"Każdy ma swoją śmierć,
podobnie jak Anioła Stróża"
Hermiona zwiedzała zakamarki pomieszczenia, oświetlając sobie drogę jednie świecą, którą trzymała w ręce.
- To bez sensu - odezwał się Myrnin, siedzący na drugim końcu celi. - Nie ma wyjścia, szukałem. Krat nie da się wyważyć. Gdzie twoja różdżka Hermiono? Ah, zapomniałem... zostałaś porwana. - Dziewczyna nie zwracała uwagi na jego słowa, skupiła się na szukaniu drogi ucieczki. - Zastanawia mnie tylko jedno - ciągnął. - Kto mógłby być tak okrutny, żeby skazać cię na taką śmierć. Co zrobiłaś, że Czarny Pan wsadził cię tu. - Hermiona milczała. Sama nie wiedziała dlaczego akurat tutaj się znalazła.
- To nie był Voldemort - odparła po chwili. - Porwał mnie Saitan, jego syn.
- Oh... bardzo mądry chłopak. Może gdybym wcześniej wiedział...
- Co? O czym mówisz? - zainteresowała się.
- Nauczyłem go w bardzo krótkim czasie tego, co sam wiem. A wiem dość sporo.
- Dlaczego?
- Nie wiedziałem, że to syn Voldemorta. Spotkałem go w drodze do mojego domu w Transylwanii. Polubiłem go, a że wydawał się niezwykły, zacząłem go uczyć. Opowiedziałem mu o sekretach tak mrocznych, że stałyby się koszmarem najgorszej istoty na ziemi, a go to nie przeraziło. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie jest zwyczajny... że to ktoś straszliwy... niestety było już za późno. Obudziłem się tutaj.
- Oh... - westchnęła ze zdumienia. Być może, gdyby Saitan nigdy nie spotkał Myrnina, nie byłby taki potężny.
- Dobrze myślisz. To moja wina - odparł. Dziewczyna nie usłyszała kiedy wstał, dlatego kiedy się odwróciła, omal zawału nie dostała. Mężczyzna stał przed nią i patrzył jej w oczy, a ona prawie się przewróciła, lecz przytrzymał ją. - To ja stworzyłem potwora jakim się stał... oczywiście on urodził się potworem, ale ja tylko go pogorszyłem. Teraz ma informacje, które może wykorzystać.
- A więc to napraw - powiedziała stanowczym wzrokiem.
- Gdyby to było takie łatwe... - westchnął i odwrócił się tyłem, spuszczając głowę.
- Pokaż mi. Powiedz mi to, co jemu. Przekaż mi wszystkie informacje, które on zna. Będziemy wiedzieć to co on.
- Na co ci informacje, skoro i tak stąd nie wyjdziesz? - Myrnin mówił jakoś inaczej.
- Myrninie... wszystko w porządku? - Hermiona cofnęła się. Wystawiła rękę ze świecą przed siebie i dostrzegła jak on się prostuje. Powoli się odwrócił. Jego czerwone oczy błysnęły. Poruszał się tak szybko, że nawet nie zdążyła mrugnąć, kiedy świeca zgasła. Ogarnęła ją fala zimna, a sekundę później gorąca. Odwróciła się napięcie, ale nic nie widziała. W okół niej panowała głęboka ciemność, - Wybacz mi moje maniery - usłyszała głos gdzieś w oddali. Niestety echo nie pozwalało jej go zlokalizować - ale bardzo lubię bawić się swoim jedzeniem.
- Myrninie! Przestań! Nie jesteś sobą! - Hermiona oddychała bardzo szybko, a jej serce waliło tak mocno, że zdawało się wypełniać całą ciszę.
- Pewna jesteś? - usłyszała szept tuż przy uchu. Odwróciła się gwałtownie, ale jego już tam nie było.
- Posłuchaj mnie... nie chcesz tego. Ty jesteś inny, zaraz ci przejdzie tylko, tylko się uspokój.
- Hahahaha! - śmiech dochodził gdzieś z góry.
- Clarie. Pamiętasz ją? - Powiedziała, myśląc, że może to go poruszy. Brak odpowiedzi. Próbowała dalej - Nie zabiłeś jej. To był twój potwór, który teraz próbuje zabić mnie. Wierzę, że potrafisz go poskromić. Dasz radę tylko - w tej chwili poczuła bolesne uderzenie w brzuch. Odleciała kilka metrów dalej i walnęła o ścianę. Ból głowy sprawił, że na chwilę zapomniała gdzie jest, nie słyszała nic, a przed oczami jej zajaśniało, jednak po kilku sekundach wróciła do rzeczywistości. Musiała wstać mimo milionów igieł wbijających jej się w nadgarstek i głowę. Dotknęła palcami skroni i poczuła coś wilgotnego.
- Tak łatwo krwawisz... to śmieszne - głos był blisko, bardzo blisko. Tuż nad nią.
- Myrninie... - wysapała dźwigając się powoli na nogi. Wtedy złapał ją za ubranie i podniósł do góry. Poczuła jego oddech na swojej twarzy.
- Twój strach mnie bawi. Jesteś taka słaba. Jak mogłabyś pomyśleć, że cokolwiek uda ci się osiągnąć? Już jesteś martwa.
- Wcale nie - odparła zdobywając się na odwagę. To była jej ostatnia szansa. Może chociaż zdoła jej się uzyskać trochę czasu, być może Myrnin się otrząśnie. - To ty jesteś słaby, wiesz dlaczego? Ponieważ siedzisz tu i nie możesz zrobić nic, dlatego kiedy tylko przysyłają ci nową ofiarę, zabijasz. Nie potrafisz tego kontrolować. Jesteś zdany na łaskę Voldemorta. Boli cię, że to ty wzmocniłeś potwora jakim stał się jego syn, ale tak naprawdę nie robisz nic, aby to naprawić. Co za różnica, czy żałujesz czegoś, czy nie, jeśli nic z tym nie robisz? Niby jesteś taki mądry, żyjesz na tym świecie dłużej niż ja, ale nie rozumiesz podstawowych zasad życia. Żeby coś zmienić, trzeba coś zrobić, a nie siedzieć w miejscu i na dodatek użalać się nad sobą. Zachowujesz się jak jakiś dzieciak, a nie uczony. Więc może zaraz mnie zabijesz, ok, ale ja przynajmniej starałam się naprawiać swoje błędy. - Kiedy dziewczyna skończyła mówić, zapadła cisza. Zdała sobie sprawę z tego, że nie wisi już w powietrzu, ale stoi twardo na ziemi. - Myrninie?
- Cokolwiek powiedziałem... cokolwiek zrobiłem... to nie może się powtórzyć - szepnął - Musimy znaleźć wyjście, jak najszybciej.
Hermiona westchnęła tylko i ruszyła w jego stronę.
- Zastanawiałam się... czy wiesz kto był przed tobą w tej celi? Znalazłam ślady, które mogą mówić o tym, że były tu drapacze.
- Faktycznie. Były. Ta cela nie była moją pierwszą. Znalazłem się tu dopiero po śmierci ostatniego drapacza, było ich kilka, ale jaki ma to związek z ucieczką?
- To bardzo proste. Drapacze robią tunele gdzie się da, a potem je maskują.
- No tak, ale nie w cegle. Sprawdzałem... ściany są z cegieł. Pod podłogą jest tylko ziemia, nie da się wyjść.
- A sufit? - zapytała. Milczał. - Nie sprawdzałeś?
- Nie - przyznał. - Ale to bardzo mało prawdopodobne. Drapacze nie potrafią się wspinać.
- Powiedziałeś, że było ich kilka. Mogły sobie pomóc. Potrafisz wejść na górę? - Myrnin nie odpowiadał przez chwilę, pomyślała, że jakimś cudem jej nie dosłyszał. - Potrafisz wejść na górę? - powtórzyła.
- Jestem - odparł nad jej głową. - Miałaś rację. Widzę tunel. Jak mogłem na to nie wpaść? Oh... poczekaj tu, sprawdzę dokąd prowadzi.
- Nie! Czekaj, też pójdę.
- Zostań tutaj. Zaraz wracam. - Hermiona słyszała jeszcze przez chwile dźwięk przesuwającego się ciała, a potem nic. Cisza. Nie wiedziała ile czasu minęło, ale było to z jakieś dwie godziny, a on nie wracał.
- Dupek... - mruknęła. - Zostawił mnie tu. Co za skończony idiota, a ja mu zaufałam. Nie wiem po co, przecież go nie znałam... Świetnie. Przynajmniej umrę z głodu, a nie z powodu wyrwanych flaków.
Nagle usłyszała jakieś kroki na korytarzu. Jeszcze tego brakowało, żeby przyszedł Saitan, albo ktokolwiek inny, pomyślała. Wstała z ziemi i schowała się za jednym z filarów gotowa do ataku. Słyszała chrzęst otwierającego się zamka i skrzyp zawiasów, po czym zbliżające się kroki. Trzy... dwa... jeden... wyskoczyła i rzuciła się na osobę, która weszła.
- Aua!! Hermiona! - wrzasnął Myrnin. - Co ty robisz!? Odbiło ci?
- Myrnin! - wyprostowała się nagle dziewczyna, siedząc na nim. Kiedy uświadomiła sobie jak to musi wyglądać, szybko wstała. - Gdzieś ty był!?
- Powiedzmy, że miałem mały atak. Dobra wiadomość jest taka, że w zamku nie ma już żywej duszy, oprócz nas.
- Coś ty zrobił??!! - krzyknęła.
- Sami się o to prosili, ale nie możemy marnować czasu. Jeden śmierciożerca mi uciekł i pewnie poleciał podkablować... tak to się mówi teraz? Podkablować? - Gryffonka pokręciła tylko głową, po czym pomogła mu wstać.
- Chodźmy. Prowadź.
Myrnin powlókł się korytarzem, a ona podążała za nim. Nie wiedziała gdzie idzie i musiała całkowicie polegać na nim, co nie za bardzo jej się podobało, ale nie miała innego wyjścia. Trzy piętra wyżej, znalazła się przed wielkimi wrotami, prowadzącymi na zewnątrz. Kiedy mężczyzna je otworzył, zamarła. Na placu zamku stali jacyś ludzie uzbrojeni po zęby w siekiery, pochodnie i inne narzędzia, na które teraz nie zwracała uwagi, bo jedyne co ją interesowało to jak do cholery mieli to przeżyć!
- O... - odezwał się niewzruszony Myrnin. - Jedzonko. Poczekaj młoda damo - powiedział po czym rzucił się do przodu po kolei dopadając jednego po drugim i zabijając go. Jakoś tak po trzech minutach na placu stał tylko Myrnin. Hermiona patrzyła na niego szeroko otworzonymi oczami. - Chodź, póki nie przyjdą kolejni - powiedział. Ruszyła więc powolnym krokiem w jego kierunku, omijając leżące na ziemi ciała. - Przepraszam za taką masakrę na twoich oczach, ale nie ma czasu na delikatność. - Rozumiała to doskonale, ale mimo wszytko wywoływało to jakiś szok. I nagle stało się coś, czego się nie spodziewali. Usłyszeli tylko świst, po czym Hermiona widziała jak Myrnin porusza się z prędkością światła. Kiedy odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, dostrzegła w jego piersi strzałę. Domyśliła się, że uratował jej życie. Spojrzała na prawdopodobny kierunek wystrzelonej broni i zobaczyła jakiegoś faceta stojącego na dachu jednej z wierzy. Myrnin złapał za strzałę, wyjął ją z ciała i rzucił za siebie. Wydawało się, że nie zrobiło mu to żadnej krzywdy. Zaśmiał się nawet. - Daje ci trzy sekundy - krzyknął do napastnika. - Raz! Dwa! - facet z łukiem nie ruszył się jednak. Hermiona i Myrnin zauważyli, jak powoli zostają otoczeni. - Hermiono uciekaj. Biegnij jak najszybciej i nie odwracaj się za siebie - wyszeptał.
- Ale...
- Biegnij! - krzyknął i ruszył na pierwszego wroga, który odważył się zbliżyć. Dziewczyna odwróciła się do głównej brami i zaczęła biec. Prawie dopadł ją jakiś gościu, ale Myrnin był szybszy i dorwał go zanim ją sięgnął. Kiedy przekroczyła bramę wejściową, zatrzymała się i spojrzała na niego. W tej właśnie chwili ktoś przebił go strzałą, ale inną niż wszystkie. Widziała, że go to zabolało. Upadł na ziemię. Przekręcił głowę w jej stronie, a jego usta ułożyły się w słowo "uciekaj". Dziewczyna widziała jak zbliża się do niego jeden z przeciwników, trzymając sztylet w ręce. Chciała mu pomóc, ale wiedziała, że gdy to zrobi, zginie. Chciała uciekać, ale jednocześnie nie mogła przestać patrzeć na tę straszną scenę. Nóż zawisnął w powietrzu, po czym wbił się w serce Myrnina. Ten wydał tylko cichy jęk, po czym ostatni raz wypuścił powietrze z płuc. Jego głowa bezwładnie opadła na bok. Nie żył. Hermionie napłynęły łzy do oczu, ale wiedziała, że jeśli zaraz się nie ruszy, ją też dopadną. Myrnin uratował ją nie dlatego, żeby teraz dała się zabić. Odwróciła się więc gwałtownie i zaczęła biec jak najszybciej. Biegła krętą dróżką, w dół.
Po prawej stronie była przepaść, ale dziewczyna starała się nie zwracać na to uwagi. Biegła możliwe jak najdalej niej. W końcu droga stała się bardziej bezpieczna. Minęła godzina, odkąd tak biegła. Teraz jej tempo było wolniejsze niż na początku, ale postanowiła się nie zatrzymywać. Robiło się coraz ciemniej, a ona nie miała pojęcia gdzie się znajduje. Zobaczyła, że nad jej głową coś przelatuje i zmierza w kierunku innej góry. Spojrzała w tę stronę i dostrzegła anioła. Tak... to był anioł. Kiedy zmrużyła oczy, patrząc na górę, dostrzegła, że w okół niej krąży ich więcej. Nigdy czegoś tak pięknego nie widziała. Zatrzymała się i odwróciła, ponieważ usłyszała jakiś szelest. Przed nią stał anioł. I to nie byle jaki, tylko ten, który siedział w celi, w Hogwarcie. Hermiona nie bardzo wiedziała co ma zrobić, dlatego stała i się patrzyła. Anioł odwrócił się do niej tyłem i ruszył przed siebie.
- Kajm! - krzyknęła. Z tego co pamiętała, tak właśnie nazwała go profesor McGonagall. - Jesteś Kajm, prawda? - Anioł zatrzymał się, odwrócił i spojrzał na nią. Nagle zgiął lekko kolana i wzbił się w powietrze. Wylądował tuż przed nią. Wyglądał po prostu bosko... Przejrzał się jej uważnie, zmrużył oczy i przekręcił głowę w bok.
- Hermiona Granger... - zdawało jej się, a może naprawdę się lekko skłonił. - Co tu robisz?
- Ja... - zastanawiał się czy mu zaufać. Normalnie nie powinna, ale i tak nie miała nic do stracenia. - Zgubiłam się. To znaczy... zostałam porwana i uciekłam z zamku Ghor. - Chłopak uśmiechnął się. Był tak przystojny, że nie mogła oderwać od niego oczu. Na dodatek miał rozpiętą koszulę i widać było jego cudowną klatę. Normalnie każda dziewczyna padłaby, wliczając Hermionę, ale teraz nie mogła sobie pozwolić na odpłynięcie. - Gdzie jestem?
- Witaj w górach Grampin.
- Gdzie jest Hogwart? Chcę tam wrócić.
- Hogwart? - zaśmiał się. - Jaki Hogwart? - Nie wiedziała zbytnio o co mu chodzi. Nie mogła go rozgryźć. Wiedziała, że jest bardzo niebezpieczny, ale wydawał się taki... spokojny, poważny, a zarazem zabawny, godny zaufania. - Mogę cię tam zabrać... - odparł - jeśli się nie boisz... - dodał po chwili.
- Chcę tam wrócić - oznajmiła.
- Jak sobie życzysz. Zabiorę się tam.
- Jak?
- Odwróć się... - powiedział. Tak też zrobiła. Stała teraz do niego tyłem. Kajm zbliżył się i poczuła dotyk jego ciała na swoich plecach. Objął ją w talii, a ona lekko złapała jego ręce. Poczuła jego oddech na swoim karku. Jego skrzydła powoli ją otulały i zamykały jak w kokonie. Zamknęła oczy i napawała się tą chwilą, aż nagle poczuła mocne szarpnięcie w górę. Kiedy otworzyła oczy i spojrzała w dół, była 10 metrów nad ziemią. Złapała się go mocniej, w każdej chwili mogła spaść, ale czuła się bezpieczna. Wiatr delikatnie muskał jej twarz. Po kilku minutach niesamowitego lotu zaczęli zbliżać się ku dołowi. W końcu Kajm delikatnie wylądował na ziemi i puścił ją. Stanął naprzeciwko i uśmiechnął się lekko.
- Gdzie jest Hogwart? - zapytała widząc za nim same wzgórza.
- Odwróć się - odrzekł spokojnie. Kiedy to zrobiła, serce jej stanęło. Były tam same ruiny... Hogwart już nie istniał.
- Kajm! - krzyknęła. Z tego co pamiętała, tak właśnie nazwała go profesor McGonagall. - Jesteś Kajm, prawda? - Anioł zatrzymał się, odwrócił i spojrzał na nią. Nagle zgiął lekko kolana i wzbił się w powietrze. Wylądował tuż przed nią. Wyglądał po prostu bosko... Przejrzał się jej uważnie, zmrużył oczy i przekręcił głowę w bok.
- Hermiona Granger... - zdawało jej się, a może naprawdę się lekko skłonił. - Co tu robisz?
- Ja... - zastanawiał się czy mu zaufać. Normalnie nie powinna, ale i tak nie miała nic do stracenia. - Zgubiłam się. To znaczy... zostałam porwana i uciekłam z zamku Ghor. - Chłopak uśmiechnął się. Był tak przystojny, że nie mogła oderwać od niego oczu. Na dodatek miał rozpiętą koszulę i widać było jego cudowną klatę. Normalnie każda dziewczyna padłaby, wliczając Hermionę, ale teraz nie mogła sobie pozwolić na odpłynięcie. - Gdzie jestem?
- Witaj w górach Grampin.
- Gdzie jest Hogwart? Chcę tam wrócić.
- Hogwart? - zaśmiał się. - Jaki Hogwart? - Nie wiedziała zbytnio o co mu chodzi. Nie mogła go rozgryźć. Wiedziała, że jest bardzo niebezpieczny, ale wydawał się taki... spokojny, poważny, a zarazem zabawny, godny zaufania. - Mogę cię tam zabrać... - odparł - jeśli się nie boisz... - dodał po chwili.
- Chcę tam wrócić - oznajmiła.
- Jak sobie życzysz. Zabiorę się tam.
- Jak?
- Odwróć się... - powiedział. Tak też zrobiła. Stała teraz do niego tyłem. Kajm zbliżył się i poczuła dotyk jego ciała na swoich plecach. Objął ją w talii, a ona lekko złapała jego ręce. Poczuła jego oddech na swoim karku. Jego skrzydła powoli ją otulały i zamykały jak w kokonie. Zamknęła oczy i napawała się tą chwilą, aż nagle poczuła mocne szarpnięcie w górę. Kiedy otworzyła oczy i spojrzała w dół, była 10 metrów nad ziemią. Złapała się go mocniej, w każdej chwili mogła spaść, ale czuła się bezpieczna. Wiatr delikatnie muskał jej twarz. Po kilku minutach niesamowitego lotu zaczęli zbliżać się ku dołowi. W końcu Kajm delikatnie wylądował na ziemi i puścił ją. Stanął naprzeciwko i uśmiechnął się lekko.
- Gdzie jest Hogwart? - zapytała widząc za nim same wzgórza.
- Odwróć się - odrzekł spokojnie. Kiedy to zrobiła, serce jej stanęło. Były tam same ruiny... Hogwart już nie istniał.
"Ludzka dusza bez miłości jest jak anioł bez skrzydeł,
pusta, upadła, samotna, zagubiona, nie ma po co żyć.
Bo straciła najważniejszą rzecz, wielką przyjaźń
i miłość ponad wszystko..."












