzie może w tej chwili być Fred, co robi. Pewnie rozpacza... Ale nie ma innego wyjścia niż to zaakceptować. On jest silnym chłopakiem i na pewno sobie poradzi, wiedziała to. Doskonale rozumiała, że ta strata była wielkim szokiem. Wiedziała, że tak naprawdę były dwa zgony, a jeden pogrzeb, ponieważ razem z George'm umarła cząstka duszy Freda.  Musi przeczekać ten okres i wtedy dopiero powie mu co do niego czuje. Obiecała to sobie. Zrobi to, kiedy będzie okazja. Dosyć czekania, bo potem może być za późno...




Cztery godziny później deszcz przestał padać, więc dziewczyna wyszła na zewnątrz. Zawsze lubiła zapach deszczu, jednak teraz miała wrażenie, że wdycha do płuc zapach śmierci. Nikogo nie zauważyła. Już po pierwszych krokach miała ubrudzone buty, ale nie zatrzymywała się. Z jakiegoś innego namiotu wyszła Ginny. Zauważywszy Hermione, podeszła do niej.
- Widziałaś może Harry'ego? - zapytała. Wyglądała na przejętą.
- Nie...
- A Freda?
- Nie od... od pogrzebu. Czemu?
- Bo zniknęli. Nikt ich nie widział - odparła, a słowa odbiły się echem w głowie gryfonki...


"Istnieje zapach... Zapach śmierci...
6 rodzaj zmysłu. Widać go w oczach osoby,
którą upatrzyła sobie śmierć. 
Można poczuć jak odchodzi z człowieka życie.
Tylko poczuć i po prostu zaakceptować."


Długo nie pisałam i teraz dodałam taki krótki rozdział, ale naprawdę mam mało czasu. W dodatku zajęłam się askiem, na którego serdecznie wszystkich zapraszam: 
http://ask.fm/TajemniczaKsiezniczka77
Postaram się pisać częściej, ale mam nadzieje, że rozumiecie mnie i wybaczycie. Już niedługo będzie się działo, więc DO ZOBACZENIA! Koomeentuujcie, bo to też pomaga!

czwartek, 1 października 2015

LBA!!! #2

Dostałam drugą nominację od "MonaVeerax3" z bloga http://magiczny-swiat-rachel-trust.blogspot.com/2015_08_01_archive.html serdecznie zapraszam, bo jest świetny! 

Oto pytania:

1. Twój ulubiony przedmiot w Hogwarcie?
Hm... Chyba obrona przed czarną magią... 

2. Twój ulubiony przedmiot w szkole?
Zajęcia artystyczne, albo godzina wychowawcza :D

3. Czy masz rodzeństwo?
Mam! Młodszego brata i starszą siostrę. 

4. Twój ulubiony kolor?
Czerwony <3

5. Jak nazywa się twój najlepszy przyjaciel?
Mam nadzieję, że słowo "przyjaciel" oznacza albo dziewczynę, albo chłopaka, bo odpowiadam:
Monika, więc jeśli chodziło o jakiegoś chłopaka, to przykro mi Monia - zmieniasz płeć. 

6. Czy chciałabyś uczyć się w Hogwarcie?
A czy ktoś normalny by nie chciał?

7. Masz jakieś konkretne plany na przyszłość?
Jak to mówi mój kolega z klasy: "Tak, chcę być szczęśliwym człowiekiem".

8. Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?
Niby zawsze odpowiadam, że tak, ale miłość to nie jest wygląd, a jak się kogoś widzi po raz pierwszy to się go raczej nie zna... 

9. Mogłabyś mi polecić jakiś dobry blog o tematyce Fremione?
Gdybym tylko znalazła ten, który ja kiedyś czytałam...

10. Jaki jest twój styl ubierania się?
Ubieram się różnie, tak jak mi się podoba. Raz cała na czarno, spodnie, skórzane kurtki, najczęściej koturny... Pfff... nie wiem. Nie myślę o tym :P


Na razie nikogo nie nominuję, ponieważ nie czytam blogów a jak tak, to sporadycznie. Dziękuję za drugą nominację i czekam na następne, chociaż na nie nie zasłużyłam przez to co ostatnio robię. Pewnie jesteście wściekłe, że nie dodaję rozdziałów, ale po pierwsze za bardzo nie mam kiedy, po drugie mało komentarzy bo pewnie wy też nie macie czasu czytać, a po trzecie MAM MIESIĄC, ŻEBY NAPISAĆ JESZCZE 120 STRON KSIĄŻKI NA KONKURS!!! Zabijcie mnie od razu... Ale postaram się dodać niedługo, tylko bądźcie cierpliwe i dajcie znak, że jeszcze tu jesteście! Do zobaczenia! 

sobota, 19 września 2015

Ogłoszenia parafialne

Rozdział będzie w następną sobotę, bo jestem zajęta moją kampanią wyborczą. I było bardzo mało komentarzy więc jakoś tak... nie za bardzo mam ochotę pisać. Może przed rozdziałem będzie jeszcze LBA. Miłego weekendu!

sobota, 12 września 2015

Rozdział: 38 "Tu leży serce, które bić przestało"

Witajcie! Po przeczytaniu zostawcie komentarz i nie mówcie, że jestem okrutna, mi też jest smutno... :( P.S. Nowa piosenka - Brother's Lament, posłuchajcie koniecznie. A teraz zapraszam na dół...

"Złożyłeś obietnice
Niedopowiedziany ślub
I chciałbym, żebyś tu był.
Ja jestem powtarzając to teraz.
Będziemy dla siebie
zawsze blisko
Ale nie możesz usłyszeć mnie,
leżąc w ziemi...
Więc niech łzy spadają
Bo ja nie mogę nic zrobić
Niech łzy spadają
I choć przyszłość wydaje się szara
I przyjdą cię zabrać
Niech łzy spadają
I będę leżeć obok ciebie.
Uśmiech zniknął z twojej twarzy,
część mnie umarła..."

Hermiona widziała jak George pada na ziemię i w tej chwili poczuła silne ukłucie w sercu. Wiatr zawiał mocniej, rozwiewając jej potargane już włosy. Z gardła wydarł się krótki krzyk. "Wstań, wstań, wstań! Podnieś się, proszę podnieś! Błagam cię George! Przecież cię nie trafił. Zaklęcie mogło przelecieć obok! George, nic ci nie jest. Podnieś się, tylko się podnieś i będzie wszystko dobrze. Albo może coś ci się stało, ale zaraz ktoś przyjdzie, zaraz ktoś ci pomoże. Nie bój się nic ci nie będzie. Zaraz ktoś tu będzie... ja tu jestem. Do cholery! George! Podnieś się!" - błagała w myślach, jednak chłopak leżał w bezruchu na ziemi. Spojrzała ze łzami w oczach na Saitana, który uśmiechał się. Ogarnęła ją niewyobrażalna furia. Zaczęła krzyczeć, kopać ziemię, wiercić się na wszystkie strony, aby tylko poluźnić węzły, jednak te trzymały mocno.
- Wypuść mnie gnoju! Słyszysz!? Co tak stoisz do cholery! - darła się, szlochając. - Pomóż mu kretynie! Pomóż mu chociaż!
- Za późno - rozłożył ręce. - Nie żyje.
Dziewczyna jednak nie zwracała uwagi na jego słowa. To nie mogła być przecież prawda. Nie chciała w to wierzyć. Nadal szarpała się wściekle, aby zrobić jakikolwiek postęp. Saitan podszedł do niej i złapał za brodę, co ją unieruchomiło.
- Hm... myślę, że tyle na razie wystarczy. Powiedz swoim przyjaciołom, że wrócę, a wtedy nie będzie tak kolorowo.
Granger nie wiedziała o co mu chodzi, nie była wstanie jasno teraz myśleć. Kiedy ją puścił odetchnęła z ulgą nie zdając sobie sprawy z tego, że wstrzymywała powietrze. Chłopak odwrócił się i szedł przed siebie aż w końcu zniknął jej z oczu. Dziewczynie serce waliło jak młotem. Węzły nagle same opadły i upadła na kolana podpierając się rękoma. Chciała krzyczeć, ale nie mogła wydobyć głosu. Teraz widziała wszystko jak w zwolnionym tempie. Fred wyłonił się z zarośli i na jej widok się ucieszył, jednak zobaczył leżącego brata. Zamarł.
Świat na chwilę stanął w miejscu. Chmura zasłoniła słońce i zrobiło się ciemniej, jakby niebo posmutniało. Wiatr ucichł tak, że nawet malutki liść nie odważył się poruszyć. Hermionie wydawało się, że jest gdzieś indziej, że jest nieobecna i tylko to ogląda. Widziała jak Fred podbiega do George'a i rzuca się na kolana. Krzyczy do niego, lecz ten już nigdy nie miał zareagować. Potrząsa nim, aby dał jakikolwiek znak życia, jednak ani drgnie. I tak oto po jego twarzy spływa pierwsza łza. Mimo to nadal wierzy, że to nie koniec. Drżącymi rękoma sprawdza mu puls. Za późno... jego serce przestało bić parę sekund temu. Ostatni oddech został odebrany w brutalny sposób.
Granger ociera ręką twarz. Jej także jest mokra. Nie chce na to patrzeć, ale nie potrafi oderwać wzroku. Fred zaczyna głośno szlochać i powtarzać imię swojego brata.
- Nie odchodź - błaga. - Proszę, nie rób mi tego... George, otwórz oczy, George!
W końcu powoli kładzie głowę na jego klacie, która nie uniesie się już nigdy.
- Nie!!! - krzyczy. - Nie zostawiaj mnie! Proszę, proszę, proszę! Braciszku otwórz oczy... Georgie... No dalej - podnosi jeszcze głowę, aby spojrzeć na nieruchomą twarz. - Proszę - szepcze wylewając kolejne, słone łzy - Nie umieraj... zostań ze mną. Nie możesz umrzeć, nie możesz mnie zostawić. Nie możesz zostawić Ginny... Rona. Proszę cię... Georgie...
Zaciska usta, aby nie krzyczeć z bólu. Spogląda na Hermione, a ona widząc jego zrozpaczoną twarz próbuje coś powiedzieć, otwiera nawet usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Fred bierze brata w ramiona i przykłada czoło do jego czoła. Oddycha szybko i pociąga nosem. Wpatruje się w twarz najlepszego przyjaciela, który był zarazem jego rodziną i najbliższą mu osobą. Nie może uwierzyć, że ten już nigdy się nie zaśmieje, że nie dokończy za niego zdania i nie wymyśli kolejnego dowcipu. A to wszystko dlatego, że wyszedł przed paroma minutami z namiotu. Jeszcze chwilę temu z nim rozmawiał, próbował jakoś pocieszyć. Teraz nie żyje. Kiedy sobie to uświadomił, jego serce rozpadło się na kawałki i stracił wszelką chęć do życia. Łza spływała za łzą, a szloch wyrywał się gardła.
Z każdą chwilą zza zarośli wyłaniało się więcej postaci. Hermiona siedziała na ziemi i płakała, kiedy Ron padł koło Freda. Wkrótce zjawiła się też Ginny, która zaczęła tak żałośnie chlipać, że serce pękało. Inni stali i zakrywali dłonią usta. Nie pytali na razie jak do tego doszło, chociaż każdy domyślił się, że ktoś rzucił na niego zaklęcie. Bliźniak nadal trzymał brata i nie zwracał uwagi na otaczający go świat. Stracił właśnie połowę duszy i serca. Nie wyobrażał sobie życia po czymś takim. Hermiona wiedziała, że będzie musiała opowiedzieć o tym, co zaszło. Wiedziała, że Fred będzie słuchał, kiedy opisze śmierć Georga. Nadal w to nie wierzyła. Nie była wstanie zmusić się, do wstania. Nie mogła się poruszyć, lub cokolwiek powiedzieć. Wszystko wydawało się takie szare... martwe. BO OTO STAŁO SIĘ. Jej przyjaciel nie żyje. Nie potrafiła sobie wyobrazić co w tej chwili czuje Fred. Złość na morderce, przepadła wraz z jego zniknięciem. Kiedy Saitan odchodził, mogła go zaatakować, pobiec za nim, wyżyć się. Ale nie zrobiła nic i teraz była bezsilna. To w tym wszystkim było najgorsze... Bezradność.

~o~

Wiatr błądził cicho między drzewami obserwując wszystko z bezpieczniej odległości. Niejedna osoba w tej chwili chciała zamienić się z nim rolami. Nie widzieć tego widoku, nie czuć tych uczuć. Nawet słońce jak tchórz schowało się za chmurami, które zaczynały płakać. Kropla, po kropelce wsiąkała w ziemię, w której już niedługo miał być pochowany przyjaciel, syn, stróż, uczeń, brat... Nie zasłużył na taką śmierć... Nie zasłużył na taki pogrzeb. Wszyscy zgromadzeni na polanie, w okół wykopanego przez kilku chłopaków dołu, wiedzieli o tym. Żaden z nich, niestety, nie mógł zrobić nic, aby George miał ostatnie pożegnanie, na jakie zasłużył. Nie było tu ani jego rodziców, Bill'a, Percy'ego, Charlie'ego, ani wszystkich przyjaciół. Molly i Artur Weasley nawet nie wiedzieli, że ich syn nie żyje... Kolejna bolesna rzecz - ktoś będzie musiał im o tym powiedzieć. Ktoś musiał ich poinformować, że już nigdy nie wyślą na święta do Hogwartu swetra z literą "G". Już nigdy nie nazwą Freda "Gred", a George'a "Forge". Tylko od jednego będą wymagać opiekowania się Ronem i Ginny. Jeden będzie zasypiał w pokoju na piętrze, w którym drzwi tak strasznie skrzypią. I mimo, że każdy czasem nienawidził ich żartów, wszyscy będą za nimi tęsknić. I prawdopodobnie nikt z rodziny nigdy nie odczuje jego straty równie boleśnie, jak Fred.
Dochodziło południe, jednak na niebie było szaro jak w wieczór. Padał lekki deszcz, więc nie było widać łez. George wyglądał, jakby spał, z tą różnicą, że jego klatka piersiowa już się nie unosiła. Wszyscy wpatrywali się w ziemię, oprócz jego rodzeństwa, nauczycieli i przyjaciół. Ron ściskał mocno rękę Ginny, która zużywała kolejne chusteczki. W rękach trzymali różdżki, tak jak wszyscy. Dumbledore stał przed zmarłym ze smutną miną. Za chwilę miał przemówić. Jako dyrektor nie powinien był do tego dopuścić. Jednak stało się. Wszystko co mógł teraz zrobić, to wyprawić mu możliwie jak najlepszy w tych warunkach  pogrzeb.
- Dziś - zaczął donośnym głosem. - Nasz przyjaciel odszedł z tego świata. - Jego głos przebijał się przez ciche postukiwanie kropel i niósł przez gęstwiny i drzewa, gdzie siedzieli ci, którzy nie mieli odwagi przyjść. Wśród nich był Draco Malfoy... - Dołączył do niezliczonych ofiar wojny. Ich dusze krążą po świecie, szukając swoich rodzin... Aby je wesprzeć... Aby nad nimi czuwać... Twój duch na zawsze pozostanie w naszych sercach... - Dyrektor zrobił dłuższą przerwę, aby słowa przed chwilą przez niego wypowiedziane, utkwiły w głowach podopiecznych i zamieszkały w ich pamięci. - Byłeś dobrym człowiekiem, za którym tęsknić będzie niezliczona ilość osób... Byłeś człowiekiem, po którym słuch nie zaginie. Mimo że twoje ciało już nigdy się nie poruszy, a twoje usta już nigdy się nie zaśmieją... Twoja dusza będzie z nami na wieki! - Ginny nie wytrzymała i schowała głowę w ramionach Rona, z trudem powstrzymując szloch. Harry przybliżył się do niego i chcąc dodać mu otuchy, położył rękę na jego ramieniu. - Żegnaj George'u Weasley'u! - zakończył Dumbledore. Wyciągnął rękę w górę i wystrzelił białe światełko do nieba, jako symbol ostatniego pożegnania. Reszta zrobiła to samo.    





Kilku chłopaków podeszło do martwego George'a, złapali za deski, na których leżał i powoli opuścili do wykopanego dołu. Angelina Johnson uwiesiła się na Lee Jordanie, mocząc jego koszulkę łzami. Kilka osób spojrzało w ich stronę, kiedy usłyszeli jej płacz, jednak Fred stał spokojnie wpatrując się w brata bliźniaka. Hermiona widziała jak zaciska pięści. Widział to on i ona też, że nie można już nic zrobić. 
Tyle zaczerwienionych oczu wpatrywało się, jak zakopują jego kolegę. Po paru minutach w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą leżał, stał nagrobek. Na kamieniu powoli pojawiały się złote litery pokazujące datę jego narodzin, oraz dzisiejszą... jego śmierci. U góry widniało:
  
"George Weasley,

Co było najdroższe
W tym grobie się mieści..."

Ginny uklękła przy grobie, wyciągnęła różdżkę i wyczarowała jedną, czarną różę. Spuściła głowę i zakryła twarz rękoma. Po kilku sekundach dołączyli do niej bracia. 
Z każdą chwilą ludzie odchodzili do swoich namiotów. Gdzieś w oddali dało się słyszeć grzmoty. Za plecami rodzeństwa stał Harry. Hermiona podeszła do niego i przytuliła. Nie było tu miejsca na słowa, lecz na smutne spojrzenia. Po półgodzinnym staniu, wszyscy byli mokrzy i zmarznięci. Kiedy dziewczyna odsunęła się od przyjaciela, ten podszedł do Rona obejmującego Ginny i złapał ją za rękę. Rudowłosa rzuciła mu najsmutniejsze spojrzenie jakie dotychczas widział, jednak po chwili wstała i dała się poprowadzić chłopakowi do obozowiska. Ron za to poczuł niepohamowaną chęć rozwalenia czegoś. Szybko wstał z zaciśniętymi pięściami i kopnął najbliższy kamień. Zaraz tego pożałował, bo zapiszczał jakby ktoś wbił mu tam nóż. 
- Arrr! - zdenerwował się łapiąc za stopę. 
- Nic ci nie jest? - Hermiona podeszła do niego, ale gdy tylko złapała go za ramię, ten wyszarpał się. 
- Nie! - krzyknął. - Wszystko jest w jak najlepszym porządku! 
- Ron! - kilka metrów dalej stał Neville. Powiedział to stanowczo i dobitnie, tak, że rudzielec trochę się uspokoił. 
- Przepraszam... - szepnął. - Ja tylko...
- Dobrze - uśmiechnęła się dziewczyna. - Już dobrze... - Przytuliwszy go, zaprowadziła z Neville'm do namiotu, w którym Luna opatrzyła mu złamany mały palec u nogi. Na dworze rozpadało się już na dobre. Niebo robiło zdjęcia z fleszem i oświetlało nowy grób, przy którym klęczała tylko jedna osoba... W okół było pełno błota, pomiędzy drzewami czaiła się ciemność skrywająca swoje sekrety. Fred nie przejmował się tym, że cały się trzęsie. Mógł nawet zachorować i umrzeć. Wszystko jedno. Albo nie... ktoś musiał zapłacić za śmierć jego brata. Tylko to trzymało go jeszcze na ziemi. Jego palce zaciskały się mocno w okół różdżki tak, że paznokcie wbijały mu się boleśnie w skórę. Nie obchodziło go to. Ciągle miał nadzieje, że George zrobił mu wielki kawał... 
Z jego ust wydobywała się para, w końcu była zima. Wydawać by się mogło, że z tego miejsca uleciało życie. Chłopak wiedział, że jego dusza tak naprawdę umarła. Już nigdy nie będzie tym, kim był. Nikt nie będzie wspierał go tak jak George. Nikt nie będzie z nim żartować. Już nic nie będzie tak, jak dawniej. Nie wyobrażał sobie przyszłości. Nie chciał przyszłości. Jego umysł powtarzał w kółko tylko dwa słowa... ZEMSTA i ŚMIERĆ.   


"Nie martw się Freddie... Zmierzam do nieba.
Skąd to wiem? Ponieważ jesteśmy Świętym Duchem.
Łapiesz? Bo ty jesteś święty, a ja jestem... nieżywy.
...Proszę nie płacz."




"Powiększył grono aniołów..."

sobota, 5 września 2015

Rozdział: 37 "Złe miejsce, dobre intencje"


"Nigdy nie łudź się,
że ktoś usłyszy nieme 
wołanie o pomoc. 
To żałosna strata czasu..."

- Saitan... - powiedziała Hermiona stojąc w zaroślach przed nieziemsko przystojnym chłopkiem.
- Mi ciebie też miło widzieć - odparł. - Nie krzyczysz? Nie wzywasz pomocy?
- I tak zdążyłbyś mnie zabrać, albo zabić - oznajmiła. Starała się nie poznać po sobie, że serce skacze jej jak szalone ze strachu. Stała w bezruchu z pokerową twarzą.
- Mądra dziewczynka - uśmiechnął się. Był rozluźniony i bawiła go ta cała sytuacja. - Szkoda, że uciekłaś mi z tamtego zamku... mogła być naprawdę niezła zabawa - mówiąc to, powoli się do niej zbliżał. Ona nawet nie próbowała drgnąć. Miała tylko nadzieję, że zaraz cały obóz będzie się budził i zauważą jej zniknięcie.
- Przez zabawę rozumiesz rozszarpanie przez wampira? - mruknęła.
- Oh.. daj spokój - zatrzymał się tuż przed nią. - Chyba nie gniewasz się o to?
Hermiona nie odpowiedziała. Lewą ręką próbowała sięgnąć do tylnej kieszeni po swoją różdżkę.
- Słuchaj... trochę kiepsko wyszło - kontynuował - ale wierzę, że jeśli nie będziesz wykręcać numerów, nie będę zmuszony cię zabić.
- Więc co chcesz ze mną zrobić? - Granger już trzymała za rękojeść i powoli ją wyciągała. Musiała teraz wybrać odpowiedni moment...
- Eh... - westchnął i odwrócił głowę w lewo. To była dla niej doskonała chwila. Szybko przełożyła rękę przed brzuch, ale w połowie zaklęcia "DRĘTWOTA", chłopak złapał ją mocno za dłoń, aż puściła różdżkę.
- Naprawdę myślałaś, że to ci się uda? - warknął robiąc krok do przodu, przez co prawie dotykali się czubkiem nosów. Cały czas trzymał ją mocno za obie ręce. Chociaż była zima i wszyscy uciekali przez chłodem, w okół nich zrobiło się gorąco. Dziewczyna nie mogła być w tej chwili pewna swoich przyszłych 5 minut. - Chciałem być dla ciebie delikatny, chciałem cię nawet oszczędzić, wiesz? Ale nie zostawiasz mi wyboru. - Powiedziawszy to szarpnął ją mocno i po chwili zniknęli wśród roślin i drzew...

~o~

- Jak tam Freddie? - zapytał rudzielec siedząc na swoim posłaniu i zapinając koszulę. Brat nie odpowiedział tylko przeszedł obok z posępną miną. - Co jest? Gdzie byłeś? 
- Nigdzie - odparł siadając i zdejmując bluzę. - Niedaleko stąd jest obóz. Inni uczniowie żyją i wkrótce się z nimi spotkamy. 
- To dobrze, prawda? - George ostatnio prawie z nim nie rozmawiał. Wiedział, że u Freda działo się coś złego, ale wolał się nie mieszać. Jednak teraz wstał i usiadł obok niego. - Wszystko w porządku? O co chodzi?
- O nic, wszystko gra - próbował go zbyć, jednak ten się nie poddał. 
- Przecież widzę... a w dodatku jesteś moim bratem bliźniakiem. Wiem kiedy u ciebie coś się dzieje. A teraz to nie jest nic dobrego... i nie mówię tu o wojnie - dodał kiedy Fred otworzył usta, żeby odpowiedzieć. - Chodzi ci o jakąś dziewczynę, co nie? Z nimi zawsze są problemy - uśmiechnął się. - Amber? Angelina?
Fred spojrzał na niego z politowaniem. Zawsze byli nierozłączni, jednak ostatnio każdy z nich miał swój własny świat. Jednak kiedy tylko coś się działo, a byli osobno, martwili się, czy nic drugiemu się nie stało. Zawsze sobie dokuczali i sprawiali niemałe problemy rodzicom - walczyli o wszystko, ale również żartowali z innych, założyli też biznes, żeby pomagać w szkole. Lubili ze sobą spędzać czas, choć czasami wkurzali się, że jeden kończy zdanie za drugiego, dzięki czemu tamten zdobywa pochwałę. Eksplozje dobywające się z ich sypialni nie były niczym niezwykłym. Ponadto uwielbiali dokuczać Percy'emu, starszemu bratu i Ronowi. W wieku pięciu lat, Fred zdenerwował się na Rona i w akcie zemsty za zniszczenie zabawkowej miotełki - przemienił misia braciszka w gigantycznego pająka, wywołując u Rona arachnofobię. Niedługo później dał Ronowi cukierek, który wypalił dziurę w języku chłopca. Kiedy on i George mieli siedem lat, prawie nakłonili Rona do złożenia wieczystej przysięgi, której zerwanie wiąże się ze śmiercią. W pewne Boże Narodzenie, bliźniacy wrzucili swojej ciotce Muriel łajnobombe. Incydent bardzo ją rozzłościł. Zaniechała zwyczaju obchodzenia Bożego Narodzenia w Norze, ich domu, za co rodzeństwo było im wdzięczne. Fred już od najmłodszych lat interesował się quidditchem i często rozgrywał mecze ze swoimi braćmi w domowym sadzie. Już na pierwszym roku w Hogwarcie znaleźli się w stanie wojny z Argusem Filchem. Próbowali się też dostać do Zakazanego Lasu, jednak za każdym razem uniemożliwiał im to Hagrid.  Mieli przyjaciół w swoim wieku np. Lee Jordan'a, Alicje Spinnet, która kiedyś podczas finałowego meczu ze Stytherinem zdobyła gol na 20:0 dla Gryfonów. Później zawodnik przeciwnew drużyny, Bole uderzył Alicję w twarz pałką i tłumaczył się, że pomylił dziewczynę z tłuczkiem, a zaraz potem George zdzielił go łokciem w twarz. Obie druzyny dostały rzut wolny, ale tylko Gryfoni go wykorzystali. Harry wkrótce potem zakończył mecz złapaniem znicza i Gryffindor zdobył wreszcie puchar. Przyjaźnili się również z Angeliną i innymi uczniami, z którymi się wałęsali, żartowali itp. ale trzymali się też z Harry'm Hermioną i Ronem, oraz ich przyjaciółmi. W jakiś sposób nawet brali za nich odpowiedzialność, ponieważ byli starsi.
Fred pamiętał, że George mu bardzo dużo pomagał. Kiedyś uciekł z domu w nocy, żeby iść z dziewczyną na imprezę. Oczywiście ich mama mu zabroniła, jednak nie zwracając na to uwagi, wymknął się z domu. Molly Weasley jednak obudziła się w nocy, co często robi i poszła napić się wody. Weszła do pokoju bliźniaków i kiedy zobaczyła, że jednego nie ma - wściekła się. George powiedział, że jest Fredem, bo wiedział, że brat już sobie trochę nagrabił u niej i wziął winę na siebie. Dlatego też Molly ukarała Georga i przez miesiąc musiał zmywać. On dopiero niedawno powiedział o tym bratu, bo nie chciał się przyznać, że to przez jego głupotę, otóż Fred przed wyjściem kazał mu zamknąć za sobą okno, żeby mama się nie domyśliła. Ten jednak zamiast wstać i to zrobić - usnął. A dziewczyna Freda i tak z nim zerwała tamtej nocy, ponieważ trochę się napił i podrywał inne. 
- Hermiona - odpowiedział smutno. 
- Oh... czyli jednak to co o niej mówiłeś... to, że ją chyba kochasz...
- Tak. - Mogli swobodnie rozmawiać, ponieważ w ich namiocie już nikogo nie było. Wszyscy wstali i poszli na poranną toaletę. George nigdy nie lubił rano wstawać i gdyby nie Fred, kiedyś naprawdę by mu się dostało. Było to rok temu. Ginny poszła do koleżanki na noc, Ron został na święta razem z Harry'm w Hogwarcie, a rodzice zostali zaproszeni na mugolskie przyjęcie, które miało trwać całą noc. George przyprowadził sobie do domu jakąś dziewczynę z Ravenclaw'u, dlatego Fred musiał spać w pokoju Ginny w łóżku, z którego nogi mu wystawały. Dlaczego nie w pokoju Rona? Ponieważ chłopak miał taką obsesje na punkcie Hermiony, że zamykał pokój na klucz. Oczywiście bliźniacy mogli go łatwo otworzyć, jednak bali się zobaczyć co tam jest, mogli mieć przecież traumę do końca życia. Fred wstał wcześnie rano. Do powrotu rodziców zostało pół godziny, a w ich wspólnym pokoju George był z dziewczyną. Molly i Artur jednak wrócili szybciej i gdyby Fred ich nie zagadał, zobaczyli by jak obca dziewczyna ucieka z domu przez okno.
- A czy ona... - brat drążył temat.
- Czy mnie kocha? - dokończył Fred.
- Tak...
- Pamiętasz, jak Hermiona była na drugim roku i powiedziała Draco, że wkupił się w drużynę Slytherinu? Nazwał ją wtedy brudną szlamą, a my pobilibyśmy go, gdyby nie wtrącił się Flint. Zawsze ją broniliśmy i ona należała do osób, które się nie zawsze z nami zgadzały i mówiła to wprost, a sam wiesz, że było takich niewiele. Zawsze groziła nam, że napisze do matki. Traktowałem ją jako zwykłą przyjaciółkę, ale już nie... A Draco ten sukinsyn, który zawsze naśmiewał się z naszej rodziny, teraz myśli, że może tak sobie po prostu się z nią zaprzyjaźnić? Ten drań zawsze nabijał się z Rona i z nas, ale my sobie z tego nic nie robiliśmy. Chociaż... pamiętasz wtedy jeden z meczów quidiitcha? Kiedy tak się wkurzyliśmy, że ty i Harry rzuciliście się na niego. Ja też chciałem, ale przytrzymały mnie dziewczyny. Nie cierpię tego dupka i nie wiem co knuję, ale jeśli jeszcze raz się do niej zbliży to dostanie, a jeśli ją skrzywdzi to przysięgam, że zabije go własnymi rękami.
Chłopak wstał i sięgnął po spodnie.
- Okej... to ja muszę iść w krzaczki a ty postaraj się niczego nie rozwalić - roześmiał się słabo brat, aby trochę rozładować atmosferę.
- Ta - mruknął drugi.

~o~

George wyszedł trochę poza obóz. Wszedł nieco w zarośla, aby móc ulżyć pęcherzowi. Nie lubił, kiedy jego brat był zły, albo smutny. Wolał kiedy był otwarty i miał poczucie humoru. Jednak długo tego u niego nie widział To przez tę wojnę. Jeszcze w szkole należeli do najbardziej lubianych uczniów. George sądził, że Fred zawsze odznaczał się cechami charakterystycznymi dla Gryffindoru: odwagą, prawością i szlachetnością. Nie bał się podejmowania ryzyka. Wykazywał też tendencję do lekceważenia wszystkich zasad, chociaż powtarzał, że zawsze wie, gdzie jest granica i kiedy powinien wyhamować. Niby byli identyczni, on wiedział, że jego brat w wielu sytuacjach okazywał się bardziej śmiały i sarkastyczny niż brat bliźniak. Był też bardziej bezwzględny w stosunkach do wrogów i ofiar dowcipów, których nie lubił. Czasem nawet potrafił być okrutny... Jednak ludzie, którzy nie zasłużyli na bycie ofiarą żartu, mogli dostać od niego dużo współczucia. Zawsze szybciej darował wszelkie urazy, o ile druga strona dawała wyraz swojej skruchy. Kiedy ich matka kiedyś ciężko zachorowała, nie mogli wejść do niej do szpitala. Pielęgniarka uświadomiła im, że to zbyt ryzykowne, jednak Fred kłócił się o to najdłużej. Zawsze był bardziej zawzięty niż wszyscy Weasley'owie. Kiedy oglądali finał Pucharu Świata w Quidditchu postawili swoje oszczędności na to, że Irlandia wygra, ale to Bułgarzy zdobędą znicz. Mimo iż wytypowali właściwie, przyjmujący zakłady Ludo Bagman nie oddał im pieniędzy. Fred był wściekły i zasugerował, by zaszantażować Bagmana, ale George stwierdził, że posunęli by się za daleko...  
Z zamyślenia wyrwał go szelest jakichś kroków i ciche syknięcie. Zapiął więc rozporek, po czym rozejrzał się dookoła. Nikogo nie było widać, jednak był pewien, że nie przesłyszało mu się. Zrobił kilka kroków przed siebie, kiedy usłyszał z lasu cichy, wściekły głos.
- Rusz się, nie mam na ciebie całego czasu. A mógłbym, gdybyś nie robiła głupstw. 
Rudzielec skądś znał ten głos, ale nie potrafił go teraz zlokalizować. Domyślił się, że nie jest to na pewno przyjazna pogawędka, więc rzuciwszy zaklęcie, aby nie było słychać jego kroków, ruszył w tamtą stronę. 

~o~

- Gdybyś mnie nie związał, nie bolały by mnie ręce - stwierdziła. - Widzisz? Nikt z nas nie dostanie tego, czego by chciał. 
Saitan podszedł bliżej drzewa do którego była przywiązana. 
- A tak właściwie... - zaczęła znowu - to dlaczego tak po prostu mnie nie zabijesz? Nie jesteś głupi. Dobrze wiesz, że z każdą minutą rośnie szansa, że ktoś nas zobaczy. 
- A wtedy go zabiję. A ty musisz mi wyjawić parę sekretów - odpowiedział z zadowoleniem. - Ty też nie jesteś głupia. Wiesz... naprawdę miałem nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. 
- Zaprzyjaźnimy? - powtórzyła kpiącym głosem. - Jesteś synem Voldemorta! Zabijasz ludzi! 
- Oh... chcesz mi powiedzieć, że ty nikogo nie zabiłaś? - sztucznie posmutniał.
To zamknęło dziewczynie usta. Wiedział co ją ukłuje, ale chwila... skąd on to wiedział?
- Skąd ty to... - zaczęła, ale ktoś nagle rzucił zaklęcie zza krzaków. Jednak Saitana wcale to nie zaskoczyło i zaraz po zaklęciu "Expelliarmus", z jego ust wydobyły się słowa "AVADA KEDAVRA"... 

Hermiona widziała jak George pada na ziemię...  
 

"Nie przywiązuj się zbytnio
ani do rzeczy, ani do ludzi,
bo z ich stratą i Twój uśmiech może 
zniknąć..."

wtorek, 1 września 2015

Rozdział: 36 "Witaj znów"


"Są takie skrzydła, 
które wyrastają z naszych
cierpień."

Blondynka weszła bardzo cicho do namiotu. Poruszała się ostrożnie, aby nie nadepnąć przypadkiem na któregoś z jego kolegów. Kiedy w końcu dotarła do jego posłania, przykucnęła, złapała go za ramię i potrząsnęła. Był słodki jak spał, ale nie miała czasu mu się przypatrywać.
- C.. co jest grane? - wymruczał zaspanym głosem. Kiedy ją zobaczył, przetarł oczy ręką, aby widzieć lepiej, chociaż i tak nie było zbyt jasno.
- Cii - uciszyła go. - Wstawaj, wytłumaczę ci na zewnątrz. - Dziewczyna odwróciła się już i zmierzała w kierunku wyjścia.
- Ale o co chodzi? Co ty tu robisz? - Fred nie wiedział co się dzieje. Tak dawno ze sobą nie rozmawiali, w ogóle to ostatnio nawet jej nie widział, a tu nagle przychodzi w środku nocy i każe mu wyjść. Nie otrzymał odpowiedzi, bo dziewczyna już wyszła. Będąc w samych bokserkach, złapał bluzę i wyszedł na zewnątrz. Wstrząsnęło nim przenikliwe zimno, ale no cóż... była zima. Miał nadzieje, że nie zabawi tu długo. - O co chodzi? - powtórzył zakładając bluzę.
- Cześć Fred, ciebie też miło widzieć - przekręciła oczyma.
- Cześć Amber - westchnął zapinając zamek pod samą szyję.
- Przed chwilą rozmawiałam z Dumbledore'm...
- Ale gdzie byłaś przez ten cały czas? - przerwał jej.
- Ta... dzięki za troskę. Niedaleko stąd rozbiliśmy obóz. Ja i inni uczniowie. Rozdzieliliśmy się uciekając z Hogwartu. Szliśmy bardzo długo, a po drodze zauważyliśmy coś dziwnego.
- Ale dlaczego to wszystko mi mówisz?
- Powiedziałam już Dumbledore'owi, ale chciałam... - spuściła wzrok i na chwilę zamilkła. - Chciałam cię zobaczyć. Jesteś jedyną osobą, o której ciągle myślałam.
- Amber - chłopak westchnął. Tak naprawdę to nigdy nie powiedział jej, że kocha kogoś innego. Ale jak miał jej to teraz powiedzieć? Tak po prostu? No dobra niech będzie, im szybciej tym lepiej - Amber ja... 

~o~

Harry obudził mnie lekkim szturchnięciem. Przez sen nie czułam zimna, jednak kiedy otworzyłam oczy, przeszyło mnie do kości. On też zmarzł, bo jak wstawał cały był sztywny. Nie wiem ile tak spałam na jego ramieniu. Kiedy podnosiłam moją różdżkę, zauważyłam na ziemi popiół. Zdziwiona zapytałam o to mojego przyjaciela. 
- Co się stało?
- Nie wiem - pokiwał głową. Nagle zamarzł. Po prostu stanął w miejscu i ani drgnął. 
- Harry...? - zaniepokoiła się Hermiona. - Co ci jest? - Spojrzała w stronę, w którą patrzył, ale nie zauważyła niczego szczególnego.
- Ktoś tam leży - szepnął.
- Co?
- Ktoś tam leży... - przyjaciel powoli podszedł w miejsce, w które się wpatrywał. Przeszedł przez jakiś krzak i dotarł do nieruchomego ciała. Dziewczyna podążyła za nim. 
- Blaise? - zdziwiła się. Podeszła bliżej. - Przecież to Blaise Zabini ze Slytherinu. Kolega Draco. Co mu się stało? Krwawi? 
- Nie... wygląda na to, że wszystko w porządku. - Wybraniec zmierzył mu puls. I sprawdził jego stan. - Oddycha - wyprzedziła go dziewczyna. Trzeba kogoś zawiadomić, albo przynajmniej zanieść do namiotu. 
- Jest napity - oznajmił wstając. - Chyba nieźle się bawili.
- Bawili? Kto? - zainteresowała się.
- No Draco i ta cała jego banda. Przecież nie robią sobie z tego nic czy pokonamy Voldemorta, czy nie. W sumie to im wszystko jedno. Chociaż jak on mnie zabije, to staną się ważniejsi. 
- Przestań tak mówić Harry. Wcale tak nie myślisz. Jesteś zmęczony, powinniśmy się położyć. Ale musimy go zabrać, bo inaczej tu zamarznie. 
- Dobrze. Weź go za nagi. - Harry obszedł go i złapał za ramiona, po czym na "raz, dwa, trzy", podnieśli go. 

~o~

Nie zdążył dokończyć zdania, ponieważ zza krzaków wyłoniła się Hermiona z Harry'm, którzy trzymali kogoś za ręce i nogi. 
- Yy ja... - zaciął się. Amber, która stała na przeciwko niego, teraz odwróciła się, aby zobaczyć na co patrzy. Rudzielec modlił się tylko, aby blondynka nie zrobiła nic głupiego, aby jego ukochana nie pomyślała sobie, że ją zarywał. - Co się stało? - Kiedy w końcu się otrząsnął, wyminął Amber i podszedł do przyjaciół. Hermiona zlustrowała go wzrokiem od góry do dołu i nagle zarumieniła się. W pierwszej chwili nie wiedział o co jej chodzi, ale kiedy Harry chrząknął, uświadomił sobie, że stoi w bokserkach i bluzie. Nie wiedział co teraz zrobić, czy odwrócić się, czy odejść, ale nie chciał ich tak zastawiać. 
- Harry! - wykrzyknęła Amber, która wyłoniła się zza pleców Weasley'a. - Miło was widzieć... 
- Amber? Co tu robisz? - zapytał wybraniec. Też nie pamiętał kiedy widział ją ostatni raz. 
- To dłuższa historia, właśnie opowiadałam Fredowi jak...
- To bardzo ciekawe Amber - wtrąciła się Granger - ale nie mamy na to czasu. Musimy go zanieść do jego namiotu. Fred, mógłbyś pomóc? Jest cięższy niż wygląda. 
- Jasne - przytaknął i zabrał się do pracy. Kiedy Blaise leżał już w swoim namiocie i wyszli na zewnątrz, Harry postanowił bliżej się przyjrzeć popiołowi, więc wrócił w tamto miejsce, a w Hermionie wezbrał gniew na Freda, za to, że jest takim idiotą. Sam nie wiedział czego chciał. Raz mówi, że ją kocha, potem coś jest nie tak, później ją całuje, teraz ma coś z Amber. Miała już tego dość. Wiedziała, że jej szuka, jednak nie chciała z nim gadać. Może popełniała błąd, ale działała pod wpływem uczuć. Robiło się już jasno, więc nie było sensu się kłaść. Poszła się przejść. Wdychała chłodne powietrze, obserwowała ptaki, które rozpoczynały swój dzień. I znowu rutyna, znowu walka o przetrwanie. 
Ziemia pod stopami była twarda, broniła się jak tylko mogła przed mrozem. Każdy radził sobie jak tylko mógł. Dobrze, że miała swoich przyjaciół. Z rozmyślenia wyrwały ją odgłosy kroków dobiegających niedaleko. Ktoś się tu zbliżał. Pojawił się szybciej niż myślała, kiedy zobaczyła kto to, wiedziała już dlaczego. 
- Co ty tu robisz? - powiedziała przerażona i cofnęła się o krok.
- Witaj znów Hermiono Granger.

"Tak naprawdę jak zapałki
łamią się ci, którzy
myślą, że są nie do złamania 
psychicznie."


Witajcie skarbeńki, jak tam pierwszy dzień szkoły? Rozdział nie wyszedł mi, no ale domagaliście się, a więc jest. Nowe pojawiać się będą raczej w soboty, jak coś się zmieni to wam napisze, dziękuję za kolejną nominację, jeszcze dodam post o LBA przed następnym rozdziałem. Nie zapomnijcie skomentować, nawet jeśli rozdział jest okropny. Jeśli jest w miarę... też skomentujcie, a jeśli jest świetny, to skomentujcie dwa razy! :D Do zobaczenia wkrótce!

wtorek, 25 sierpnia 2015

Rozdział: 35 "Szare niebo, marna nadzieja"

Dobra, po pierwsze, to przed chwilą dopiero przeczytałam te wszystkie komentarze i uśmiech mi nie schodził z twarzy! Chciałam dodać rozdział w sobotę, ale postanowiłam, że poczekam, aż będzie więcej komentarzy. I chyba będę tak robić częściej... ;) Bo im więcej komentarzy, tym bardziej chcę pisać! Dobrze to wiecie... I jest nowa piosenka! Ron Pope - A drop in the ocean!! Zakochałam się w niej gdy ją pierwszy raz usłyszałam... <3

No i jeszcze chciałam ddodać, że cytat z poprzedniego rozdziału, ten pierwszy - to nie znaleziony w necie tylko wymyślony przeze mnie! :D

Po drugie - cieszę się, że jest więcej nowych czytelników. Więc jeśli jesteś nowy - SKOMENTUJ, jeśli jesteś starym - TEŻ SKOMENTUJ!

Po trzecie - dziś 25 sierpień! A wiecie co to znaczy? Dokładnie rok temu opublikowałam pierwszy rozdział! Jestem dumna z tego i nie żałuję, tylko ubolewam nad tym, że w rok udało mi się zdobyć tylko max 15 komentarzy pod wpisem i to jeszcze bardzo rzadko... No, ale cóż... Świadczy to o tym, że muszę jeszcze pracować, pracować i pracować. A więc zapraszam na dół!

"Cisza przyjacielu,
rozdziela bardziej niż przestrzeń. 
Cisza przyjacielu nie przynosi słów,
cisza zabija nawet myśli..."

Hermiona cały czas kręciła się na swoim posłaniu. Nie mogła zasnąć od jakiejś godziny. Od kiedy zakończyła rozmowę z Draco, cały czas o nim myślała. Miała przed oczami jego twarz, tak bardzo rozczarowaną i smutną. Było jej przykro, że to wszystko tak wyszło... tym bardziej, że od jakiegoś czasu przyłapywała się na myśleniu o nim. Wiedziała, że jej na nim zależy, ale nie wiedziała jak. Musiała teraz porozmawiać z Fredem. Przecież całowali się i w ogóle. Dziewczyna miała pewność, że będą razem, ale... Nie cieszyła się. Oczywiście na myśl, że jej marzenia się spełnią, serce podskakiwało jej z radości, jednak nie wyobrażała sobie, że zdobycie tego doprowadzi ją w miejsce, w którym jest. Co do jednego miała pewność - kochała go. 

~o~

Za dużo sobie wyobrażam i zawsze, kurwa zawsze przez to cierpię. Boli mnie to, że nigdy nie będę cząstką jej świata. Boli mnie to, że nawet nie będę mieć szansy. Boli mnie to, że ona nigdy się nie dowie jaki jestem. Gdyby mnie poznała, może spodobałbym się jej. Ale kurwa nigdy się nie dowie. Boli mnie fakt, że kocha innego. Boli mnie to, że moja prawdziwa miłość nigdy się nie dowie jaki potrafię być. Boli mnie to, że zostanę tam, gdzie teraz jestem. Boli mnie to, że nie spełnię swoich pragnień. Bo wszystkie dotyczą jej. Kurwa boli mnie to! Ale dobra... huj tam ze mną... Ona ma innego, Kocha go. Nie chcę, żeby była smutna, ale widzę jak cierpi. Skoro go kocha, to dlaczego cierpi? Rozpierdala ją od środka. Myśli, że nikogo nie ma. Że nikt jej nie rozumie. Nikt nie wie. Ja wiem. Ale jestem przecież nikim... - Draco kopnął pobliski kamień. - Zależy mi na niej. Nie cholera! Bardzo mi na niej zależy. Dlatego wiem, że ją naprawdę kocham. I zawsze będę kochać. I ten moment, kiedy widzę, że na mnie zerka. Kiedy się do mnie uśmiecha... Zastanawiam się dlaczego to robi? Ten moment, kiedy jesteśmy sami, tak blisko... On nic nie znaczy. Nie dla niej. Kiedy zasypiam, zawsze myślę, o ważnych dla mnie osobach... zawsze myślę o niej. Kiedy się boję, myślę o niej i strach znika. Kiedy za nią tęsknię... nie... na to nie ma lekarstwa. Kurwa tęsknię. Nie powinienem. Przecież mnie nie kocha. Nie mogę spać, bo tam będzie. Kurwa zawsze będzie przy mnie. Chyba tego nie wytrzymam. Mam ją znienawidzić? Nie potrafiłbym, chyba... Może będę jej unikać. Tak.. to chyba jedyny sposób. Zostało mi to, albo śmierć. 

~o~

Granger znowu obudziła się z pięciominutowego snu. Tym razem pożerały ją Tasmańskie Hohliki. Wszyscy przyjaciele z namiotu raczej spali, jednak kiedy przyjrzała się bardziej Harry'emu, dostrzegła jakiś ruch. Nie spał.   



- Hej - szepnęła. - Harry...?  
- Nie śpisz? - odpowiedział jej cicho. 
- Nie... A ty? 
- Nie... 
- Znowu masz te sny?
- Spróbuj spać - odparł po chwili. - Ja się przejdę.
-  Harry - westchnęła.
- Co?
- Pójdę z tobą... - dziewczyna odkryła się i usiadła.
- Tylko się ubierz - polecił wstając. Starali się zachowywać jak najciszej. W końcu wyszli z namiotu. Chłodne powietrze uderzyło ich w twarz. Hermiona okryła się rękoma. Odeszli kilka kroków od namiotu. Niebo stawało się szarawe, mogła być około 7 rano.
- Mamy szczęście, że w tym roku zima nie jest tak mroźna - stwierdziła. Wybraniec nie odpowiedział. Usiadł na ziemi opierając się o drzewo.


- Może gdybym na początku roku powiedział Dumbledore'owi o tych snach, jak mi kazałaś, nie doszłoby do tego wszystkiego.
- Harry... to nie twoja wina - przysunęła się bliżej niego. Stykali się teraz ramionami.
- Przecież wiesz, że widziałem wojnę.
- A ja przed chwilą widziałam Hohliki i?
- Ale ja jestem wybrańcem. Powinienem zabić Voldemorta, a siedzę tu i nie wiem co robić - w jego głosie słychać było załamanie.
- Hej... - dotknęła jego ramienia. - wychodziliśmy już z bardzo niebezpiecznych sytuacji. Teraz też nam się uda. A jesteś tu, ponieważ tutaj masz przyjaciół.
- No właśnie. Nie wiem gdzie jest teraz Voldemort, ale na pewno będzie chciał mnie znaleźć.
- A kiedy cię znajdzie, my go zaatakujemy - uśmiechnęła się. - Damy radę, będzie dobrze.
- Nie wiem... - Harry schował głowę między kolana.
- Nie przejmuj się tym na razie. Wszyscy coś razem wymyślimy.
- Eh...  westchnął, a z jego ust wyleciała para. - A jak u ciebie? Jak się trzymasz po tym wszystkim?
- Jakoś leci... - oparła głowę na jego ramieniu. - Ale chciałabym, aby było tak jak dawniej.
-Tak...

- Harry...? Myślisz, że jeszcze kiedyś będę pomagała Ronowi w odrabianiu pracy? Że będziemy siedzieć w dormitorium przy kominku i śmiać się z włosów Snape'a, albo zgadywać ile lat ma Dumbledore? Że będziemy tylko czytać w gazetach o złych rzeczach? I Luna będzie nam opowiadała dziwne historie ze swojego życia? Że Fred i George będą nam próbowali wcisnąć swoje wyroby?
Wybraniec chwilę nie odpowiadał. Gdzieś tam daleko wschodziło słońce, które zapowiadało nowy dzień, a nowy dzień to nowe nadzieje. Zwierzęta, które nie zapadły w sen zimowy, powoli budziły się, aby walczyć od nowa o przetrwanie i swoją rodzinę, a te, które zasnęły na parę miesięcy - nie mogły wiedzieć, co dzieje się na tym świecie. Ich losy nie zostały jeszcze ustalone. Nie wiadomo było nawet czy się obudzą. Ludzie, potrafiący bardziej się zabezpieczyć, nie wiedzieli co robić z rozszerzającym się złem. Łapali się każdej deski ratunku. Żeby tylko obronić rodzinę, żeby obronić siebie, żeby przeżyć...
- Nie wiem Hermi... Nie wiem... - szepnął, lecz dziewczyna już spała. Harry przytulił ją i spojrzał na horyzont za drzewami. Wdychane przez niego powietrze było chłodne, w górze można było dostrzec maluteńkie płatki śniegu... Nie chwila... to nie były płatki śniegu... To był popiół.


"Kiedy niebezpieczeństwo jest
tak wielkie, że śmierć stała się
nadzieją, rozpacz jest brakiem
nadziei, że można umrzeć..."