sobota, 28 maja 2016

Rozdział 45: "Śmierć potężnego"


"Zawsze trzeba działać. Źle czy dobrze,
okaże się później.  
Żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania,
wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy
przynoszą smutek i żal, nie żałuje się."

Nie było żadnej strategii. Niczego nie było. Różdżka w dłoń i do boju. Hermiona z Ronem wparowali do zamku przez główną bramę gotowi rzucać zaklęcia. Na ziemi leżały ciała. Setki ciał. Pełno krwi. Okropny zapach. Porozrzucane różdżki. Niedomknięte oczy. Pourywane ręce. Otwarte rany. Wszędzie dało się słyszeć odgłosy walki. Zaciętej walki. Mury się waliły. Ludzie przeraźliwie krzyczeli. Zaklęcia zlewały się w jeden ryk. Jakby wrzaski z otwartego piekła. Śmierciożercy przeciwko nauczycielom i uczniom. Skąd się tu wzięli? Nie byli to uczniowie Hogwartu. Dwójka przyjaciół niezwłocznie przystąpiła do walki posuwając się na przód. Szukając Harry'ego albo Freda. Chociaż było tu setki ludzi, Hermiona już po chwili wiedziała, że ich nie ma. Nie ma też Voldemorta ani Saitana. Musiała ich znaleźć.
W końcu przedostała się do jakiegoś korytarza. Tu też toczyła się bitwa. Zobaczyła jak śmierciożerca atakuje od tyły jakąś małą blondynkę. Nie zastanawiając się, rzuciła w niego zaklęcie. Uczennica zobaczywszy co się właśnie stało, skinęła jej wdzięcznie głową.
- Jeśli szukasz Wybrańca, jest w tej największej sali z Voldemortem. Nie da się tam dojść, ściana się zawaliła i nie ma dostępu. Chociaż i tak nikt nie chciałby tam iść.
- Jest sam?
- Nie wiem.
- Okej, dzięki!
- Chyba tam nie pójdziesz?
- To jest mój przyjaciel.
- Zginiesz! - krzyknęła za nią jasnowłosa, ale Granger już zniknęła w innym korytarzu.
Rzeczywiście - po jakimś czasie dostrzegła przejście zawalone kamieniami.
- Locomotor! - wypowiedziała Hermiona wskazując różdżką pierwszy kamień. Zaczęła przenosić jeden po drugim, ale wskutek tego inne spadły w te miejsca.
- To nic nie da - powiedział ktoś za jej plecami.
- Draco? Co tu robisz? - zdziwiła się.
-Naprawdę myślałaś, że nie wrócimy?
- Ugh! Nie mieliście tego robić! - zdenerwowała się.
- Gdybym tego nie zrobił, nic byś nie wskórała, bo byłabyś martwa. Jeden ze śmierciożerców się do ciebie zakradał. Zaskoczyłby cię od tyłu.
Dziewczyna odwróciła się i rzeczywiście, zobaczyła leżące na ziemi ciało. Spojrzała na chłopaka.
- Dziękuję... - Przez chwile patrzyli sobie w oczy, jakby wymieniając się myślami. Blondyn uśmiechnął się lekko, po czym skupił się na głazach.
- Może zaklęcie Bombarda coś da?
- Spróbujmy - już chciała rzucić czar, ale chłopak złapał ją za ramiona.
- Nie! Czekaj...
- No co? Nie mamy czasu Draco!
- Chcę tylko wiedzieć co zrobisz, kiedy już będzie można tam wejść.
- Nie wiem, zobaczy się. Ważne jest to, żeby się tam dostać i im pomóc.
- Nie pozwolę ci tam wejść, jeśli od razu zginiesz, nie bądź głupia!
 - Nie będę stać bezczynnie i czekać! Więc albo mi pomożesz, albo zejdź mi z drogi.
- Eh... - westchnął. Nie miał wyboru, więc puścił ją i stanął z boku gotów do działania.
- Bombarda! Bombarda Maxima! 
Ściana z kamieni ustąpiła czarowi. Już przez pył widać było latające na wszystkie strony zaklęcia. Kiedy opadł, zobaczyli wejście, a za nim ogromną komnatę. Wparowali do środka jak oparzeni i rozejrzeli się. Sytuacja wyglądała następująco: wszędzie mnóstwo kamieni, posadzki zniszczone, krew na podłodze, Voldemort wściekły rzuca zaklęcia w Harry'ego, a ten, cofając się - odbija je. Z drugiej strony Saitan torturuje Dumbledore'a. A Bellatrix stoi na wpół rozwalonych schodach i szczerzy się w uśmiechu. Gdy tylko dostrzegła Hermionę, jej wyraz twarzy zmienił się na grymas niezadowolenia.
- O mamy towarzystwo! - wrzasnęła. - Crucio! - wymierzyła w Hermionę, ale ta odsunęła się w ostatniej chwili.
- Pomóż Dumbledor'owi! - poleciła Malfoy'owi. - Ja zajmę się tą jędzą.
Draco niezwłocznie pobiegł do Saitana, a dziewczyna zbliżyła się do kobiety na odległość około 4 metrów.
- AVADA KEDAVRA! - krzyknęły obydwie w tym samym czasie.
W tym momencie nastąpiło zjawisko nazywane "Priori Incantatem". Stało się tak, ponieważ Hermiona i Bellatrix posiadają różdżki o bliźniaczych rdzeniach, które zostały zmuszone do zabicia bliźniaczej "siostry" i odmówiły posłuszeństwa. Obydwie mają rdzeń z włókna ze smoczego serca. Gdy dwa czary zostaną rzucone jednocześnie przez walczących, różdżki zostają połączone za pomocą wąskiego promienia światła.  Z połączonych różdżek wytrysnęły promienie, które skrzyżowały się wokół czarodziejek, tworząc złotą sieć o kształcie kopuły - klatkę ze złotych promieni, do której nikt inny nie ma dostępu. Hermiona wiele o tym czytała i wiedziała, że za chwilę nastąpi pojedynek woli. Tak się też stało. Różdżka Lestrange została zmuszona do odtworzenia rzuconych za pomocą niej zaklęć. A ponieważ zabiła wiele osób, zaczęły się z niej wydobywać echo, przybierające formę wyglądu ostatnio zabitych ofiar. Dało się też słychać okropny wrzask (świadczyło to o rzucanych zaklęciach torturujących). Zmuszana jest do tego tylko różdżka przegranego, dlatego Granger zrobiła pewny krok do przodu, aby ta cofając się, straciła resztki siły. W końcu czerwony promień Hermiony zdominował niebieski promień Bellatrix, aż w końcu powalił ją na ziemię.
Upadając, wypuściła swoją różdżkę z ręki.


Po chwili leżała już tylko nieruchomo na ziemi, patrząc ślepo w sufit. Granger wiedziała, że nie żyje.

W tym samym czasie pojedynek na śmierć i życie toczył Harry z Lordem Voldemortem. Ich różdźki także złączyły się, a ich moc była tak potężna, że wszystko w okół zostało zdmuchnięte z powierzchni. Voldemort walczył aby pokonać swojego największego wroga, aby w końcu rządzić, być panem ciemności i najpotężniejszym człowiekiem na świcie. Zwykle trzymał różdżkę delikatnie i z łatwością przychodziło mu rzucanie zaklęć uśmiercających, jednak teraz musiał sobie dopomóc drugą ręką. Zaklęcie rzucone przez Harry-ego było tak silne, że niemal odpychało go. A to wszystko dlatego, że Potter walczył nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich czarodziejów. Walczył za zabitych, za swoich rodziców, rodziców Neville'a, za Benny'ego, George'a i wszystkich niewinnych, których krew nigdy nie powinna być przelana. Walczył o pokój, o pokonanie największego zła. Walczył w imię Miłości, dlatego moc bijąca od niego była potężniejsza od Voldemorta. Ta moc rosła i rosła, bo z każdą sekundą wyzwalała się w Harrym siła, dająca mu przewagę. Tą siłą właśnie byli wszyscy ci niewinni. Ich duchy stały za nim i dodawały energii.


- Nie! - wrzasnął Czarny Pan kiedy promień z różdżki Harry'ego był już bardzo blisko. W końcu nie wytrzymał i zmniejszył ucisk na swoją różdżkę. Wtedy właśnie ona wypadła mu z rąk, a czar został przerwany. Zanim to się jednak stało - zaklęcie wypowiedziane przez nich obojga, trafiło go prosto w serce. Pod Voldemortem ugięły się kolana. Upadł na ziemię, podpierając się rękoma. Spojrzał na chłopca, który nieruchomo stał przed nim i obserwował. Dostrzegł za nim wszystkie dusze, które zginęły w tej wojnie. Ze strachu rozszerzyły mu się oczy. W następnej sekundzie, wszystkie te duchy rzuciły się na niego, a on zaczął wrzeszczeć tak, że zatrzęsły się mury. Sam siebie obdzierał ze skóry, aż w końcu zaczął usychać i zmieniać się w proch, po czym uniósł się w powietrze jakby tchnieniem wiatru i poleciał na drugi koniec komnaty. Tam Saitan obserwował wszystko wielkimi, przestraszonymi oczami. Czarny pył otoczył go i on również począł się zmieniać. Po chwili nie było już widać jego sylwetki, a proch opadł na ziemię i rozwiał się tak, że nie zostało już po nim żadnego śladu.
Zapadła cisza. Hermiona i Harry patrzyli jeszcze w miejsce, w którym przed chwilą stał syn Czarnego Pana, a potem równocześnie na siebie spojrzeli.


Nie czekając ani chwili dłużej, podbiegli do siebie i mocno przytulili.


Stali tak chyba kilka minut, nie wierząc, że to naprawdę koniec. Obydwoje żyli. Nie szczędzili łez. Ale w końcu przypomnieli sobie o innych. Koniec wojny. Jak to pięknie brzmi. Ale zawsze pod koniec wojny przychodzi czas na ocenienie strat... a to bywa czasem najboleśniejsze.

"Przeciwności losu uczą mądrości...
Powodzenie ją odbiera..."





HEJ, HEJ, HEJ! 
Nasz blog zmierza już ku końcowi, pojawi się jeszcze kilka rozdziałów i epilog. Niestety wszystko ma swój czas. I to opowiadanie też kiedyś musi się skończyć, ale nie smućcie się... myślę nad nowym blogiem. Oczywiście jeśli ktoś go będzie czytał xD Tylko nie wiem czy pisać o Harrym czy wymyślić własnych bohaterów, własną historię. Oczywiście lepiej będzie mi pisać własną, bo nie muszę dbać o szczegóły związane z oryginalną wersją, ale no cóż... 
Jeśli to przeczytałeś - proszę zostaw komentarz, to cię nic nie kosztuje, zajmuje kilka sekund, napisz cokolwiek, nie musisz się logować, możesz z anonima, a wiele dla mnie znaczy. Dziękuję za przeczytanie i do następnego postu!!


Rozdział 44: "Jedyna opcja"

"Pewność istnieje jedynie
w stosunku do przeszłości,
natomias jeśli chodzi o przyszłość, 
to pewna jest tylko śmierć..."


Przyszła. Taka piękna w tej białej sukience. Miała włosy spięte w fryzurę, którą nie potrafię nazwać inaczej niż: perfekcyjna. Uśmiechała się do mnie. Z jej sylwetki wydobywało się światło, jakby była aniołem. Poruszała się powoli... od czasu kiedy ją zobaczyłem - nie czułem już bólu. Wiedziałem, że umieram. Leżałem na ziemi, pokryty chyba gruzami. Z mojej ręki leciała cienka stróżka krwi, ale nie chciałem na to patrzeć... tylko na nią. Już była prawie na wyciągnięcie ręki. Chciałem powiedzieć jej imię... Wydawało mi się, że gdy je wymówię - uleczy wszystkie moje rany. "Hermiona"... Już była przy mnie. Pochyliła się nade mną i położyła dłoń na mojej skroni. Poczułem tylko delikatny dotyk. Nie mogłem się ruszyć, ale nie martwiłem się wcale. Była przy mnie... w końcu. Jedyna osoba, którą chciałem w tej chwili przytulić, poczuć. Zagubiłem się. Ale mi wybaczyła... przyszła tu, więc mi wybaczyła. Więc mogłem umierać w spokoju, prawda? U jej boku... tak... piękniejszej śmierci nie mogłem sobie wymarzyć. Mogłem dołączyć do mojego brata... już na mnie czekał. Wszystko teraz wydawało mi się takie łatwe, do pokonania. Czułem niesamowity spokój, jakbym miał wszystko, czego od zawsze pragnąłem... ale nagle to się zmieniło. 
Otworzyłem oczy i zobaczyłem szary obraz rzeczywistości. Leżałem na posadzce, pod gruzami, niepewny czy we własnej kałuży krwi. Głowa bolała mnie niemiłosiernie, a Hermiona gdzieś zniknęła. Bo tak naprawdę wcale jej tu nie było. Możliwe, że nie żyła. Saitan sprawił, że byłem tylko ciałem, leżącym bezwładnie pod jakimś dużym kamieniem, nie mogąc się ruszyć. Próbowałem obrócić jakoś głowę, żeby zorientować się w sytuacji, ale poczułem silny ból w szyi. Sprawił, że odechciało mi się jakiejkolwiek czynności. "Chyba tu umrę" - przeszło mi mimowolnie przez głowę. "Sam". Głos w mojej głowie, który przywoływał te myśli, próbował się przebić przez nadzieję, trzeźwe myślenie i strach. Ta pierwsza nadal łudziła się, że zaraz zobaczę któregoś z przyjaciół. Ale nikogo tu nie było. "Nikt nie przyjdzie, Fred" - znowu on. Musiałem się skupić. Musiałem coś zrobić. Zostało mi albo to, albo umieranie, a na razie bardzo chciałem wyjść z tego cało. Różdżkę chyba ciągle trzymałem w ręce. Jednak na nic się to zda, jeśli nie mogę nią ruszyć. Po prawej usłyszałem kroki. Pierwsze postanowienie: odwrócić głowę. Niby nic, ale ta czynność sprawiła mi ogromną trudność i jeszcze większy ból. Nieźle.  Dobra. Cel drugi: dowiedzieć się kto idzie w moją stronę. To w sumie nie było trudne. Tylko jeden gość miał w okół siebie widoczną, czarną aurę. I nie był to gość, za którym bym szczególnie przepadał. Co więcej - był to gość, który mnie tak urządził. Saitan. Lepiej być nie może. Zaraz zginę. Świetnie. Myśl Fred, myśl!
Okej... skoro i tak miałem zaraz zginąć to chociaż spróbuję ocenić mój stan. Prawą nogę przygniatał kawałek ściany, ale nie bolało. Świadczyło to o tym, że albo nie jest tak źle... albo już po niej. Z mojej drugiej nogi coś wystawało. Kawałek drewna? Tak... chyba tak... aua. To znaczy...nie aua, bo to także nie bolało. Módlmy się, żeby to był szok pourazowy. Wtedy podobno się nic nie czuje... przynajmniej nie na jakiś czas. Zostawmy nogi - zobaczmy co z rękoma. Spróbujmy je podnieść. Było ciężko, ale po chwili mogłem poruszać lewą ręką. Za chwile dołączyła do niej druga. Chociaż tyle. Może spróbuję się podnieść? Coś czuję, że będę żałował...

~o~

Ron i Hermiona jakiś czas temu odłączyli się od grupy. Uczniowie nie chcieli wierzyć, że poszli zbierać jagody do jedzenia, ale nie mieli innego wyboru. Podążali do kryjówki, podczas gdy przyjaciele biegli na pomoc Harry'emu, Fredowi i nauczycielom.
- Jaki jest plan? - zapytał zdyszany chłopak.
- Nie ma planu! - odkrzyknęła Granger.
- Musi być plan!
- Wejść, przeżyć, wyjść z resztą!
- ...To bardzo dobry plan.
- I tego się trzymajmy.
Przed nimi ukazał się zarys zamku, w którym to, mieli nadzieję, wszystko się zakończy. Obydwoje byli zwarci i gotowi do ataku. Obydwoje zamiast lęku, czuli chęć walki. Obydwoje chcieli wygrać. I nie zwracali uwagi na to, że mogą zginąć, że poniosą jakiekolwiek straty. Mili dość tej wojny. I dlatego muszą ją zakończyć. Dzisiaj.


"Nigdy nie masz pewności, że 
"masz na to jeszcze czas".
Dlatego nigdy nie zwlekaj ze słowami,
które chciałbyś wypowiedzieć, ale się boisz,
z miłością, z gestem dobroci.
Nigdy nie masz pewności,
czy istnieje dla Ciebie czas przyszły."