sobota, 28 marca 2015

Rozdział 29: "Na zamku Ghor" cz.II


"Każdy ma swoją śmierć,
podobnie jak Anioła Stróża"

Hermiona zwiedzała zakamarki pomieszczenia, oświetlając sobie drogę jednie świecą, którą trzymała w ręce. 
- To bez sensu - odezwał się Myrnin, siedzący na drugim końcu celi. - Nie ma wyjścia, szukałem. Krat nie da się wyważyć. Gdzie twoja różdżka Hermiono? Ah, zapomniałem... zostałaś porwana. - Dziewczyna nie zwracała uwagi na jego słowa, skupiła się na szukaniu drogi ucieczki. - Zastanawia mnie tylko jedno - ciągnął. - Kto mógłby być tak okrutny, żeby skazać cię na taką śmierć. Co zrobiłaś, że Czarny Pan wsadził cię tu. - Hermiona milczała. Sama nie wiedziała dlaczego akurat tutaj się znalazła.
- To nie był Voldemort - odparła po chwili. - Porwał mnie Saitan, jego syn. 
- Oh... bardzo mądry chłopak. Może gdybym wcześniej wiedział...
- Co? O czym mówisz? - zainteresowała się.
- Nauczyłem go w bardzo krótkim czasie tego, co sam wiem. A wiem dość sporo. 
- Dlaczego? 
- Nie wiedziałem, że to syn Voldemorta. Spotkałem go w drodze do mojego domu w Transylwanii. Polubiłem go, a że wydawał się niezwykły, zacząłem go uczyć. Opowiedziałem mu o sekretach tak mrocznych, że stałyby się koszmarem najgorszej istoty na ziemi, a go to nie przeraziło. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie jest zwyczajny... że to ktoś straszliwy... niestety było już za późno. Obudziłem się tutaj. 
- Oh... - westchnęła ze zdumienia. Być może, gdyby Saitan nigdy nie spotkał Myrnina, nie byłby taki potężny. 
- Dobrze myślisz. To moja wina - odparł. Dziewczyna nie usłyszała kiedy wstał, dlatego kiedy się odwróciła, omal zawału nie dostała. Mężczyzna stał przed nią i patrzył jej w oczy, a ona prawie się przewróciła, lecz przytrzymał ją. - To ja stworzyłem potwora jakim się stał... oczywiście on urodził się potworem, ale ja tylko go pogorszyłem. Teraz ma informacje, które może wykorzystać. 
- A więc to napraw - powiedziała stanowczym wzrokiem.
- Gdyby to było takie łatwe... - westchnął i odwrócił się tyłem, spuszczając głowę.
- Pokaż mi. Powiedz mi to, co jemu. Przekaż mi wszystkie informacje, które on zna. Będziemy wiedzieć to co on. 
- Na co ci informacje, skoro i tak stąd nie wyjdziesz? - Myrnin mówił jakoś inaczej. 
- Myrninie... wszystko w porządku? - Hermiona cofnęła się. Wystawiła rękę ze świecą przed siebie i dostrzegła jak on się prostuje. Powoli się odwrócił. Jego czerwone oczy błysnęły. Poruszał się tak szybko, że nawet nie zdążyła mrugnąć, kiedy świeca zgasła. Ogarnęła ją fala zimna, a sekundę później gorąca. Odwróciła się napięcie, ale nic nie widziała. W okół niej panowała głęboka ciemność, - Wybacz mi moje maniery - usłyszała głos gdzieś w oddali. Niestety echo nie pozwalało jej go zlokalizować - ale bardzo lubię bawić się swoim jedzeniem. 
- Myrninie! Przestań! Nie jesteś sobą! - Hermiona oddychała bardzo szybko, a jej serce waliło tak mocno, że zdawało się wypełniać całą ciszę. 
- Pewna jesteś? - usłyszała szept tuż przy uchu. Odwróciła się gwałtownie, ale jego już tam nie było. 
- Posłuchaj mnie... nie chcesz tego. Ty jesteś inny, zaraz ci przejdzie tylko, tylko się uspokój. 
- Hahahaha! - śmiech dochodził gdzieś z góry.
- Clarie. Pamiętasz ją? - Powiedziała, myśląc, że może to go poruszy. Brak odpowiedzi. Próbowała dalej - Nie zabiłeś jej. To był twój potwór, który teraz próbuje zabić mnie. Wierzę, że potrafisz go poskromić. Dasz radę tylko - w tej chwili poczuła bolesne uderzenie w brzuch. Odleciała kilka metrów dalej i walnęła o ścianę. Ból głowy sprawił, że na chwilę zapomniała gdzie jest, nie słyszała nic, a przed oczami jej zajaśniało, jednak po kilku sekundach wróciła do rzeczywistości. Musiała wstać mimo milionów igieł wbijających jej się w nadgarstek i głowę. Dotknęła palcami skroni i poczuła coś wilgotnego.
- Tak łatwo krwawisz... to śmieszne - głos był blisko, bardzo blisko. Tuż nad nią.
- Myrninie... - wysapała dźwigając się powoli na nogi. Wtedy złapał ją za ubranie i podniósł do góry. Poczuła jego oddech na swojej twarzy. 


- Twój strach mnie bawi. Jesteś taka słaba. Jak mogłabyś pomyśleć, że cokolwiek uda ci się osiągnąć? Już jesteś martwa. 
- Wcale nie - odparła zdobywając się na odwagę. To była jej ostatnia szansa. Może chociaż zdoła jej się uzyskać trochę czasu, być może Myrnin się otrząśnie. - To ty jesteś słaby, wiesz dlaczego? Ponieważ siedzisz tu i nie możesz zrobić nic, dlatego kiedy tylko przysyłają ci nową ofiarę, zabijasz. Nie potrafisz tego kontrolować. Jesteś zdany na łaskę Voldemorta. Boli cię, że to ty wzmocniłeś potwora jakim stał się jego syn, ale tak naprawdę nie robisz nic, aby to naprawić. Co za różnica, czy żałujesz czegoś, czy nie, jeśli nic z tym nie robisz? Niby jesteś taki mądry, żyjesz na tym świecie dłużej niż ja, ale nie rozumiesz podstawowych zasad życia. Żeby coś zmienić, trzeba coś zrobić, a nie siedzieć w miejscu i na dodatek użalać się nad sobą. Zachowujesz się jak jakiś dzieciak, a nie uczony. Więc może zaraz mnie zabijesz, ok, ale ja przynajmniej starałam się naprawiać swoje błędy. - Kiedy dziewczyna skończyła mówić, zapadła cisza. Zdała sobie sprawę z tego, że nie wisi już w powietrzu, ale stoi twardo na ziemi. - Myrninie? 
- Cokolwiek powiedziałem... cokolwiek zrobiłem... to nie może się powtórzyć - szepnął - Musimy znaleźć wyjście, jak najszybciej. 
Hermiona westchnęła tylko i ruszyła w jego stronę. 
- Zastanawiałam się... czy wiesz kto był przed tobą w tej celi? Znalazłam ślady, które mogą mówić o tym, że były tu drapacze.
- Faktycznie. Były. Ta cela nie była moją pierwszą. Znalazłem się tu dopiero po śmierci ostatniego drapacza, było ich kilka, ale jaki ma to związek z ucieczką?
- To bardzo proste. Drapacze robią tunele gdzie się da, a potem je maskują.  
- No tak, ale nie w cegle. Sprawdzałem... ściany są z cegieł. Pod podłogą jest tylko ziemia, nie da się wyjść.
- A sufit? - zapytała. Milczał. - Nie sprawdzałeś? 
- Nie - przyznał. - Ale to bardzo mało prawdopodobne. Drapacze nie potrafią się wspinać. 
- Powiedziałeś, że było ich kilka. Mogły sobie pomóc. Potrafisz wejść na górę? - Myrnin nie odpowiadał przez chwilę, pomyślała, że jakimś cudem jej nie dosłyszał. - Potrafisz wejść na górę? - powtórzyła.
- Jestem - odparł nad jej głową. - Miałaś rację. Widzę tunel. Jak mogłem na to nie wpaść? Oh... poczekaj tu, sprawdzę dokąd prowadzi.
- Nie! Czekaj, też pójdę.
- Zostań tutaj. Zaraz wracam. - Hermiona słyszała jeszcze przez chwile dźwięk przesuwającego się ciała, a potem nic. Cisza. Nie wiedziała ile czasu minęło, ale było to z jakieś dwie godziny, a on nie wracał.
- Dupek... - mruknęła. - Zostawił mnie tu. Co za skończony idiota, a ja mu zaufałam. Nie wiem po co, przecież go nie znałam... Świetnie. Przynajmniej umrę z głodu, a nie z powodu wyrwanych flaków. 
Nagle usłyszała jakieś kroki na korytarzu. Jeszcze tego brakowało, żeby przyszedł Saitan, albo ktokolwiek inny, pomyślała. Wstała z ziemi i schowała się za jednym z filarów gotowa do ataku. Słyszała chrzęst otwierającego się zamka i skrzyp zawiasów, po czym zbliżające się kroki. Trzy... dwa... jeden... wyskoczyła i rzuciła się na osobę, która weszła. 
- Aua!! Hermiona! - wrzasnął Myrnin. - Co ty robisz!? Odbiło ci?
- Myrnin! - wyprostowała się nagle dziewczyna, siedząc na nim. Kiedy uświadomiła sobie jak to musi wyglądać, szybko wstała. - Gdzieś ty był!?
- Powiedzmy, że miałem mały atak. Dobra wiadomość jest taka, że w zamku nie ma już żywej duszy, oprócz nas. 
- Coś ty zrobił??!! - krzyknęła. 
- Sami się o to prosili, ale nie możemy marnować czasu. Jeden śmierciożerca mi uciekł i pewnie poleciał podkablować... tak to się mówi teraz? Podkablować? - Gryffonka pokręciła tylko głową, po czym pomogła mu wstać. 
- Chodźmy. Prowadź. 
Myrnin powlókł się korytarzem, a ona podążała za nim. Nie wiedziała gdzie idzie i musiała całkowicie polegać na nim, co nie za bardzo jej się podobało, ale nie miała innego wyjścia. Trzy piętra wyżej, znalazła się przed wielkimi wrotami, prowadzącymi na zewnątrz. Kiedy mężczyzna je otworzył, zamarła. Na placu zamku stali jacyś ludzie uzbrojeni po zęby w siekiery, pochodnie i inne narzędzia, na które teraz nie zwracała uwagi, bo jedyne co ją interesowało to jak do cholery mieli to przeżyć!
- O... - odezwał się niewzruszony Myrnin. - Jedzonko. Poczekaj młoda damo - powiedział po czym rzucił się do przodu po kolei dopadając jednego po drugim i zabijając go. Jakoś tak po trzech minutach na placu stał tylko Myrnin. Hermiona patrzyła na niego szeroko otworzonymi oczami. - Chodź, póki nie przyjdą kolejni - powiedział. Ruszyła więc powolnym krokiem w jego kierunku, omijając leżące na ziemi ciała. - Przepraszam za taką masakrę na twoich oczach, ale nie ma czasu na delikatność. - Rozumiała to doskonale, ale mimo wszytko wywoływało to jakiś szok. I nagle stało się coś, czego się nie spodziewali. Usłyszeli tylko świst, po czym Hermiona widziała jak Myrnin porusza się z prędkością światła. Kiedy odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, dostrzegła w jego piersi strzałę. Domyśliła się, że uratował jej życie. Spojrzała na prawdopodobny kierunek wystrzelonej broni i zobaczyła jakiegoś faceta stojącego na dachu jednej z wierzy. Myrnin złapał za strzałę, wyjął ją z ciała i rzucił za siebie. Wydawało się, że nie zrobiło mu to żadnej krzywdy. Zaśmiał się nawet. - Daje ci trzy sekundy - krzyknął do napastnika. - Raz! Dwa! - facet z łukiem nie ruszył się jednak. Hermiona i Myrnin zauważyli, jak  powoli zostają otoczeni. - Hermiono uciekaj. Biegnij jak najszybciej i nie odwracaj się za siebie - wyszeptał.  
- Ale...
- Biegnij! - krzyknął i ruszył na pierwszego wroga, który odważył się zbliżyć. Dziewczyna odwróciła się do głównej brami i zaczęła biec. Prawie dopadł ją jakiś gościu, ale Myrnin był szybszy i dorwał go zanim ją sięgnął. Kiedy przekroczyła bramę wejściową, zatrzymała się i spojrzała na niego. W tej właśnie chwili ktoś przebił go strzałą, ale inną niż wszystkie. Widziała, że go to zabolało. Upadł na ziemię. Przekręcił głowę w jej stronie, a jego usta ułożyły się w słowo "uciekaj". Dziewczyna widziała jak zbliża się do niego jeden z przeciwników, trzymając sztylet w ręce. Chciała mu pomóc, ale wiedziała, że gdy to zrobi, zginie. Chciała uciekać, ale jednocześnie nie mogła przestać patrzeć na tę straszną scenę. Nóż zawisnął w powietrzu, po czym wbił się w serce Myrnina. Ten wydał tylko cichy jęk, po czym ostatni raz wypuścił powietrze z płuc. Jego głowa bezwładnie opadła na bok. Nie żył. Hermionie napłynęły łzy do oczu, ale wiedziała, że jeśli zaraz się nie ruszy, ją też dopadną. Myrnin uratował ją nie dlatego, żeby teraz dała się zabić. Odwróciła się więc gwałtownie i zaczęła biec jak najszybciej. Biegła krętą dróżką, w dół. 


Po prawej stronie była przepaść, ale dziewczyna starała się nie zwracać na to uwagi. Biegła możliwe jak najdalej niej. W końcu droga stała się bardziej bezpieczna. Minęła godzina, odkąd tak biegła. Teraz jej tempo było wolniejsze niż na początku, ale postanowiła się nie zatrzymywać. Robiło się coraz ciemniej, a ona nie miała pojęcia gdzie się znajduje. Zobaczyła, że nad jej głową coś przelatuje i zmierza w kierunku innej góry. Spojrzała w tę stronę i dostrzegła anioła. Tak... to był anioł. Kiedy zmrużyła oczy, patrząc na górę, dostrzegła, że w okół niej krąży ich więcej. Nigdy czegoś tak pięknego nie widziała. Zatrzymała się i odwróciła, ponieważ usłyszała jakiś szelest. Przed nią stał anioł. I to nie byle jaki, tylko ten, który siedział w celi, w Hogwarcie. Hermiona nie bardzo wiedziała co ma zrobić, dlatego stała i się patrzyła. Anioł odwrócił się do niej tyłem i ruszył przed siebie.


- Kajm! - krzyknęła. Z tego co pamiętała, tak właśnie nazwała go profesor McGonagall. - Jesteś Kajm, prawda? - Anioł zatrzymał się, odwrócił i spojrzał na nią. Nagle zgiął lekko kolana i wzbił się w powietrze. Wylądował tuż przed nią. Wyglądał po prostu bosko... Przejrzał się jej uważnie, zmrużył oczy i przekręcił głowę w bok.
- Hermiona Granger... - zdawało jej się, a może naprawdę się lekko skłonił. - Co tu robisz?
- Ja... - zastanawiał się czy mu zaufać. Normalnie nie powinna, ale i tak nie miała nic do stracenia. - Zgubiłam się. To znaczy... zostałam porwana i uciekłam z zamku Ghor. - Chłopak uśmiechnął się. Był tak przystojny, że nie mogła oderwać od niego oczu. Na dodatek miał rozpiętą koszulę i widać było jego cudowną klatę. Normalnie każda dziewczyna padłaby, wliczając Hermionę, ale teraz nie mogła sobie pozwolić na odpłynięcie. - Gdzie jestem?
- Witaj w górach Grampin.
- Gdzie jest Hogwart? Chcę tam wrócić.
- Hogwart? - zaśmiał się. - Jaki Hogwart? - Nie wiedziała zbytnio o co mu chodzi. Nie mogła go rozgryźć. Wiedziała, że jest bardzo niebezpieczny, ale wydawał się taki... spokojny, poważny, a zarazem zabawny, godny zaufania. - Mogę cię tam zabrać... - odparł - jeśli się nie boisz... - dodał po chwili.
- Chcę tam wrócić - oznajmiła.
- Jak sobie życzysz. Zabiorę się tam.
- Jak?
- Odwróć się... - powiedział. Tak też zrobiła. Stała teraz do niego tyłem. Kajm zbliżył się i poczuła dotyk jego ciała na swoich plecach. Objął ją w talii, a ona lekko złapała jego ręce. Poczuła jego oddech na swoim karku. Jego skrzydła powoli ją otulały i zamykały jak w kokonie. Zamknęła oczy i napawała się tą chwilą, aż nagle poczuła mocne szarpnięcie w górę. Kiedy otworzyła oczy i spojrzała w dół, była 10 metrów nad ziemią. Złapała się go mocniej, w każdej chwili mogła spaść, ale czuła się bezpieczna. Wiatr delikatnie muskał jej twarz. Po kilku minutach niesamowitego lotu zaczęli zbliżać się ku dołowi. W końcu Kajm delikatnie wylądował na ziemi i puścił ją. Stanął naprzeciwko i uśmiechnął się lekko.
- Gdzie jest Hogwart? - zapytała widząc za nim same wzgórza.
- Odwróć się - odrzekł spokojnie. Kiedy to zrobiła, serce jej stanęło. Były tam same ruiny... Hogwart już nie istniał.




"Ludzka dusza bez miłości jest jak anioł bez skrzydeł,
pusta, upadła, samotna, zagubiona, nie ma po co żyć.
Bo straciła najważniejszą rzecz, wielką przyjaźń
i miłość ponad wszystko..."








czwartek, 12 marca 2015

Rozdział 28: "Na zamku Ghor" cz.I


"Czasem jedna, mała kropla
szczerych, bezinteresownych 
uczuć wystarczy, żeby zmienić
"potwora" w człowieka,
tylko trzeba trafić tą kroplą
w jego serce..."

Hermiona powoli otworzyła oczy, ale nie zrobiło to jej żadnej różnicy - nadal ciemność. Jedyne co pamiętała to uśmiech Simona... to znaczy Saitana, a potem pustka, zupełnie nic. Czuła w powietrzu wilgoć i nawet chyba gdzieś w oddali słyszała ciche kapanie. Dotknęła swojej kostki, na której było coś zakleszczone - kajdany. Świetnie, pomyślała. Próbowała odgadnąć, gdzie się znajduje, ale los nie dał jej nawet szansy, ponieważ nic nie widziała. Chrząknęła, a jej głos odbił się echem od ścian, jednak po jej prawej stronie ktoś się poruszył, a przynajmniej ona miała nadzieje, że to "ktoś", a nie "coś".
- Halo? - powiedziała. Wyobraziła sobie scenę jak z horrorów, które kiedyś oglądała z Cho, kiedy te wszystkie dziewczyny głupie wołają "halo" z nadzieją, że ktoś im odpowie. Było to głupie, ponieważ gdyby w ciemnościach coś się czaiło, to odpowiedziałoby: "Hej jestem tutaj, jestem mordercą i przyszedłem cię pokroić na kawałki, usmażyć a potem zjeść"? Hermiona już chciała sama siebie walnąć, ponieważ nie wie co może się tam czaić a swoim "halo?" tylko zdradziła swoją pozycję, jednak wyszło jej to na dobre, bo po chwili usłyszała:
- Nie, nie, nie... uspokój się, ciii... - głos był cichy, ale dało się rozróżnić płeć. Był to jakiś mężczyzna, chyba dość stary. - Znów ci się wydaje... tu nikogo nie ma. Nikogo nie ma Myrnin! Siedzisz tu tak długo...
- Przepraszam - przeszkodziła Hermiona.
- Nie, nie, nie... ciii... ktoś tu jest. Tak! Naprawdę... nie... ciii... daj spokój Myrnin! Tak długo! Tak długo!
- Halo...? - spróbowała znowu dziewczyna. - Nazywam się Hermiona i...
- Ktoś tu jest! Tak... dziewczyna! Może to jedna z nas... może to jedna z nich! Tak jedna z nich! Cii..
- Yyy... przepraszam pana. Zostałam tu uwięziona. Nie mam pojęcia gdzie jestem. Nazywam się Hermiona Granger, jestem uczennicą Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
- Hermiona, Hermiona, Hermiona... - z każdym wyrazem głos był coraz bliżej. Nagle przed jej oczyma ukazał się płomień. Niewiele on oświetlał, ale Gryfonka widziała bladą rękę, która trzymała zapaloną zapałkę. Płomień zbliżył się do jej twarzy, a ona skrzywiła się lekko i przymrużyła oczy nie wiedząc co się dzieje. Nagle ogień szybko się oddalił i gdzieś zniknął, a po chwili znów rozbłysnął tym razem zapalając kolejno świeczki ustawione na podłodze. Dziewczyna siedziała i obserwowała jak powoli całe pomieszczenie wypełniają małe płomyki. Nie dawało to dużego światła, ale stwarzało przyjazną atmosferę i nie czuć już było wilgoci.


Po chwili naprzeciwko niej usiadł jakiś mężczyzna. Nie widziała dokładnie jego twarzy, ale uznała, że jest dość stary, jednak nie z wyglądu, bo z wyglądu miał ok 30 lat i był dość przystojny. Miał ciemne opadające kosmykami włosy, jeszcze ciemniejsze oczy, oraz bladą cerę. Wydawał się bardzo wysoki i miał w sobie coś niebezpiecznego, ale zarazem interesującego. Teraz patrzył na nią, jakby nie wierzył, że tu jest... i pewnie tak było.
- Ym... Jestem Hermiona - powtórzyła dziewczyna czując się trochę niezręcznie. Mężczyzna albo tego nie zauważył, albo miał to gdzieś.
- Nie jestem głupi - odpowiedział nie odrywając od niej oczu. - Już to mówiłaś.
- Yyy... - zdziwiło ją to niezmiernie, a jeszcze dziwniejsze było to, że wyciągnął rękę i dotknął jej stopy. Nie wiedziała co to miało znaczyć.
- Przepraszam... - powiedział. - Nie wiem jak w tych czasach należy się witać. Dawno z nikim nie rozmawiałem. Wybacz, jeżeli zrobiłem coś nieprzyzwoitego.
- Nic się... nie stało... - odparła trochę zbita z tropu. - Jak się pan nazywa?
- Nie pan, nie pan... Jestem Myrnin. Witam cię Hermiono. Musisz stąd odejść jak najszybciej.
- Ale ja nie wiem gdzie jestem!
- Jesteś w górach Grampin. W zamku Ghor. Witam w podziemiach pałacu, a konkretniej w lochach. Nie wiem po co tu przybyłaś, ale musisz stąd szybko uciekać.
- Jak? I dlaczego?
- Tak, jak tu przyszłaś, ponieważ wydajesz się miła.
- Zostałam porwana! - powoli zaczęła denerwować ją to jego tajemnicze gadanie.
- Oh... - westchnął. - A już cię polubiłem...
- Ale...? O co ci chodzi?
- Nie chciałbym zrobić ci krzywdy... - oznajmił z takim spokojem i powagą, że zamilkła przerażona - Bo widzisz... każdy kto zostaje ze mną uwięziony, po kilku dniach wydostaje się na zewnątrz. To znaczy, jego zwłoki zostają wynoszone, aby zrzucić je z najwyższej góry, aby jego ciało przepadło na zawsze.
- Ty jesteś jakiś chory czy jak?!
- Przepraszam Hermiono, ale taki już jestem. Jestem potworem, choć wcale tego nie chcę. Więc dla ciebie będzie lepiej, jeśli zaraz stąd pójdziesz.
- Ślepy jesteś?! - dziewczyna potrząsnęła łańcuchami przywiązanymi do nóg. - Nie mogę się stąd ruszyć! I nie strasz mnie tak!
- Przepraszam... - mężczyzna wstał. Jego twarz posmutniała. Hermionie zrobiło się go żal, chociaż wcale go nie znała. Mimo tego, że był starszy, wydawało jej się, że on potrzebuje opieki, że jest bezbronny, słaby.
- Nic... nic się nie stało - próbowała go pocieszyć.
- Ale się stanie - Myrnin spojrzał na nią. - Dlatego szybko wymyśl coś, dzięki czemu będziesz wolna.
- A ty jak się uwolniłeś? - zapytała widząc, że on może się swobodnie poruszać. Zaczęła coś majstrować przy zamku kajdan.
- Nie pamiętam już... to było tak dawno... - zaczął się przechadzać po pomieszczeniu. - Oni chyba specjalnie mnie tu tak trzymają i wrzucają mi tego, kogo chcą się pozbyć. Wiedzą, że nikt już stąd nie wyjdzie cały.
- A właściwie to dlaczego miałbyś mnie zabić? Powiedziałeś... że wydaję się miła.
- Taka moja natura. Zabijam. Po prostu.
- Ale...
- Dziecko, lepiej żebyś nie wiedziała - stwierdził stanowczo.
- Wolę wiedzieć co mnie zabije - odburknęła. - Zresztą nienawidzę tajemnic, nienawidzę, kiedy ktoś coś przede mną ukrywa.
- To tak jak ja, moja droga! Jestem uczonym i muszę wiedzieć wszystko inaczej nie będę spał po nocach. Zawsze myślę tak długo, dopóki nie dowiem się tego, czego chcę. Oh... widzę, że jesteś bardzo mądra.
- Oficjalnie noszę tytuł encyklopedii w mojej szkole - oznajmiła.
- Hm... Jaka roślina sprawia, że wolniej się starzejemy? - zapytał.
- Imbir - odpowiedział błyskawicznie.
- Dobrze - uśmiechnął się. - Ale każdy głupi potrafi na to odpowiedzieć. Do czego służy Laur?
- Ochrania przed piorunami i halucynacjami.
- Bardzo dobrze. Niektórzy także mówią, że jeśli kobieta zje siedem liści, to..
- To poród będzie bezbolesny - dokończyła dziewczyna. - Czytałam o tym w pierwszej klasie. Łatwizna... - mówiła nie przerywając majstrowania przy kostce. Myrnin przyglądał jej się z zainteresowaniem.
- Do czego służy Raputnik?
- Efektem zażycia liści raputnika jest stan pobudzenia przypominający histerię. Przyjmowany w niewielkich ilościach w mieszankach ziołowych wykonanych przez specjalistów stanowić może nieszkodliwy środek pobudzający - wyrecytowała formułkę z podręcznika.
- Ładnie, ładnie - pochwalił. - Wymień mi trzy składniki Eliksiru Wielosokowego i do czego on służy.
- Ha! Eliksir Wielosokowy to ja ważyłam w pierwszej klasie! A więc potrzebny jest Laz, który koniecznie musi być zbierany przy pełni księżyca, Rdest Ptasi, który można znaleźć w lesie i sproszkowany róg dwurożca, dodajmy, że trudno go dostać, bo dwurożec zrzuca rogi raz na rok. No i oczywiście nie zapominajmy o muchach siatkoskrzydłach, pijawkach, ślazach, skórce boomslanga i rzeczy kogoś, w kogo chcemy się zmienić na przykład włos. Kiedyś przez przypadek zamieniłam się w kota... To było... dość obrzydliwe.
- Bardzo dobrze. A do czego jest potrzebna warzucha?
- Do wywaru zakłopotania i wywarów zmartwiających - odpowiedziała bez mrugnięcia okiem.  
- Oh... dlaczego akurat taką osobę musieli tu przysłać. Nie mogli cię oszczędzić? Takich ludzi jak my jest mało.
- To może hm... mnie nie zabijaj??
- Hermiono... ja bardzo bym chciał to kontrolować, ale nie mogę. Ja jestem potworem.
- Dziwne bo wyglądasz całkiem normalnie - mruknęła.
- Wiesz, bardzo mi kogoś przypominasz. Miała na imię Clarie.
- Tak? I co z nią?
- Też była taka młoda - Myrnin chyba zignorował jej pytanie - taka mądra, taka delikatna. Też ją tu przysłali. Nie pamiętam za co. Była młodą, ale bardzo doświadczoną czarodziejką. Wytrzymała o wiele dłużej niż inni... aż...
- Aż? - zainteresowała się. W oczach mężczyzny coś błysnęło. Był to wielki smutek, ale tak szybko zgasł, że gryfonka nie wiedziała już sama czy naprawdę to widziała, czy było to tylko złudzenie.
- Nie będę o tym mówić. Nie mówmy, pracujmy.
- Ale... - nie zdążyła nic powiedzieć, bo on podszedł szybko, chwycił łańcuchy i jednym mocnym szarpnięciem rozerwał je. Była tak zdziwiona, że kiedy pomógł jej wstać, o mało nie upadłaby. Ten jednak z prędkością światła stanął za nią i ją przytrzymał.
- Dalej dziecko nie mamy czasu do stracenia. Kto wie kiedy... - i nagle zamilkł. Tak po prostu. Odwróciła się do niego przodem i spojrzała na jego twarz. Źrenice miał powiększone do granic możliwości. Właściwie to miał całe czarne oczy. Teraz jego ręka zacisnęła się na jej nadgarstku tak, że na pewno zostanie ślad.
- Aua! - krzyknęła. - Myrninie co ty robisz?! Puść mnie, to boli!
- Nie chciałaś iść, pytałaś czemu? - Jego głos był inny niż przedtem. W oczach pojawiła się agresywna czerwień i Hermiona wstrzymała ze strachu oddech. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziała. -  Teraz znasz odpowiedź. Myślisz, że wszystko wiesz? Że znasz życie? Życie jest tajemnicą, a ty nie odkryjesz nawet jej 1%. Poznałem tajemnice tego świata, miałem na to dużo czasu i potrafię odczytać twoje myśli, potrafię sprawić, że za dwie sekundy będziesz martwa, ale skoro tak bardzo chcesz żyć to możemy się trochę pobawić. Teraz odpowiedz mi na pytanie: Jak długo człowiek może żyć bez kończyn? Najpierw palce, kości jeden po drugim. Takie smaczne, takie zabawne... - Nagle jego oczy znów przybrały normalny kolor. Źrenice zmalały, a jego uścisk już nie był taki mocny. Myrnin kilkakrotnie zamrugał i spojrzał na nią, jakby widział ją pierwszy raz. - Co powiedziałem? - zapytał już normalnym głosem. - Hermiona przepraszam cię! - momentalnie ją puścił i zakrył twarz. - Ja nie... ja nie chciałem. Wybacz mi. To nie byłem ja... ja nie... ja nie chciałem. Powinnaś iść. Dlaczego nie idziesz?! - Dziewczyna milczała. Nie wiedziała co ma zrobić. Oddychała, jakby przebiegła maraton. Gryfonka cofnęła się pod ścianę i osunęła się na podłogę. Myrnin zrobił to samo na drugim końcu pomieszczenia. - Przepraszam cię. Ja naprawdę nie chciałem. Czasem tak mam... ja... - on także ciężko oddychał. Już nic więcej nie powiedział tylko siedzieli tak i słyszeli swoje szybko bijące serca.
Hermiona zastanawiała się nad tym, co to mogło być, dlaczego mimo tego, że tak bardzo się przestraszyła, chciała mu w jakiś sposób pomóc. Było jej go żal, kiedy widziała jaki smutny teraz jest. On na prawdę tego nie chciał. Zrozumiała, że w środki niego siedzi jakiś potwór, który czasami wychodzi, a potem budzi się ten normalny Myrnin i nie wie, co właściwie się stało. Nagle Myrnin  przerwał ciszę:
- Zabiłem ją... - odezwał się bardzo cicho, mimo tego jego głos odbijał się echem od ścian. - Clarie... pewnego dnia otworzyłem oczy i zobaczyłem w okół mnie pełno krwi... Ja nie... ja nie chciałem - znowu zasłonił twarz dłońmi i cicho szlochał. - Ja tak bardzo nie chciałem. Myślałem, że tym razem będzie inaczej... Ale jestem potworem, nic tego nie zmieni... - w tej chwili spojrzał na Hermione - dlatego musisz uciekać... póki nie jest za późno...  

"Nie ważne jak długo będziesz tłumić w sobie wewnętrznego potwora.
On i tak się uwolni.
Najczęściej staje się to w najmniej oczekiwanym momencie.
Miej się ciągle na baczności, żeby zdołać go ponownie uwięzić.
Jeśli tego nie zrobisz... stracisz siebie."

sobota, 7 marca 2015

Rozdział 27 "Przeżyję"


"Cisza działa kojąco...
Potrafi po cichu sklejać
porwane na strzępy serca."


Dziewczyna nie mogła spać, więc teraz włóczyła się po ciemnych korytarzach zamku. W środku było pusto, ponieważ wszyscy znajdowali się na głównym placu. Była zima, ale chyba pierwszy raz w dziejach Hogwartu nie było ani śniegu, ani mrozu. Hermiona zostawiła w tyle rannych przyjaciół, potrzebowała przemyśleć pewne sprawy. Nie minęło parę minut, kiedy zorientowała się, że ktoś się zbliża.

Hermiona nie zareagowała tylko nadal szła przed siebie. Chwilę później z mroku wyłoniła się jej dobrze znana sylwetka.
- Hermiona - zdziwił się Fred.
- Fred - zdziwiła się Hermiona.
- Myślałem, że już śpisz - oznajmił zbliżając się. Zatrzymali się i stali teraz twarzą w twarz.
- Dobrze wiesz, że nikt z nas nie potrafi dziś zasnąć. Co robisz?
- Chciałem... potrzebowałem samotności.
- Oh... to ja już pójdę - powiedziała chcąc go wyminąć, ale ten złapał ją za rękę,
- Nie... czekaj. Myślałem o tobie. Obydwoje wiemy, że musimy porozmawiać. - Dziewczyna nic nie powiedziała, ale spuściła głowę na dół i zbliżyła się.
- Wiem Fred, ale... boję się tej rozmowy.
- Hej - chłopak odchylił się śmiesznie i spojrzał na nią - myślisz, że gryzę?
Dziewczyna uśmiechnęła się, ale nie podniosła głowy.
- Słuchaj... - zaczął. - Tęskniłem.
- Bałam się, że nie wrócisz... - wyznała.
- Ja też. Bałem się, że już nigdy cię nie zobaczę, że nie powiem ci wszystkiego. Nie chciałem się z tobą rozstawać w taki sposób.
- Słuchaj, to z Draco to nic nie było, ja...
- Wiem... przepraszam cię. Jak mogłem pomyśleć, że ty i on...
- Eh... - westchnęła. Granger spojrzała na niego. Patrzyli sobie w oczy. Na myśl, że są tutaj sami dziewczyna drgnęła, lecz on, na szczęście, tego nie zauważył.
- Jak się czujesz? Nic ci się nie stało?
- Nie... ale... słyszałeś o Benny'm?
- Tak - przyznał ze smutkiem. - Hermi? Ty... czułaś coś do niego?
- Tak... ale tylko jak do przyjaciela. Przecież wiesz.
- Przykro mi... chciałbym mu podziękować, za... - Fred nie dokończył, ponieważ ona się rozpłakała. Nie myśląc długo przytulił ją - Ciii... już dobrze - mówił - tak musiało się stać. To był jego wybór. Nie przejmuj się tym już. Teraz jest mu lepiej, już nie cierpi, jest przy tobie. Nie chciałby, abyś płakała po nim. Trzeba żyć dalej. Już tego nie zmienimy, ale nie możemy marnować naszego cennego czasu na łzy. Taka śliczna dziewczyna jak ty nie może płakać. Hermi jesteś silna, nie płacz już. Jest dobrze. Jesteśmy bezpieczni,..
- Wiem, ale nie wyobrażam sobie życia bez nich wszystkich - wyszeptała. - Ja chcę, aby było tak jak dawniej.
- Hermi... czasem coś się zmienia, a my nie mamy na to wpływu. Musimy się po prostu z tym pogodzić, bo tak już będzie. Naszym zadaniem jest teraz się dostosować i zrobić wszystko, aby nie działo się nic gorszego.
- Na pewno nie stanie się nic lepszego.
- Zawsze jest jakieś szczęście w nieszczęściu. Trzeba tylko dobrze poszukać.
- Tak? A więc jakie jest twoje? - zapytała odrywając się od niego i trochę cofając. Chłopak przez chwile myślał po czym odpowiedział:
- Ty... Moje szczęście to ty - oznajmił spokojnym głosem. Nastała cisza. Fred i Hermiona stali tak patrząc się na siebie. Dziewczyna wstrzymała oddech i nie wiedziała co ma teraz robić. Bała się drgnąć, aby czegoś nie zepsuć. Fred chyba chciał zobaczyć jakąś reakcję, ale nie doczekał się, ponieważ ona kompletnie odpłynęła w swój świat. Cały czas miała w głowie jego słowa. Odbijały się echem i krążyły w jej umyśle, a kiedy wreszcie dotarły do serca nie miała pewności czy powinna to zrobić, ale teraz nie liczyło się co może, tylko czego chce. A jak nigdy przedtem chciała go pocałować... Dziewczyna zrobiła krok do przodu i pocałowała go, a on szybko ją objął. Chyba właśnie na to czekał, ponieważ szybko oddał pocałunek, który wcale nie był delikatny, ale na delikatność był czas kiedyś tam. Dziś nie liczyło się nic poza nimi. Hermiona objęła go za szyję, a on przycisnął ją do siebie. Granger jeszcze nigdy nie było tak wygodnie. Mogłaby tak stać i stać przez wieczność, kiedy nagle przypomniało jej się, że musi oddychać. Oderwała od niego swoje gorące, pulsujące usta i nabrała powietrza. W między czasie spojrzała na niego i widząc te słodkie iskierki w jego oczach, uśmiechnęła się. Już tęskniła za jego słodkimi, delikatnymi ustami, dlatego zaraz znowu go pocałowała, ale tym razem delikatniej,

~ o ~

To było niesamowite! Po prostu zbliżyłam się i go pocałowałam. Zaskoczyło mnie to, że niemal w tej samej chwili on pocałował mnie. Jego dłonie znalazły się na mojej talii i przyciągnął mnie do siebie, a moje ręce owinęły się w okół jego karku. Musiałam stać na palcach, ponieważ był wyższy. Całowaliśmy się namiętnie i chciałam, aby to trwało wiecznie. Po pewnym czasie oderwałam od niego swoje usta, aby zaczerpnąć powietrza. Obydwoje mieliśmy przyśpieszone tętno i oddychaliśmy szybciej. Po chwili znów czułam te słodkie usta przyciskające moje, drgnęłam kiedy delikatnie musnął mnie w policzek. Nie wierzyłam w swoje szczęście. Trzymał mnie tak, jakbym miała mu uciec, ale ja nie zamierzała się stamtąd ruszać choć na krok. Było mi tak gorąco, że chyba można było usłyszeć syk unoszącej się z mojego ciała pary. Nasze głośno bijące serca nadawały rytm naszym ognistym pocałunkom. Nogi miałam jak z waty i gdyby nie trzymał mnie to chyba bym padła. Nie mam pojęcia ile to trwało, ale jak dla mnie było za krótko. Fred chciał się odsunąć, ale przytrzymałam go pocałunkiem. Teraz trzymał ręce delikatnie na moich biodrach. O dziwo jakoś trzymałam się na nogach. Wiedziałam, że w końcu to niestety musi się skończyć, dlatego powoli oderwałam swoje usta. Staliśmy tak stykając się czołami i głośno oddychając. Kiedy się wyprostował uniosłam głowę, aby spojrzeć mu w oczy. Cieszył się, ale chyba chciał coś powiedzieć, dlatego ja milczałam. Złapał mnie za rękę.
- Nawet nie wiesz - zaczął - jak długo chciałem to zrobić. 
- Nawet nie wiesz, jak bardzo za tobą tęskniłam - odpowiedziałam.
- Nawet nie wiesz, jak często o tobie myślałem.
- Nie masz pojęcia jak bardzo cię kocham - zakończył. Nie odpowiedziałam na to, choć bardzo chciałam. To teraz miał nastąpić ten moment, którego tak bardzo się obawiałam.
- Fred... 
- Hermiona... tak bardzo chciałbym z tobą być - przerwał mi.
- Fred... - spróbowałam ponownie. 
- Po prostu mi powiedz, czy ty chciałbyś być ze mną - uśmiechnął się, ale mi nie było do śmiechu.
- Tak... - odpowiedziałam cicho, na co on się rozpromienił. Jeszcze bardziej nie miałam serca powiedzieć mu to, co musiałam. - Ale nie będę - po tych słowach zamilkłam. Czułam jak serce mi pękło. Widząc jego twarz jeszcze bardziej chciałam sobie przyłożyć. Fred był zdziwiony i to mocno. No cóż... ja też byłabym na jego miejscu. 
- Ale... - nie rozumiał - dlaczego?
- Fred nie mogę teraz. Teraz mamy dużo spraw na głowie. Chciałabym, abyś wiedział co na ciebie czeka po wojnie. Jak tylko to się skończy, obiecuję ci, że będziemy razem. Dlatego musisz przeżyć rozumiesz? Obiecaj mi, że przeżyjesz. 
- Obiecuję... chcę być z tobą, ponieważ nigdy nie czułem czegoś takiego do innej osoby. Przeżyję dla ciebie. 
- Musisz. Przepraszam, ale...
- Dobrze... rozumiem. Hermiono Granger kocham cię. 

~ o ~

Fred nachylił się i złożył na jej ustach bardzo delikatny pocałunek. Dziewczyna uśmiechnęła się smutno. Chciała z nim być. Tu i teraz, ale chciała mieć pewność, że przeżyje. Musi zrobić wszystko, aby przeżyć. Nie wytrzyma, jeżeli znów go straci.
- Muszę iść Fred... - oznajmiła. - Dowiem się co dalej robić.
- Dobrze... Ale Hermiona pamiętaj, że cię kocham. 
- Wiem - dziewczyna przytuliła się do niego. Zacisnęła powieki, aby się nie rozpłakać. Wzięła głęboki wdech i odsunęła się. - Spróbuj się wyspać - poleciła i wyminęła go. Odwróciła głowę aby jeszcze raz spojrzeć na swoją miłość. Stał tam i patrzył na nią, dopóki nie zniknęła w mroku. 
Hermiona nie wiedziała, czy ma płakać, czy skakać ze szczęścia, ale postanowiła zostawić te rozważania na inną godzinę. Poruszała się do przodu, dopóki nie usłyszała jakiegoś szelestu za zasłoną. Zatrzymała się i spojrzała za siebie.
- Fred... nie musisz mnie śledzić. Nic mi tu nie grozi - powiedziała przekonana, że to on nie może się z nią rozstać. Odwróciła się i jej oczom ukazała się stojąca kilka metrów przed nią sylwetka chłopaka. - Ym... Cześć... - przywitała się nie widząc dokładnie kto to. Wiedziała tylko, że nie był to żaden z bliźniaków, ponieważ nie mieli takiej postawy ciała, aczkolwiek ten człowiek też był wysoki. Hermiona zrobiła krok do przodu i wtedy zobaczyła błysk czerwonych oczu. Przestraszona przyłożyła dłoń do ust i chcąc uciec, odwróciła się, lecz nagle przed nią pojawił się ów chłopak.
- Witaj ponownie księżniczko - uśmiechnął się złowieszczo Saitan.
- Simon! - wyszeptała przerażona. 
- Mi też jest miło - odpowiedział. - Mam nadzieję, że nie obrazisz się, jeśli zabiorę cię w nieco lepsze miejsce? - Dziewczyna nic nie odpowiedziała, wiedziała, że nie ma szans na ucieczkę, ani pomoc. - Tak myślałem... - wyszczerzył się i to było ostatnie co zobaczyła. Potem nastała ciemność... 
       

"Życie to pamiętnik
z porwanymi kartkami..."

piątek, 6 marca 2015

"Co ściany widziały, co drzewa słyszały" #1




Hogwart pogrążony był we śnie. Przynajmniej tak by się zdawało. Prawda była taka, że tej nocy nikt nie mógł zasnąć. Wszyscy stracili kogoś bliskiego i wszystkich ogarnęła rozpacz. 


Hermiona mimo tego, że naprawdę starała się zasnąć, ciągle miała przed oczyma bladą twarz Benny'ego, który teraz, przykryty białym prześcieradłem, leżał u stóp Bijącej Wierzby, wraz z innymi ofiarami. Najgorsze było to, w jaki sposób zginął, i że nie zostanie za to nawet godnie pochowany. 




Harry ciągle zastanawiał się co mają dalej zrobić. To wszystko wydawało się takie nierealne. W jednym dniu stracili tak dużo ludzi, kolegów, przyjaciół, a wszystko to przez Voldemorta i jego syna. Harry'ego trochę dziwił fakt, że jeszcze ani razu go nie widział. To tylko potęgowało jego strach, bo to oznacza, że Voldemort najlepsze zostawił na koniec. Chłopak nie miał pojęcia co zrobić i to go najbardziej dołowało - jego bezradność. Zdawał sobie sprawę z tego, że wszyscy na niego liczą, ale on nie miał pojęcia. Jak miał walczyć z wrogiem, z którym nigdy nie miał do czynienia?


Dumbledor'e zamknął się w swoim gabinecie z kilkoma nauczycielami i czarodziejami, aby zastanowić się nad dalszym planem. Mieli obowiązek dbania o swoich uczniów. Nie mieli ich nawet gdzie wysłać, ponieważ nikt nie wiedział, czy ich rodziny nadal żyją. Jedyne, czego wszyscy byli pewni to tego, że trzeba coś wymyślić jak najszybciej, ponieważ każda chwila dawała przewagę Voldemortowi i  w każdej chwili Ten Którego Imienia Nie Wolno Wypowiadać, mógł złożyć im niespodziewaną wizytę. 


Ten jednak miał teraz inne problemy na głowie. Nie przewidział tego, że jego syn może obrócić się przeciwko niemu. Wyglądało na to, że Voldemort nie miał już nic do powiedzenia. Saitan stwarzał mu poważne zagrożenie. 



Bardzo niebezpieczne czasy nastały dla wszystkich. Ci, którzy byli u góry, są teraz na dole. Ci, którzy byli na dole, mogą być u góry. Wszystko rozegra się już wkrótce. Tylko nikt nie wie jak. Nikt nie wie gdzie... i nikt nie wie, jaki będzie wynik. 


~ o ~


Hej ludziska! Raz po raz będę dodawać bardzo krótkie posty pt "Co ściany widziały, co drzewa słyszały" chodzi w nich o to, aby o czymś dopowiedzieć, co dzieje się teraz u niektórych bohaterów. Lecz nie martwcie się. Nie znaczy to, że takim krótkim czymś zastąpię cały rozdział, nie, nie... po prostu jeśli w piątek (bo zazwyczaj piszę w piątek) nie będę miała czasu, aby napisać cały rozdział - dodam to, za to w sobotę dodam cały rozdział. Myślę, że nawet takie coś jest lepsze od pustki :P A więc do zobaczenia jutro! <3