"Wszystko ma swój czas...
i przychodzi kres na kres...
A gdybym kiedyś odszedł stąd...
Nie obrażaj się na śmierć..."
Ten poranek był chłodny, szary, smutny. Wiedziałam, że to nie będzie dobry dzień. Gdy rano weszłam do namiotu, w którym leżał Fred - widziałam, że nie czuje się najlepiej. Oczy miał zamglone, cały się pocił i miał wysoką gorączkę. Jedna z ran na brzuchu ponownie mu się otworzyła. Mimo tego, że wojna się skończyła - teraz trwała bardzo ważna walka o życie. Jego życie...
Cały czas chodziłam zaspana, byłam zmęczona. Pamiętam wszystko jak przez mgłę. W zasadzie to cały dzień minął mi na bieganiu pomiędzy namiotami, wylewaniu brudnej wody, przynoszenie nowej, opiekowaniu się i siedzeniu przy nim. Każdy kto wchodził do namiotu i rzucał współczujące spojrzenia, wydawał mi się wrogiem. Przecież on żyje! Dlaczego wszyscy już spisywali go na straty! Przecież tak nie może być. Nie po tym wszystkim co przeszliśmy. Musiał znaleźć się jakiś skuteczny lek.
Po południu poszłam pozbierać zioła do lasu. Po drodze usłyszałam ciche ale zdecydowane szlochanie. Ktoś siedział oparty o drzewo. Podeszłam bliżej. Ginny.
- Hej... - kucnęłam przy niej - Co jest?
- Hermiona - zaczęła, patrząc na mnie załzawionymi oczami. - Czy ty wierzysz w to, że on wyzdrowieje? Proszę powiedz mi, że wierzysz...
- Oczywiście, że wierzę! - powiedziałam zdecydowanie. - Wszystko będzie dobrze. On nie zasługuje na... - nie chciałam kończyć. - On nie... On wyzdrowieje. Na pewno. Nie martw się. Wszystko się dobrze skończy - dodałam. Sama nie wiedziałam, czy jeszcze przekonuję ją, czy samą siebie...
Ginny zgodziła się iść ze mną po zioła. Nie rozmawiałyśmy dużo. Chwila... nie rozmawiałyśmy wcale. Oby dwie pogrążyłyśmy się w swoim świecie, w swoich myślach. Tak naprawdę teraz nie potrzebowałyśmy wiele. Ja nie jadłam prawie w ogóle. Nie spałam. Nie dbałam o siebie. Musiałam wyglądać okropnie, ale to nie było dla mnie ważne. Najważniejsze było teraz jego zdrowie.
Po raz setny chyba weszłam do namiotu. Dopiero teraz, gdy go zobaczyłam, zdałam sobie sprawę z tego, jak źle on wygląda. Wspominałam wcześniej go z przeszłości: wesołego, ruchliwego, żartownisia. Teraz? Jego rude włosy straciły swój blask. Uśmiech (jeśli w ogóle się pojawiał) był często wymuszony, albo wykrzywiał się z bólu. Był strasznie chudy. Mogłabym policzyć mu żebra, chociaż bałabym się tego zrobić, bo wydaje mi się, że gdybym tylko lekko dotknęła jego rany - od razu by się otworzyły. Oczy nie miały już tych słodkich iskierek co kiedyś - były wyblakłe. Był też cały blady, calutki, tylko usta miał sine. Za każdym razem jak na niego patrzyłam, łzy napływały mi do oczu. Nie chciałam wiedzieć co czuje, bo chyba pękłoby mi serce. Niechętnie na niego patrzyłam. Kto chciałby widzieć jak ukochana osoba cierpi? Ale jeśli tylko mogłam z nim być - byłam. Podświadomie szukałam jak najwięcej okazji, żeby być blisko. Jakbym czuła, że niedługo może ich zabraknąć. Mimo wszystko wierzyłam. Wierzyłam, że będzie dobrze. Bo ta wiara to wszystko co mi pozostało...
Wieczorem postanowiłam pooddychać trochę świeżym powietrzem, więc odeszłam trochę od obozu, usiadłam na trawie i oparłam się o drzewo. Chwilę później usłyszałam, że ktoś się zbliża. Nie bałam się, nawet się nie odwróciłam, w końcu wojna się już skończyła.
Usiadł obok mnie. Nie spojrzałam na niego. Patrzyłam daleko przed siebie.
- Jak się czujesz? - zapytał łagodnie. Był spokojny, wyciszony.
- Jest tak cicho. Jakby... jakby zapadł wyrok i cały świat się z nim pogodził... - odparłam powoli i cicho. Przez chwilę nic nie mówił. Ale potem zapytał:
- A ty się z nim pogodziłaś?
Z początku nie rozumiałam o co mu chodzi. Albo nie chciałam zrozumieć. Odpowiedź była oczywista, ale nie udzieliłam mu jej.
- Powoli tracę siły. Czasem sobie myślę, jakby to było gdyby wszystko się skończyło. Chciałabym... żeby się skończyło. Może źle, może dobrze, ale żeby się skończyło. Po prostu nie zniosę czekania w niepewności - odparłam. - Nie zrozum mnie źle... - spojrzałam na niego.
- Rozumiem - Wyszeptał. Czyżby? - chciałam zapytać ale się powstrzymałam. Któż wie, co Draco Malfoy przeżył w swoim dziwnym, pokręconym życiu. Może więcej niż mi się zdaje, a może mniej. Westchnęłam ciężko. - Co zamierzasz?
Chwilę się zastanowiłam. Czy mogłam coś zamierzać? Odpowiedź sama pchała się na usta:
- Czekać.
- Kochasz go? - W jego głosie poczułam może trochę nadziei? On coś do mnie czuł. Wiedziałam o tym, ale... to nie zmieniało moich uczuć do Freda.
- Tak. Bardzo - łzy napłynęły mi do oczu.
Milczał. Nie wiedziałam co sobie teraz myślał. A mi zachciało się płakać. Przyłożyłam swoją pięść do ust i przygryzłam lekko palec. "Przestań płakać" - pomyślałam wtedy. Ale łza mimowolnie poleciała. Czy to widział? Pewnie tak, ale nic nie powiedział.
Ten wieczór był spokojny.
Jeszcze przez chwile siedzieliśmy tak w ciszy. Nie potrzebowałam niczego innego. Dlatego byłam mu wdzięczna. Za obecność, bo nie chciałam być sama. Za ciszę, bo nie chciałam się odzywać. I za to, że nie próbował mnie pocieszać. Może nie umiał, a może wiedział, że nie da rady.
Ten wieczór był spokojny.
Zapamiętam go takim. Niebo robiło się fioletowo-granatowe. Słońce już zaszło za lasem. Słyszałam świerszcze, żaby i inne małe stworzenia. Drzewa szumiały, wiał lekki wietrzyk, który od czasu do czasu delikatnie rozwiewał moje włosy i sprawiał, że na moim ciele pojawiała się gęsia skórka. Niedługo później mgła pojawiła się nad łąką.
Ten wieczór był spokojny...
Idealny na umieranie.
Najpierw usłyszałam kroki, dopiero później zobaczyłam idącego w naszą stronę Nevilla.
- Hermiona! Wszyscy cię szukają! - zawołał.
Moje serce na chwilę stanęło w miejscu. Czułam, że to nie są dobre wieści. Spodziewałam się najgorszego, ale on niczego mi nie zdradził.
- Co się stało? - zapytałam drżącym głosem.
- Fred - powiedział tylko, po czym odwrócił się i skierował w stronę obozu.
Wstałam i podążyłam szybko za nim. Nie wiedziałam czy Draco zrobił to samo. Moje serce podskoczyło z chwilą wymówienia przez Nevilla słowa: "Fred". Zapłonęło buchającym ogniem tak mocno, jakby wiedziało, że zaraz zgaśnie. Jakby miało być oblane lodowatą wodą, która sprawi, że przestanie bić. Ale zamiast tego biło mocno i szybko jak oszalałe. I nie wiedziałam czy to dlatego, że biegłam, czy ze strachu. Nogi uginały się pod ciężarem mojego ciała, było mi słabo. Nie wiedziałam do końca co się dzieje, dokąd idę. Patrzyłam na biegnącą przede mną, sylwetkę przyjaciela. Bałam się, że jeśli spojrzę na coś innego - obraz mi się rozmyje i zemdleję. Droga do namiotu trwała całe wieki. Przed nim, zobaczyłam smętne, przygnębione postacie. Niby znajome twarze, które przyglądały się mi ze współczuciem w oczach. Jakby chciały powiedzieć: "przykro mi, nic się nie dało zrobić". On nie żyje. On nie żyje. On nie żyje. W mojej głowie brzmiały jak echo tylko te słowa. Nie żyje. Nie żyje. Nie żyje.
Weszłam za Nevillem do namiotu. Cisza. Przeraźliwa cisza. Głęboka cisza. Przeszywająca na wskroś moje smutne, szare, beznadziejne wnętrze - cisza. Cisza tak bardzo głośna, taka wyrazista. Cisza niebezpieczna i cisza spokojna. Cisza nieświadoma. Cisza śmiejąca się w twarz. Cisza płacząca. Cisza wieczna, trwała, mocna, nieprzerwana. Spodziewałam się, że zobaczę ludzi stojących nad ciałem. Ludzi zakrywających dłońmi oczy, płaczących, umierających z rozpaczy. Zobaczyłam. Ginny, Ron, Harry, McGonagall, Luna, wszyscy przyjaciele. Nawet Severus stał z tyłu z poważną miną, ze skrzyżowanymi ramionami. Patrząc gdzieś ponad ich głowy w głębokim zamyśleniu. W ciszy. Nikt z nich nawet na mnie nie spojrzał. Spodziewałam się zobaczyć Freda, chłopaka którego kocham ponad życie, leżącego, bladego, zimnego, wymęczonego, martwego. Był. Leżał. Oddychał. Ulga? Może taka mała.
- Pożegnaj się - powiedział Ron. Starał się aby jego głos brzmiał mocno, zwięźle. Jednak za bardzo go znam. Był załamany. Nie wytrzymał. Nie potrafił. Potarł palcami oczy i odwrócił się. Płakał. Otworzyłam ze zdziwienia usta. Chciałam coś powiedzieć. Ale dobrze wiedziałam, że mi także załamie się głos. Spojrzałam po wszystkich szukając ratunku, pocieszenia. Liczyłam na to, że ktoś mi powie, że będzie dobrze. Że dostał leki, że z tego wyjdzie. Że wszystko się ułoży. Patrzyłam. Ale nikt niczego już nie powiedział.
"Te rany nie będą zdawały się goić
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać"
Ten ból jest zbyt rzeczywisty
Za wiele by czas mógł to wymazać"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz