poniedziałek, 26 września 2016

Epilog

"Życie grozi rozstaniem,
ale śmierć łączy na zawsze."

Trzymając kwiaty w ręce, wpatrywałam się w kamienną płytę. Powoli śledziłam wzrokiem starannie wyryty napis. Literka po literce. "Fred Weasley. Na zawsze w naszych sercach." Łza spływała mi po poliku. Wiatr rozwiewał włosy. Zimowe słońce rzucało blade promyki, na pokryte śniegiem alejki cmentarza.
Minął rok.
Po śmierci Freda wszystko się zmieniło. Wojna się skończyła, ale wraz z nią skończyło się coś jeszcze. Odbudowanie Hogwartu i miast zajęło całą wiosnę. Nowym dyrektorem został Severus Snape. Profesor McGonagall odeszła na dobre. Podobno oddała się całkowicie pracy gdzieś w Tajlandii przy hodowli magicznych świerszczy. Niektórzy uczniowie wypisali się ze szkoły, a ich rodzice złożyli skargi w związku z "narażeniem życia" przez niekompetencje nauczycieli. Inni po prostu nie mogli tam wrócić wiedząc, że nie czekają na nich bliskie im twarze. Jeszcze inni całkowicie rzucili szkołę, przenosząc się do świata mugoli by tam zapomnieć o magii, a wraz z nią o wydarzeniach minionej zimy. Zmienił się wygląd. Zmienili się ludzie. Zmieniły się zaklęcia. Wszystko poszło do przodu. Tylko nie ja.
W ludziach, których mijam na korytarzu, doszukuję się Jego. W czwartki, na przerwach siadam pod drzewem, patrząc w niebo i czekając na cotygodniowe pokazy sztuczek braci Weasley'ów. Zwalniam kroku przy fontannie, wpatrując się w strumyk, pamiętając jak mimo zakazu Argusa Filcha, zamieniał wodę na czekoladę. Wchodząc do Dormitorium Gryffindoru wyobrażam sobie jak siedzi na kanapie opowiadając dowcipy kumplom i docinając bratu. Ron na jakiś czas zrobił sobie przerwę od Hogwartu. Spędzając u nich kolejne wakacje, widziałam jak siada w swoim pokoju i przegląda wynalazki swoich braci. Nieraz przy kominku opowiadaliśmy sobie historie z ich dzieciństwa: pani Molly, pan Artur, Harry, Ron, Ginny, Bill, Percy, Charlie no i ja. Najmłodsza z Weasley'ów, już nie wróciła do szkoły. Nie do tej. Przeniosła się do Akademii Magii Beauxbatons we Francji. Szczególnie jej mama nie była zadowolona, że będzie tak daleko od domu, ale nikt jej się nie dziwił. Przyjeżdżała do nas na święta i wakacje. Ja, Harry i Ron nadal się przyjaźniliśmy. Ale na każdym z nas wojna pozostawiła ślad, którego niczym nie da się przysłonić.
Strata Freda była nieznośna. Nie mogłam spać. Brałam środki nasenne. Nie pomagały. Włóczyłam się po nocach. Wspomnienia nachodził mnie nawet za dnia. Tamta Hermiona Granger odeszła. Nie miałam sił żeby się uczyć. Ledwo zdawałam egzaminy. Kiedy nauczyciel wyczytywał znudzony moje oceny, wiedziałam, że wszyscy kierują wzrok w moją stronę. Nie obchodziło mnie to. A oni rozumieli. Nikt nie pytał. Nie mogłam jeść. Wyglądałam jak cień. Nadal wyglądam.
Codziennie tu przychodzę. Codziennie trzymam w ręku czarne róże. Są oznaką mojej tęsknoty. Kładę je na codziennie pustym grobie. Nie wiem kto je zabiera. Być może to sam Fred wstaje z grobu aby móc przez chwile dotknąć tego świata. Wiadomości które mu zostawiam. Moje życie nie ma sensu. Wstaję co rano aby robić te same bezsensowne rzeczy. Bezsensownie jeść. Bezsensownie chodzić do szkoły. Ale wiem, że muszę. On by tego chciał. Być może z czasem to nabierze sensu. Tak mi mówiono. Ja w to nie wierzę. Nie wierzę już w nic. W żadną magię. Otoczona światem czarodziejów. Straciłam wiarę w magię.
Słyszę kroki za mną, jednak nie odwracam wzroku od oszronionej tablicy. Nie czuję zimna, choć wiem, że jestem lodowata. Ktoś kładzie mi bladą rękę na ramieniu i powoli odwraca. I kiedy moje oczy wędrują ku górze, aby dostrzec kto to, dopiero uświadamiam sobie, że są mokre od łez. Draco przyciąga mnie do siebie i obejmuje. Jednak ja nie wykonuje żadnego ruchu. Patrzę pusto na krajobraz za nim. Na inne nagrobki.
Wiem, że mnie kocha. Wiem, że się stara. Wiem, że cierpi patrząc na mnie. Ale ja nie mogę mu dać niczego. Nie potrafię pokochać nikogo innego. Moje serce zostało pochowane razem z Fredem.
Nie odzywam się. Nie potrafię. Jestem samotna. Nawet gdy ktoś jest przy mnie. Nie ma już części mnie. Umarłam. Może kiedyś będę zdolna kogoś pokochać. Może będę z kimś szczęśliwa. Może gdy moje dzieci zapytają kim jest Fred Weasley, słabo się uśmiechnę patrząc na nie oczami przeszłości i opowiem im historię mojego życia. Życia które w pewnej chwili się zatrzymało.

Opowiem im historię, która nigdy nie miała mieć miejsca.







No więc to już koniec. Też w to nie wierzę. Tak naprawdę nigdy nie ma końca. Więc pytanie co dalej? Nie będę już pisała nic o Harrym Potterze. Przynajmniej nie planuję. Ale będę pisała. Nie wiem kiedy zacznę, nie wiem kiedy to się ukaże i czy w ogóle się ukaże. Ale chcę. I chcę stworzyć nowego bloga z nową historią wymyśloną przeze mnie. Oczywiście jeśli się pojawi to podam go tu wam.

Czytelnikom, którzy dotrwali do końca - dziękuję.
Dziękuję za wszystkie komentarze, za miłe słowa i dodawanie weny. Dziękuję za przejmowanie się też mną samą. To było naprawdę miłe. Dziękuję za pisanie prywatnych wiadomości. Dziękuję za wejście tu.

Ostatni raz proszę: zostaw komentarz. Zostaw po raz ostatni na tym blogu.
Jeśli znasz jakiegoś fana, poleć mu ten blog, jeśli uważasz, że jest warty przeczytania.

Dziękuję, że ze mną byliście. I że wam się spodobało. Mam nadzieję, że to nie będzie ostatnia przygoda z moim blogiem. A więc (być może) do zobaczenia :)

- Autorka

Rozdział 48: "Ten wieczór był spokojny "

"Wszystko ma swój czas...
i przychodzi kres na kres...
A gdybym kiedyś odszedł stąd...
Nie obrażaj się na śmierć..."

Ten poranek był chłodny, szary, smutny. Wiedziałam, że to nie będzie dobry dzień. Gdy rano weszłam do namiotu, w którym leżał Fred - widziałam, że nie czuje się najlepiej. Oczy miał zamglone, cały się pocił i miał wysoką gorączkę. Jedna z ran na brzuchu ponownie mu się otworzyła. Mimo tego, że wojna się skończyła - teraz trwała bardzo ważna walka o życie. Jego życie...

Cały czas chodziłam zaspana, byłam zmęczona. Pamiętam wszystko jak przez mgłę. W zasadzie to cały dzień minął mi na bieganiu pomiędzy namiotami, wylewaniu brudnej wody, przynoszenie nowej, opiekowaniu się i siedzeniu przy nim. Każdy kto wchodził do namiotu i rzucał współczujące spojrzenia, wydawał mi się wrogiem. Przecież on żyje! Dlaczego wszyscy już spisywali go na straty! Przecież tak nie może być. Nie po tym wszystkim co przeszliśmy. Musiał znaleźć się jakiś skuteczny lek.

Po południu poszłam pozbierać zioła do lasu. Po drodze usłyszałam ciche ale zdecydowane szlochanie. Ktoś siedział oparty o drzewo. Podeszłam bliżej. Ginny.
- Hej... - kucnęłam przy niej - Co jest?
- Hermiona - zaczęła, patrząc na mnie załzawionymi oczami. - Czy ty wierzysz w to, że on wyzdrowieje? Proszę powiedz mi, że wierzysz...
- Oczywiście, że wierzę! - powiedziałam zdecydowanie. - Wszystko będzie dobrze. On nie zasługuje na... - nie chciałam kończyć. - On nie... On wyzdrowieje. Na pewno. Nie martw się. Wszystko się dobrze skończy - dodałam. Sama nie wiedziałam, czy jeszcze przekonuję ją, czy samą siebie...

Ginny zgodziła się iść ze mną po zioła. Nie rozmawiałyśmy dużo. Chwila... nie rozmawiałyśmy wcale. Oby dwie pogrążyłyśmy się w swoim świecie, w swoich myślach. Tak naprawdę teraz nie potrzebowałyśmy wiele. Ja nie jadłam prawie w ogóle. Nie spałam. Nie dbałam o siebie. Musiałam wyglądać okropnie, ale to nie było dla mnie ważne. Najważniejsze było teraz jego zdrowie.

Po raz setny chyba weszłam do namiotu. Dopiero teraz, gdy go zobaczyłam, zdałam sobie sprawę z tego, jak źle on wygląda. Wspominałam wcześniej go z przeszłości: wesołego, ruchliwego, żartownisia. Teraz? Jego rude włosy straciły swój blask. Uśmiech (jeśli w ogóle się pojawiał) był często wymuszony, albo wykrzywiał się z bólu. Był strasznie chudy. Mogłabym policzyć mu żebra, chociaż bałabym się tego zrobić, bo wydaje mi się, że gdybym tylko lekko dotknęła jego rany - od razu by się otworzyły. Oczy nie miały już tych słodkich iskierek co kiedyś - były wyblakłe. Był też cały blady, calutki, tylko usta miał sine. Za każdym razem jak na niego patrzyłam, łzy napływały mi do oczu. Nie chciałam wiedzieć co czuje, bo chyba pękłoby mi serce. Niechętnie na niego patrzyłam. Kto chciałby widzieć jak ukochana osoba cierpi? Ale jeśli tylko mogłam z nim być - byłam. Podświadomie szukałam jak najwięcej okazji, żeby być blisko. Jakbym czuła, że niedługo może ich zabraknąć. Mimo wszystko wierzyłam. Wierzyłam, że będzie dobrze. Bo ta wiara to wszystko co mi pozostało...

Wieczorem postanowiłam pooddychać trochę świeżym powietrzem, więc odeszłam trochę od obozu, usiadłam na trawie i oparłam się o drzewo. Chwilę później usłyszałam, że ktoś się zbliża. Nie bałam się, nawet się nie odwróciłam, w końcu wojna się już skończyła.
Usiadł obok mnie. Nie spojrzałam na niego. Patrzyłam daleko przed siebie.
- Jak się czujesz? - zapytał łagodnie. Był spokojny, wyciszony.
- Jest tak cicho. Jakby... jakby zapadł wyrok i cały świat się z nim pogodził... - odparłam powoli i cicho. Przez chwilę nic nie mówił. Ale potem zapytał:
- A ty się z nim pogodziłaś?
Z początku nie rozumiałam o co mu chodzi. Albo nie chciałam zrozumieć. Odpowiedź była oczywista, ale nie udzieliłam mu jej.
- Powoli tracę siły. Czasem sobie myślę, jakby to było gdyby wszystko się skończyło. Chciałabym... żeby się skończyło. Może źle, może dobrze, ale żeby się skończyło. Po prostu nie zniosę czekania w niepewności - odparłam. - Nie zrozum mnie źle... - spojrzałam na niego.
- Rozumiem - Wyszeptał. Czyżby? - chciałam zapytać ale się powstrzymałam. Któż wie, co Draco Malfoy przeżył w swoim dziwnym, pokręconym życiu. Może więcej niż mi się zdaje, a może mniej. Westchnęłam ciężko. - Co zamierzasz?
Chwilę się zastanowiłam. Czy mogłam coś zamierzać? Odpowiedź sama pchała się na usta:
- Czekać.
- Kochasz go? - W jego głosie poczułam może trochę nadziei? On coś do mnie czuł. Wiedziałam o tym, ale... to nie zmieniało moich uczuć do Freda.
- Tak. Bardzo - łzy napłynęły mi do oczu.
Milczał. Nie wiedziałam co sobie teraz myślał. A mi zachciało się płakać. Przyłożyłam swoją pięść do ust i przygryzłam lekko palec. "Przestań płakać" - pomyślałam wtedy. Ale łza mimowolnie poleciała. Czy to widział? Pewnie tak, ale nic nie powiedział.

Ten wieczór był spokojny.

Jeszcze przez chwile siedzieliśmy tak w ciszy. Nie potrzebowałam niczego innego. Dlatego byłam mu wdzięczna. Za obecność, bo nie chciałam być sama. Za ciszę, bo nie chciałam się odzywać. I za to, że nie próbował mnie pocieszać. Może nie umiał, a może wiedział, że nie da rady.

Ten wieczór był spokojny.

Zapamiętam go takim. Niebo robiło się fioletowo-granatowe. Słońce już zaszło za lasem. Słyszałam świerszcze, żaby i inne małe stworzenia. Drzewa szumiały, wiał lekki wietrzyk, który od czasu do czasu delikatnie rozwiewał moje włosy i sprawiał, że na moim ciele pojawiała się gęsia skórka. Niedługo później mgła pojawiła się nad łąką.

Ten wieczór był spokojny...

Idealny na umieranie.


Najpierw usłyszałam kroki, dopiero później zobaczyłam idącego w naszą stronę Nevilla.
- Hermiona! Wszyscy cię szukają! - zawołał.
Moje serce na chwilę stanęło w miejscu. Czułam, że to nie są dobre wieści. Spodziewałam się najgorszego, ale on niczego mi nie zdradził.
- Co się stało? - zapytałam drżącym głosem.
- Fred - powiedział tylko, po czym odwrócił się i skierował w stronę obozu.
Wstałam i podążyłam szybko za nim. Nie wiedziałam czy Draco zrobił to samo. Moje serce podskoczyło z chwilą wymówienia przez Nevilla słowa: "Fred". Zapłonęło buchającym ogniem tak mocno, jakby wiedziało, że zaraz zgaśnie. Jakby miało być oblane lodowatą wodą, która sprawi, że przestanie bić. Ale zamiast tego biło mocno i szybko jak oszalałe. I nie wiedziałam czy to dlatego, że biegłam, czy ze strachu. Nogi uginały się pod ciężarem mojego ciała, było mi słabo. Nie wiedziałam do końca co się dzieje, dokąd idę. Patrzyłam na biegnącą przede mną, sylwetkę przyjaciela. Bałam się, że jeśli spojrzę na coś innego - obraz mi się rozmyje i zemdleję. Droga do namiotu trwała całe wieki. Przed nim, zobaczyłam smętne, przygnębione postacie. Niby znajome twarze, które przyglądały się mi ze współczuciem w oczach. Jakby chciały powiedzieć: "przykro mi, nic się nie dało zrobić". On nie żyje. On nie żyje. On nie żyje. W mojej głowie brzmiały jak echo tylko te słowa. Nie żyje. Nie żyje. Nie żyje.
Weszłam za Nevillem do namiotu. Cisza. Przeraźliwa cisza. Głęboka cisza. Przeszywająca na wskroś moje smutne, szare, beznadziejne wnętrze - cisza. Cisza tak bardzo głośna, taka wyrazista. Cisza niebezpieczna i cisza spokojna. Cisza nieświadoma. Cisza śmiejąca się w twarz. Cisza płacząca. Cisza wieczna, trwała, mocna, nieprzerwana. Spodziewałam się, że zobaczę ludzi stojących nad ciałem. Ludzi zakrywających dłońmi oczy, płaczących, umierających z rozpaczy. Zobaczyłam. Ginny, Ron, Harry, McGonagall, Luna, wszyscy przyjaciele. Nawet Severus stał z tyłu z poważną miną, ze skrzyżowanymi ramionami. Patrząc gdzieś ponad ich głowy w głębokim zamyśleniu. W ciszy. Nikt z nich nawet na mnie nie spojrzał. Spodziewałam się zobaczyć Freda, chłopaka którego kocham ponad życie, leżącego, bladego, zimnego, wymęczonego, martwego. Był. Leżał. Oddychał. Ulga? Może taka mała.
- Pożegnaj się - powiedział Ron. Starał się aby jego głos brzmiał mocno, zwięźle. Jednak za bardzo go znam. Był załamany. Nie wytrzymał. Nie potrafił. Potarł palcami oczy i odwrócił się. Płakał. Otworzyłam ze zdziwienia usta. Chciałam coś powiedzieć. Ale dobrze wiedziałam, że mi także załamie się głos. Spojrzałam po wszystkich szukając ratunku, pocieszenia. Liczyłam na to, że ktoś mi powie, że będzie dobrze. Że dostał leki, że z tego wyjdzie. Że wszystko się ułoży. Patrzyłam. Ale nikt niczego już nie powiedział.

"Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać"