sobota, 12 września 2015

Rozdział: 38 "Tu leży serce, które bić przestało"

Witajcie! Po przeczytaniu zostawcie komentarz i nie mówcie, że jestem okrutna, mi też jest smutno... :( P.S. Nowa piosenka - Brother's Lament, posłuchajcie koniecznie. A teraz zapraszam na dół...

"Złożyłeś obietnice
Niedopowiedziany ślub
I chciałbym, żebyś tu był.
Ja jestem powtarzając to teraz.
Będziemy dla siebie
zawsze blisko
Ale nie możesz usłyszeć mnie,
leżąc w ziemi...
Więc niech łzy spadają
Bo ja nie mogę nic zrobić
Niech łzy spadają
I choć przyszłość wydaje się szara
I przyjdą cię zabrać
Niech łzy spadają
I będę leżeć obok ciebie.
Uśmiech zniknął z twojej twarzy,
część mnie umarła..."

Hermiona widziała jak George pada na ziemię i w tej chwili poczuła silne ukłucie w sercu. Wiatr zawiał mocniej, rozwiewając jej potargane już włosy. Z gardła wydarł się krótki krzyk. "Wstań, wstań, wstań! Podnieś się, proszę podnieś! Błagam cię George! Przecież cię nie trafił. Zaklęcie mogło przelecieć obok! George, nic ci nie jest. Podnieś się, tylko się podnieś i będzie wszystko dobrze. Albo może coś ci się stało, ale zaraz ktoś przyjdzie, zaraz ktoś ci pomoże. Nie bój się nic ci nie będzie. Zaraz ktoś tu będzie... ja tu jestem. Do cholery! George! Podnieś się!" - błagała w myślach, jednak chłopak leżał w bezruchu na ziemi. Spojrzała ze łzami w oczach na Saitana, który uśmiechał się. Ogarnęła ją niewyobrażalna furia. Zaczęła krzyczeć, kopać ziemię, wiercić się na wszystkie strony, aby tylko poluźnić węzły, jednak te trzymały mocno.
- Wypuść mnie gnoju! Słyszysz!? Co tak stoisz do cholery! - darła się, szlochając. - Pomóż mu kretynie! Pomóż mu chociaż!
- Za późno - rozłożył ręce. - Nie żyje.
Dziewczyna jednak nie zwracała uwagi na jego słowa. To nie mogła być przecież prawda. Nie chciała w to wierzyć. Nadal szarpała się wściekle, aby zrobić jakikolwiek postęp. Saitan podszedł do niej i złapał za brodę, co ją unieruchomiło.
- Hm... myślę, że tyle na razie wystarczy. Powiedz swoim przyjaciołom, że wrócę, a wtedy nie będzie tak kolorowo.
Granger nie wiedziała o co mu chodzi, nie była wstanie jasno teraz myśleć. Kiedy ją puścił odetchnęła z ulgą nie zdając sobie sprawy z tego, że wstrzymywała powietrze. Chłopak odwrócił się i szedł przed siebie aż w końcu zniknął jej z oczu. Dziewczynie serce waliło jak młotem. Węzły nagle same opadły i upadła na kolana podpierając się rękoma. Chciała krzyczeć, ale nie mogła wydobyć głosu. Teraz widziała wszystko jak w zwolnionym tempie. Fred wyłonił się z zarośli i na jej widok się ucieszył, jednak zobaczył leżącego brata. Zamarł.
Świat na chwilę stanął w miejscu. Chmura zasłoniła słońce i zrobiło się ciemniej, jakby niebo posmutniało. Wiatr ucichł tak, że nawet malutki liść nie odważył się poruszyć. Hermionie wydawało się, że jest gdzieś indziej, że jest nieobecna i tylko to ogląda. Widziała jak Fred podbiega do George'a i rzuca się na kolana. Krzyczy do niego, lecz ten już nigdy nie miał zareagować. Potrząsa nim, aby dał jakikolwiek znak życia, jednak ani drgnie. I tak oto po jego twarzy spływa pierwsza łza. Mimo to nadal wierzy, że to nie koniec. Drżącymi rękoma sprawdza mu puls. Za późno... jego serce przestało bić parę sekund temu. Ostatni oddech został odebrany w brutalny sposób.
Granger ociera ręką twarz. Jej także jest mokra. Nie chce na to patrzeć, ale nie potrafi oderwać wzroku. Fred zaczyna głośno szlochać i powtarzać imię swojego brata.
- Nie odchodź - błaga. - Proszę, nie rób mi tego... George, otwórz oczy, George!
W końcu powoli kładzie głowę na jego klacie, która nie uniesie się już nigdy.
- Nie!!! - krzyczy. - Nie zostawiaj mnie! Proszę, proszę, proszę! Braciszku otwórz oczy... Georgie... No dalej - podnosi jeszcze głowę, aby spojrzeć na nieruchomą twarz. - Proszę - szepcze wylewając kolejne, słone łzy - Nie umieraj... zostań ze mną. Nie możesz umrzeć, nie możesz mnie zostawić. Nie możesz zostawić Ginny... Rona. Proszę cię... Georgie...
Zaciska usta, aby nie krzyczeć z bólu. Spogląda na Hermione, a ona widząc jego zrozpaczoną twarz próbuje coś powiedzieć, otwiera nawet usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Fred bierze brata w ramiona i przykłada czoło do jego czoła. Oddycha szybko i pociąga nosem. Wpatruje się w twarz najlepszego przyjaciela, który był zarazem jego rodziną i najbliższą mu osobą. Nie może uwierzyć, że ten już nigdy się nie zaśmieje, że nie dokończy za niego zdania i nie wymyśli kolejnego dowcipu. A to wszystko dlatego, że wyszedł przed paroma minutami z namiotu. Jeszcze chwilę temu z nim rozmawiał, próbował jakoś pocieszyć. Teraz nie żyje. Kiedy sobie to uświadomił, jego serce rozpadło się na kawałki i stracił wszelką chęć do życia. Łza spływała za łzą, a szloch wyrywał się gardła.
Z każdą chwilą zza zarośli wyłaniało się więcej postaci. Hermiona siedziała na ziemi i płakała, kiedy Ron padł koło Freda. Wkrótce zjawiła się też Ginny, która zaczęła tak żałośnie chlipać, że serce pękało. Inni stali i zakrywali dłonią usta. Nie pytali na razie jak do tego doszło, chociaż każdy domyślił się, że ktoś rzucił na niego zaklęcie. Bliźniak nadal trzymał brata i nie zwracał uwagi na otaczający go świat. Stracił właśnie połowę duszy i serca. Nie wyobrażał sobie życia po czymś takim. Hermiona wiedziała, że będzie musiała opowiedzieć o tym, co zaszło. Wiedziała, że Fred będzie słuchał, kiedy opisze śmierć Georga. Nadal w to nie wierzyła. Nie była wstanie zmusić się, do wstania. Nie mogła się poruszyć, lub cokolwiek powiedzieć. Wszystko wydawało się takie szare... martwe. BO OTO STAŁO SIĘ. Jej przyjaciel nie żyje. Nie potrafiła sobie wyobrazić co w tej chwili czuje Fred. Złość na morderce, przepadła wraz z jego zniknięciem. Kiedy Saitan odchodził, mogła go zaatakować, pobiec za nim, wyżyć się. Ale nie zrobiła nic i teraz była bezsilna. To w tym wszystkim było najgorsze... Bezradność.

~o~

Wiatr błądził cicho między drzewami obserwując wszystko z bezpieczniej odległości. Niejedna osoba w tej chwili chciała zamienić się z nim rolami. Nie widzieć tego widoku, nie czuć tych uczuć. Nawet słońce jak tchórz schowało się za chmurami, które zaczynały płakać. Kropla, po kropelce wsiąkała w ziemię, w której już niedługo miał być pochowany przyjaciel, syn, stróż, uczeń, brat... Nie zasłużył na taką śmierć... Nie zasłużył na taki pogrzeb. Wszyscy zgromadzeni na polanie, w okół wykopanego przez kilku chłopaków dołu, wiedzieli o tym. Żaden z nich, niestety, nie mógł zrobić nic, aby George miał ostatnie pożegnanie, na jakie zasłużył. Nie było tu ani jego rodziców, Bill'a, Percy'ego, Charlie'ego, ani wszystkich przyjaciół. Molly i Artur Weasley nawet nie wiedzieli, że ich syn nie żyje... Kolejna bolesna rzecz - ktoś będzie musiał im o tym powiedzieć. Ktoś musiał ich poinformować, że już nigdy nie wyślą na święta do Hogwartu swetra z literą "G". Już nigdy nie nazwą Freda "Gred", a George'a "Forge". Tylko od jednego będą wymagać opiekowania się Ronem i Ginny. Jeden będzie zasypiał w pokoju na piętrze, w którym drzwi tak strasznie skrzypią. I mimo, że każdy czasem nienawidził ich żartów, wszyscy będą za nimi tęsknić. I prawdopodobnie nikt z rodziny nigdy nie odczuje jego straty równie boleśnie, jak Fred.
Dochodziło południe, jednak na niebie było szaro jak w wieczór. Padał lekki deszcz, więc nie było widać łez. George wyglądał, jakby spał, z tą różnicą, że jego klatka piersiowa już się nie unosiła. Wszyscy wpatrywali się w ziemię, oprócz jego rodzeństwa, nauczycieli i przyjaciół. Ron ściskał mocno rękę Ginny, która zużywała kolejne chusteczki. W rękach trzymali różdżki, tak jak wszyscy. Dumbledore stał przed zmarłym ze smutną miną. Za chwilę miał przemówić. Jako dyrektor nie powinien był do tego dopuścić. Jednak stało się. Wszystko co mógł teraz zrobić, to wyprawić mu możliwie jak najlepszy w tych warunkach  pogrzeb.
- Dziś - zaczął donośnym głosem. - Nasz przyjaciel odszedł z tego świata. - Jego głos przebijał się przez ciche postukiwanie kropel i niósł przez gęstwiny i drzewa, gdzie siedzieli ci, którzy nie mieli odwagi przyjść. Wśród nich był Draco Malfoy... - Dołączył do niezliczonych ofiar wojny. Ich dusze krążą po świecie, szukając swoich rodzin... Aby je wesprzeć... Aby nad nimi czuwać... Twój duch na zawsze pozostanie w naszych sercach... - Dyrektor zrobił dłuższą przerwę, aby słowa przed chwilą przez niego wypowiedziane, utkwiły w głowach podopiecznych i zamieszkały w ich pamięci. - Byłeś dobrym człowiekiem, za którym tęsknić będzie niezliczona ilość osób... Byłeś człowiekiem, po którym słuch nie zaginie. Mimo że twoje ciało już nigdy się nie poruszy, a twoje usta już nigdy się nie zaśmieją... Twoja dusza będzie z nami na wieki! - Ginny nie wytrzymała i schowała głowę w ramionach Rona, z trudem powstrzymując szloch. Harry przybliżył się do niego i chcąc dodać mu otuchy, położył rękę na jego ramieniu. - Żegnaj George'u Weasley'u! - zakończył Dumbledore. Wyciągnął rękę w górę i wystrzelił białe światełko do nieba, jako symbol ostatniego pożegnania. Reszta zrobiła to samo.    





Kilku chłopaków podeszło do martwego George'a, złapali za deski, na których leżał i powoli opuścili do wykopanego dołu. Angelina Johnson uwiesiła się na Lee Jordanie, mocząc jego koszulkę łzami. Kilka osób spojrzało w ich stronę, kiedy usłyszeli jej płacz, jednak Fred stał spokojnie wpatrując się w brata bliźniaka. Hermiona widziała jak zaciska pięści. Widział to on i ona też, że nie można już nic zrobić. 
Tyle zaczerwienionych oczu wpatrywało się, jak zakopują jego kolegę. Po paru minutach w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą leżał, stał nagrobek. Na kamieniu powoli pojawiały się złote litery pokazujące datę jego narodzin, oraz dzisiejszą... jego śmierci. U góry widniało:
  
"George Weasley,

Co było najdroższe
W tym grobie się mieści..."

Ginny uklękła przy grobie, wyciągnęła różdżkę i wyczarowała jedną, czarną różę. Spuściła głowę i zakryła twarz rękoma. Po kilku sekundach dołączyli do niej bracia. 
Z każdą chwilą ludzie odchodzili do swoich namiotów. Gdzieś w oddali dało się słyszeć grzmoty. Za plecami rodzeństwa stał Harry. Hermiona podeszła do niego i przytuliła. Nie było tu miejsca na słowa, lecz na smutne spojrzenia. Po półgodzinnym staniu, wszyscy byli mokrzy i zmarznięci. Kiedy dziewczyna odsunęła się od przyjaciela, ten podszedł do Rona obejmującego Ginny i złapał ją za rękę. Rudowłosa rzuciła mu najsmutniejsze spojrzenie jakie dotychczas widział, jednak po chwili wstała i dała się poprowadzić chłopakowi do obozowiska. Ron za to poczuł niepohamowaną chęć rozwalenia czegoś. Szybko wstał z zaciśniętymi pięściami i kopnął najbliższy kamień. Zaraz tego pożałował, bo zapiszczał jakby ktoś wbił mu tam nóż. 
- Arrr! - zdenerwował się łapiąc za stopę. 
- Nic ci nie jest? - Hermiona podeszła do niego, ale gdy tylko złapała go za ramię, ten wyszarpał się. 
- Nie! - krzyknął. - Wszystko jest w jak najlepszym porządku! 
- Ron! - kilka metrów dalej stał Neville. Powiedział to stanowczo i dobitnie, tak, że rudzielec trochę się uspokoił. 
- Przepraszam... - szepnął. - Ja tylko...
- Dobrze - uśmiechnęła się dziewczyna. - Już dobrze... - Przytuliwszy go, zaprowadziła z Neville'm do namiotu, w którym Luna opatrzyła mu złamany mały palec u nogi. Na dworze rozpadało się już na dobre. Niebo robiło zdjęcia z fleszem i oświetlało nowy grób, przy którym klęczała tylko jedna osoba... W okół było pełno błota, pomiędzy drzewami czaiła się ciemność skrywająca swoje sekrety. Fred nie przejmował się tym, że cały się trzęsie. Mógł nawet zachorować i umrzeć. Wszystko jedno. Albo nie... ktoś musiał zapłacić za śmierć jego brata. Tylko to trzymało go jeszcze na ziemi. Jego palce zaciskały się mocno w okół różdżki tak, że paznokcie wbijały mu się boleśnie w skórę. Nie obchodziło go to. Ciągle miał nadzieje, że George zrobił mu wielki kawał... 
Z jego ust wydobywała się para, w końcu była zima. Wydawać by się mogło, że z tego miejsca uleciało życie. Chłopak wiedział, że jego dusza tak naprawdę umarła. Już nigdy nie będzie tym, kim był. Nikt nie będzie wspierał go tak jak George. Nikt nie będzie z nim żartować. Już nic nie będzie tak, jak dawniej. Nie wyobrażał sobie przyszłości. Nie chciał przyszłości. Jego umysł powtarzał w kółko tylko dwa słowa... ZEMSTA i ŚMIERĆ.   


"Nie martw się Freddie... Zmierzam do nieba.
Skąd to wiem? Ponieważ jesteśmy Świętym Duchem.
Łapiesz? Bo ty jesteś święty, a ja jestem... nieżywy.
...Proszę nie płacz."




"Powiększył grono aniołów..."

6 komentarzy:

  1. Piękny rozdział ale muszę przyznać że nie źle się rozryczałam <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Niech on zmartwychwstanie albo stanie się duchem i żyje z nimi! Albo to ktoś po eliksirze wielosokowym... :( Smutny rozdział i bardzo wsruszający. Czekam na kolejny rozdział.
    ~Madzik

    OdpowiedzUsuń
  3. Smutek, żal, rozpacz... gorycz śmerci...
    Żegnaj bliźniaku, wspaniały rudziercu... Będziemy o Tobie pamiętać. W sercach zawsze pozostaniesz tym samym uśmiechniętym Georgiem... /*

    Wzruszający rozdział, czekam na dalszy rozwój wydarzeń...

    OdpowiedzUsuń
  4. Popłakałam się :'( [*]
    Dlaczegoo?
    To przykre, że akurat on umarł...
    Rozdział - jak zawsze - świetny. Polecam

    http://drzewo-mysli.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie,nie,nie ! :'c George nie może umrzeć... Prosze wskrześ go czy coś nwm ... On nie może być martwy :'(
    Świetny blog wg... Życzę weny

    OdpowiedzUsuń