sobota, 28 maja 2016

Rozdział 44: "Jedyna opcja"

"Pewność istnieje jedynie
w stosunku do przeszłości,
natomias jeśli chodzi o przyszłość, 
to pewna jest tylko śmierć..."


Przyszła. Taka piękna w tej białej sukience. Miała włosy spięte w fryzurę, którą nie potrafię nazwać inaczej niż: perfekcyjna. Uśmiechała się do mnie. Z jej sylwetki wydobywało się światło, jakby była aniołem. Poruszała się powoli... od czasu kiedy ją zobaczyłem - nie czułem już bólu. Wiedziałem, że umieram. Leżałem na ziemi, pokryty chyba gruzami. Z mojej ręki leciała cienka stróżka krwi, ale nie chciałem na to patrzeć... tylko na nią. Już była prawie na wyciągnięcie ręki. Chciałem powiedzieć jej imię... Wydawało mi się, że gdy je wymówię - uleczy wszystkie moje rany. "Hermiona"... Już była przy mnie. Pochyliła się nade mną i położyła dłoń na mojej skroni. Poczułem tylko delikatny dotyk. Nie mogłem się ruszyć, ale nie martwiłem się wcale. Była przy mnie... w końcu. Jedyna osoba, którą chciałem w tej chwili przytulić, poczuć. Zagubiłem się. Ale mi wybaczyła... przyszła tu, więc mi wybaczyła. Więc mogłem umierać w spokoju, prawda? U jej boku... tak... piękniejszej śmierci nie mogłem sobie wymarzyć. Mogłem dołączyć do mojego brata... już na mnie czekał. Wszystko teraz wydawało mi się takie łatwe, do pokonania. Czułem niesamowity spokój, jakbym miał wszystko, czego od zawsze pragnąłem... ale nagle to się zmieniło. 
Otworzyłem oczy i zobaczyłem szary obraz rzeczywistości. Leżałem na posadzce, pod gruzami, niepewny czy we własnej kałuży krwi. Głowa bolała mnie niemiłosiernie, a Hermiona gdzieś zniknęła. Bo tak naprawdę wcale jej tu nie było. Możliwe, że nie żyła. Saitan sprawił, że byłem tylko ciałem, leżącym bezwładnie pod jakimś dużym kamieniem, nie mogąc się ruszyć. Próbowałem obrócić jakoś głowę, żeby zorientować się w sytuacji, ale poczułem silny ból w szyi. Sprawił, że odechciało mi się jakiejkolwiek czynności. "Chyba tu umrę" - przeszło mi mimowolnie przez głowę. "Sam". Głos w mojej głowie, który przywoływał te myśli, próbował się przebić przez nadzieję, trzeźwe myślenie i strach. Ta pierwsza nadal łudziła się, że zaraz zobaczę któregoś z przyjaciół. Ale nikogo tu nie było. "Nikt nie przyjdzie, Fred" - znowu on. Musiałem się skupić. Musiałem coś zrobić. Zostało mi albo to, albo umieranie, a na razie bardzo chciałem wyjść z tego cało. Różdżkę chyba ciągle trzymałem w ręce. Jednak na nic się to zda, jeśli nie mogę nią ruszyć. Po prawej usłyszałem kroki. Pierwsze postanowienie: odwrócić głowę. Niby nic, ale ta czynność sprawiła mi ogromną trudność i jeszcze większy ból. Nieźle.  Dobra. Cel drugi: dowiedzieć się kto idzie w moją stronę. To w sumie nie było trudne. Tylko jeden gość miał w okół siebie widoczną, czarną aurę. I nie był to gość, za którym bym szczególnie przepadał. Co więcej - był to gość, który mnie tak urządził. Saitan. Lepiej być nie może. Zaraz zginę. Świetnie. Myśl Fred, myśl!
Okej... skoro i tak miałem zaraz zginąć to chociaż spróbuję ocenić mój stan. Prawą nogę przygniatał kawałek ściany, ale nie bolało. Świadczyło to o tym, że albo nie jest tak źle... albo już po niej. Z mojej drugiej nogi coś wystawało. Kawałek drewna? Tak... chyba tak... aua. To znaczy...nie aua, bo to także nie bolało. Módlmy się, żeby to był szok pourazowy. Wtedy podobno się nic nie czuje... przynajmniej nie na jakiś czas. Zostawmy nogi - zobaczmy co z rękoma. Spróbujmy je podnieść. Było ciężko, ale po chwili mogłem poruszać lewą ręką. Za chwile dołączyła do niej druga. Chociaż tyle. Może spróbuję się podnieść? Coś czuję, że będę żałował...

~o~

Ron i Hermiona jakiś czas temu odłączyli się od grupy. Uczniowie nie chcieli wierzyć, że poszli zbierać jagody do jedzenia, ale nie mieli innego wyboru. Podążali do kryjówki, podczas gdy przyjaciele biegli na pomoc Harry'emu, Fredowi i nauczycielom.
- Jaki jest plan? - zapytał zdyszany chłopak.
- Nie ma planu! - odkrzyknęła Granger.
- Musi być plan!
- Wejść, przeżyć, wyjść z resztą!
- ...To bardzo dobry plan.
- I tego się trzymajmy.
Przed nimi ukazał się zarys zamku, w którym to, mieli nadzieję, wszystko się zakończy. Obydwoje byli zwarci i gotowi do ataku. Obydwoje zamiast lęku, czuli chęć walki. Obydwoje chcieli wygrać. I nie zwracali uwagi na to, że mogą zginąć, że poniosą jakiekolwiek straty. Mili dość tej wojny. I dlatego muszą ją zakończyć. Dzisiaj.


"Nigdy nie masz pewności, że 
"masz na to jeszcze czas".
Dlatego nigdy nie zwlekaj ze słowami,
które chciałbyś wypowiedzieć, ale się boisz,
z miłością, z gestem dobroci.
Nigdy nie masz pewności,
czy istnieje dla Ciebie czas przyszły."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz