poniedziałek, 2 listopada 2015

Rozdział 40: "Hermiona Granger nie zawsze ma rację"


"Nie patrz się na mnie,
jeśli oczy masz puste,
nie zobaczę w nich uczuć,
ale przejrzę, jak w lustrze."

- Ja pójdę tam - wskazała ręką Ginny, kiedy dziewczyny ustaliły, że się rozdzielą i poszukają ich.
- Dobrze, ale bądź ostrożna - poleciła Hermiona, po czym obydwie poszły w swoje strony.
Przedzierając się przez krzewy, Granger zastanawiała się gdzie są jej przyjaciele. Z jednej strony miała nadzieję, że ich znajdzie i razem wrócą, ale także bała się, że zobaczy ich leżących i rannych, albo gorzej... Myślała o George'u, wiedziała, że wszyscy odczuli jakąś pustkę po nim. Będą pamiętać... I pomyśleć, że jeszcze nie dawno jej największym problemem była Amber, albo Angelina. Teraz są w innym obozie... a może to tam właśnie są chłopacy? Wcześniej o tym nie pomyślała... No cóż, jeśli nie znajdzie ich gdzieś tutaj, wróci i razem z Ginny pójdzie do drugiego obozu. Zawsze powtarzała, że nie można myśleć: "Co by było gdyby", bo to nic nie da, ale co by było, gdyby Harry powiedział o swoich snach Dumbledore'owi? Przecież czuł, że zbliża się coś złego. Z drugiej strony jak ona mogła zaufać Saitanowi? Jak do tego doszło, że mu uwierzyła? Jak mógł jej się podobać? No i biedny Benny... nadal za nim tęskniła. Nie kochała go jak Freda, ale jakaś mała cząstka uwielbiała go. Ostatnio brat Rona zmienił się trochę. Nie lubiła o tym myśleć, ale... nie dawało jej to spokoju. Nie podobał jej się już tak, jak kiedyś. Zawsze, kiedy sobie o tym przypominała, denerwowała się sama na siebie. "Jak możesz? Przecież go kochasz. Bo... kochasz go, tak?". Całą sobą chciała krzyknąć: "TAK!", ale coś jednak nie pozwalało. Nienawidziła tej części siebie. Jej uczucie zmalało, ale cały czas myślała, że wróci. Nie pamiętała kiedy to się zaczęło. I bała się samej siebie... nie wiedziała, do czego jest zdolna. Bała się, że łatwo będzie można nią pokierować. Bała się kontaktu z Draco. On... wywierał na niej takie dziwne... wrażenie. Dziwne uczucia. "KOCHAM FREDA" - powtórzyła sobie i obiecała, że przestanie tak myśleć. To chore.
W tej właśnie chwili usłyszała jakiś szelest i nadzieja znowu zagościła w jej sercu. Stanęła i zaczęła nasłuchiwać. Przez chwilę słychać było tylko lekki wiatr i zwierzęta, które powoli wychodzą ze swoich kryjówek na zewnątrz, ale po chwili znowu to usłyszała. Kroki... ktoś tu szedł, zbliżał się. Chwilę później do tego doszedł ciężki oddech, dlatego była pewna, że to człowiek. Ale chwila... to nie może być ani Fred, Harry, ani żaden inny nastolatek, za chrapliwy głos. Kiedy dziewczynie zapaliła się ostrzegawcza lampka, było już za późno na ucieczkę, ponieważ zza krzewów wyłoniła się bardzo dobrze znana sylwetka.
- Witaj śliczna, kojarzysz mnie? - odezwał się Fenrir Greyback. - Dawno się nie widzieliśmy, co?


Hermiona odwróciła się i zaczęła biec, a ten tylko się zaśmiał.
- DRĘTWOTA! - krzyknął. Zaklęcie trafiło w gryfonkę unieruchamiając jej ciało. Padła twardo na ziemię nie mogąc nic zrobić.
- Nie dotykaj mnie! - krzyknęła. Bardzo chciała się obrócić, ponieważ leżała brzuchem do dołu, ale nic z tego... zaklęcie działało jak należy. Irytowało ją, że śmierciożerca cały czas się śmieje. Zlekceważył jej rozkaz - podszedł do niej, podniósł i zarzucił sobie na ramię. Odwrócił się i chichocząc ruszył w drogę. Nie zaszedł jednak za daleko...
- DRĘTWOTA! - Podwładny Voldemorta przewrócił się, upuszczając dziewczynę.
- Agr! - wysapał. Nie mógł (zresztą Hermiona też) ruszyć głową, żeby zobaczyć kto rzucił na niego zaklęcie.
- Matka nie nauczyła się, że łapy trzyma się przy sobie? - warknął Draco kładąc stopę na jego policzku. - Co mam teraz z tobą zrobić?
Nagle coś czarnego przeleciało koło niego i zanim zdążył mrugnąć Fenrir zniknął.
- Co do cholery! - wykrzyknął zdziwiony.
- Draco... - odezwała się dziewczyna.
Chłopak przez chwilę jeszcze przypatrywał się miejscu, w którym leżał śmierciożerca, jakby zaraz miał się tam znów pojawić, ale potem podszedł do gryfonki i wziął na ręce.
- Przepraszam, że nie przyszedłem wcześniej... może mogłabyś się teraz ruszać, ale nie wiedziałem kto to.
- Nic się nie stało - wyjąkała. - Trochę bolą mnie plecy.
- Już dobrze, jesteś bezpieczna. Dlaczego oddaliłaś się sama od obozu?
- Szukałam Harry'ego... - oznajmiła. Nie wiedziała czemu, ale wolała nie wspominać o Fredzie.
- Rozumiem - mruknął.
- Draco... - blondyn spojrzał na nią. Jej oczy były zmęczone, zaspane. - Nie chcę jeszcze wracać do obozu. Nie w takim stanie. Mógłbyś mnie puścić?
- Oszalałaś? Nie ma mowy - szedł dalej.
- Proszę! - upierała się.
- Musisz wrócić do sił. Tu, na mrozie na pewno tego nie zrobisz.
- To moja sprawa! Moje życie. Nie jestem dzieckiem - zdenerwowała się.
- Ale zachowujesz się jak dziecko. I nie możesz się ruszać, więc przykro mi, mów co chcesz, ale się nie zatrzymam.
- Idiota, dzieciak, kretyn, debil, głupek, gnojek, sukinsyn... - zaczęła wymieniać, a że zasób słownictwa miała całkiem pokaźny, mówiła tak z 5 minut. - świnia, ogr, śmierdziel, osioł, bezduszny potwór, szczur, bachor, matoł!
- Skończyłaś? - zapytał.
- Nienawidzę cię! Gdybym mogła ruszać ręką, walnęłabym cię.
- Poważnie? Bo wydaje mi się, że były sytuację, w których byłaś na mnie wkurzona bardziej, a jednak tego nie zrobiłaś. - Chyba się trochę zdenerwował, bo dał za wygraną i położył ją, opierając o drzewo. - Dlaczego tak bardzo cię wnerwiłem, co? Czy zrobiłem ci coś? Czy może po prostu ty jesteś zimną suką?
- Co proszę?! - wytrzeszczyła oczy i zlustrowała go od góry do dołu. Stał naprzeciwko w zadziwiająco białej koszuli, ciemnych dżinsach i kremowych butach.
- Cały czas zachowujesz się jakbym coś ci zrobił! No powiedz! O co ci chodzi?
- Ja... - dziewczyna oddychała głośno. Nie wiedziała co powiedzieć. Zgasiły ją słowa, które niedawno wypowiedział. Zimna suka? Serio? - Jesteś... Jesteś kretynem!
- Dobrze! Jestem kretynem! Dlaczego? Powiedz mi czemu. Oświeć mnie.
- Po prostu! Wszystko robisz nie tak! Wtrącasz się w nie swoje sprawy i... i mącisz!
- Ja mącę?
- Ty mącisz! Mieszasz mi w życiu! - Po tych słowach uświadomiła sobie, że niepotrzebnie to powiedziała. O to mu chodziło, za co nienawidziła go jeszcze bardziej.
- Więc tu nie chodzi o mnie - powiedział powoli. - Denerwuję cię to, że w ostatnim czasie stałem się dla ciebie kimś więcej niż innym uczniem - nie pytał, stwierdzał fakt, który nie chciała przyjąć do wiadomości.
- Nie... nie... - zaprzeczyła. Podszedł do bliżej i ukucnął przed nią.
- Boisz się, że jeśli nadal będę cię ratował, rozmawiał z tobą to bardziej się zakochasz.
- Bredzisz - patrzyła w bok. Byle nie w jego oczy. Byle nie w jego oczy!
- Wiesz, że ja cię kocham i teraz wystarczysz tylko ty. Myślisz o tym i to nie daje ci spokoju.
- Draco nie! Przestań! - protestowała, ale on ignorując to, mówił dalej.
- Nie kochasz go. Hermiona - złapał ją za twarz i zmusił, żeby na niego spojrzała. - Nie kochasz...
- O co ci chodzi?! Chcesz mnie skłócić z przyjaciółmi?! Chcesz mi popsuć opinię?! Chcesz, żebym nie była szczęśliwa z Fredem?! - wyrzuciła z siebie szybko. Jego twarz znajdowała się zaledwie kilka centymetrów od niej. Wpatrywał się w jej błyszczące orzechowe oczy, które widziały bardzo dużo. Nigdy nie zwracała wielkiej uwagi na swój wygląd, ale była jedną z piękniejszych dziewczyn, które widział. Na pewno była najmądrzejsza. Zachowywała zimną krew w trudnych sytuacjach i wykazywała się niezwykłą odwagą, ale gdyby to on miał decydować o jej bezpieczeństwie, stanąłby w jej obronie za każdym razem. To śmieszne jak bardzo się różnili, ale jak bardzo go to pociągało. Patrzyła na niego czekając na odpowiedź. Myślała, że jej słowa były ostatnimi w tej sprzeczce, ale myliła się. Hermiona Granger nie zawsze ma rację.
- Chcę... - szepnął. I TO były ostatnie słowa jakie tu padły.

"Gdybyś kiedyś we śnie poczuła,
że oczy moje już nie patrzą na ciebie z miłością,
wiedz, żem żyć przestał..."


Długo czekaliście na rozdział, ale do 12 listopada muszę oddać gotową książkę, a nadal duużo mi zostało.
Polubcie fanpage, na którym mogą się pojawiać zapowiedzi rozdziałów, fragmenty i zdjęcia z nich ^^ Do zobaczenia!

środa, 21 października 2015

Wszystkiego najlepszego!

Niestety dzisiaj jeszcze nie będzie rozdziału, bo mam tylko połowę, ale złożę życzenia, jednej z czytelniczek :D No więc BARDZO się cieszę, że podoba ci się mój blog i mam nadzieję, że zostaniesz do końca. Oto życzonka od paru ludzi z facebooka: 





A ode mnie:

~ szczęścia w życiu osobistym
~ dobrego zdrowia
~ samych zwycięstw
~ spełnienia marzeń
~ miłych niespodzianek
~ prawdziwych przyjaciół
~ niewyczerpanych pokładów energii
~ uśmiechu na co dzień
~ genialnych pomysłów
~ głównej wygranej na loterii
~ pogodnego ducha
~ wygodnych butów
~ świętego spokoju
~ trafnych decyzji
~ dużego łóżka
~ pękatego portfela
~ szerokiej drogi
~ miłych snów
~ romantycznych wieczorów
~ dużo słodyczy
~ niezapomnianych chwil
~ dużo słońca
~ powodzenia
~ pełnego sejfu
~ dużo szaleństw
~ MIŁOŚCI
i wiele więcej, ale już trochę późno... Więc jeszcze raz WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!

środa, 14 października 2015

Rozdział: 39 "Dwa zgony, jeden pogrzeb"

"Nade mną śmierć władzy
mieć nie będzie. Gdy nadejdzie
mój czas, odejdę z własnej,
nieprzymuszonej woli, na własnych
nogach i o własnych siłach, 
bez pomocy śmierci, która
straszyła mnie przez całe życie."

Hermiona siedziała w namiocie pijąc herbatę. Padało już od kilku godzin. Większość jej znajomych nie odzywała się do nikogo, tylko nieliczni próbowali przerwać ciszę, jednak po paru zdaniach także milki. Gdzie by się nie ruszyć - tam ponura atmosfera. Fred zniknął, albo trzymał się z daleka od innych, a gryfonka siedziała tak od godziny, wpatrzona w podłogę, skulona i smutna. W końcu podszedł do niej Harry i usiadł obok. Przez pierwsze pięć minut nic nie mówił, lecz postanowił się odezwać.
- Jak się czujesz? - nie bardzo wiedział co powiedzieć, więc zadał standardowe pytanie. Dziewczyna nie odpowiedziała, ale wcale nie był zdziwiony z tego powodu. - George był... wyjątkowy. Wszyscy go lubili... - ciągnął. - Będzie nam go brakowało... Szczególnie przy Fredzie. Musi mu być teraz ciężko... zdaje sobie sprawę z tego, że za każdym razem, kiedy ktoś na niego spojrzy, zabraknie tam George'a. - Chłopak na chwilę zamilknął, a ona pociągnęła nosem.
- Nie wyobrażam sobie dalszego życia. To nie będzie normalne - odezwała się. - I to wszystko przeze mnie, rozumiesz? - spojrzała na niego ze łzami w oczach.
- Nie - pokręcił głową - nie możesz...
- Harry, ale to prawda! Gdyby mnie tam nie było...
- Nie wiesz co by się stało. Może nikt by nie zginął, fakt, ale może zginęłoby więcej osób?
- Harry... ale on wróci. Wiesz o tym.
- I każdy z nas będzie chciał się zemścić za George'a. Więc jeśli tu wróci to sam wyda na siebie wyrok.
Granger nie odpowiedziała. Marzyła teraz tylko o tym, aby to wszystko okazało się złym snem. Nie tak powinno być. Nienawidziła za to całego świata, że wszystko ułożyło się nie tak, jak miało. To nie było fair... Powinna uczyć się teraz do testów, siedzieć w ciepłym dormitorium, albo z rodziną w domu, cieszyć się z prezentów, pisać listy do przyjaciół. Jednak jest inaczej... siedzi i marznie w namiocie w środku jakiegoś lasu, z dala od zburzonego Hogwartu, pocieszana przed Harry'ego, ponieważ zginął brat Freda... chłopaka którego kocha. Powinna siedzieć w pokoju i wyobrażać sobie co by było gdyby... stwarzać historie i plany, które nigdy nie miały się sprawdzić. Tymczasem była wojna. Istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, że on także zginie. Co wtedy? Wtedy chyba pójdzie do Saitana i albo go pokona, albo zginie. Wszystko jedno. Niczego nie pragnęła bardziej niż tego, żeby wszystko się już skończyło. Nieważne jak, byleby się skończyło.
- Ile to jeszcze potrwa? - zapytała cicho. - Ile jeszcze będziemy tu siedzieć i czekać bezczynnie aż to oni wykonają jakiś ruch?
- Hermiona,.. czuję dokładnie to, co ty. Ale co możemy zrobić?
- Nie mam pojęcia co możemy zrobić! Nikt nie wie co możemy zrobić! Może po prostu chodźmy walczyć?!
- O to im właśnie chodzi, bez plany, bez broni, bez pomocy. Chcesz od razu zginąć?
- Wszystko mi jedno - odparła. Chłopak spojrzał na nią uważnie.
- Jak to WSZYSTKO CI JEDNO? Nie możemy się poddawać. Nie damy mu tej satysfakcji.
- Damy mu to, co będzie chciał, Harry. Nic nie możesz zrobić tu nawet ty. Przykro mi... - spuściła głowę. Nie wiedziała, czy uraziła tymi słowami chłopaka, bo wstał i oddalił się, ale powiedziała to, co myśli., jednak wcale nie poczuła się lepiej. Chciała wstać, gdzieś pójść, ale na dworze lało. Rozejrzała się po namiocie. Oprócz niej byli tu jeszcze Neville z Luną. "Przynajmniej oni mają siebie" - pomyślała. Zastanowiła się nad tym, gdzie może w tej chwili być Fred, co robi. Pewnie rozpacza... Ale nie ma innego wyjścia niż to zaakceptować. On jest silnym chłopakiem i na pewno sobie poradzi, wiedziała to. Doskonale rozumiała, że ta strata była wielkim szokiem. Wiedziała, że tak naprawdę były dwa zgony, a jeden pogrzeb, ponieważ razem z George'm umarła cząstka duszy Freda.  Musi przeczekać ten okres i wtedy dopiero powie mu co do niego czuje. Obiecała to sobie. Zrobi to, kiedy będzie okazja. Dosyć czekania, bo potem może być za późno...




Cztery godziny później deszcz przestał padać, więc dziewczyna wyszła na zewnątrz. Zawsze lubiła zapach deszczu, jednak teraz miała wrażenie, że wdycha do płuc zapach śmierci. Nikogo nie zauważyła. Już po pierwszych krokach miała ubrudzone buty, ale nie zatrzymywała się. Z jakiegoś innego namiotu wyszła Ginny. Zauważywszy Hermione, podeszła do niej.
- Widziałaś może Harry'ego? - zapytała. Wyglądała na przejętą.
- Nie...
- A Freda?
- Nie od... od pogrzebu. Czemu?
- Bo zniknęli. Nikt ich nie widział - odparła, a słowa odbiły się echem w głowie gryfonki...


"Istnieje zapach... Zapach śmierci...
6 rodzaj zmysłu. Widać go w oczach osoby,
którą upatrzyła sobie śmierć. 
Można poczuć jak odchodzi z człowieka życie.
Tylko poczuć i po prostu zaakceptować."


Długo nie pisałam i teraz dodałam taki krótki rozdział, ale naprawdę mam mało czasu. W dodatku zajęłam się askiem, na którego serdecznie wszystkich zapraszam: 
http://ask.fm/TajemniczaKsiezniczka77
Postaram się pisać częściej, ale mam nadzieje, że rozumiecie mnie i wybaczycie. Już niedługo będzie się działo, więc DO ZOBACZENIA! Koomeentuujcie, bo to też pomaga!

czwartek, 1 października 2015

LBA!!! #2

Dostałam drugą nominację od "MonaVeerax3" z bloga http://magiczny-swiat-rachel-trust.blogspot.com/2015_08_01_archive.html serdecznie zapraszam, bo jest świetny! 

Oto pytania:

1. Twój ulubiony przedmiot w Hogwarcie?
Hm... Chyba obrona przed czarną magią... 

2. Twój ulubiony przedmiot w szkole?
Zajęcia artystyczne, albo godzina wychowawcza :D

3. Czy masz rodzeństwo?
Mam! Młodszego brata i starszą siostrę. 

4. Twój ulubiony kolor?
Czerwony <3

5. Jak nazywa się twój najlepszy przyjaciel?
Mam nadzieję, że słowo "przyjaciel" oznacza albo dziewczynę, albo chłopaka, bo odpowiadam:
Monika, więc jeśli chodziło o jakiegoś chłopaka, to przykro mi Monia - zmieniasz płeć. 

6. Czy chciałabyś uczyć się w Hogwarcie?
A czy ktoś normalny by nie chciał?

7. Masz jakieś konkretne plany na przyszłość?
Jak to mówi mój kolega z klasy: "Tak, chcę być szczęśliwym człowiekiem".

8. Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?
Niby zawsze odpowiadam, że tak, ale miłość to nie jest wygląd, a jak się kogoś widzi po raz pierwszy to się go raczej nie zna... 

9. Mogłabyś mi polecić jakiś dobry blog o tematyce Fremione?
Gdybym tylko znalazła ten, który ja kiedyś czytałam...

10. Jaki jest twój styl ubierania się?
Ubieram się różnie, tak jak mi się podoba. Raz cała na czarno, spodnie, skórzane kurtki, najczęściej koturny... Pfff... nie wiem. Nie myślę o tym :P


Na razie nikogo nie nominuję, ponieważ nie czytam blogów a jak tak, to sporadycznie. Dziękuję za drugą nominację i czekam na następne, chociaż na nie nie zasłużyłam przez to co ostatnio robię. Pewnie jesteście wściekłe, że nie dodaję rozdziałów, ale po pierwsze za bardzo nie mam kiedy, po drugie mało komentarzy bo pewnie wy też nie macie czasu czytać, a po trzecie MAM MIESIĄC, ŻEBY NAPISAĆ JESZCZE 120 STRON KSIĄŻKI NA KONKURS!!! Zabijcie mnie od razu... Ale postaram się dodać niedługo, tylko bądźcie cierpliwe i dajcie znak, że jeszcze tu jesteście! Do zobaczenia! 

sobota, 19 września 2015

Ogłoszenia parafialne

Rozdział będzie w następną sobotę, bo jestem zajęta moją kampanią wyborczą. I było bardzo mało komentarzy więc jakoś tak... nie za bardzo mam ochotę pisać. Może przed rozdziałem będzie jeszcze LBA. Miłego weekendu!

sobota, 12 września 2015

Rozdział: 38 "Tu leży serce, które bić przestało"

Witajcie! Po przeczytaniu zostawcie komentarz i nie mówcie, że jestem okrutna, mi też jest smutno... :( P.S. Nowa piosenka - Brother's Lament, posłuchajcie koniecznie. A teraz zapraszam na dół...

"Złożyłeś obietnice
Niedopowiedziany ślub
I chciałbym, żebyś tu był.
Ja jestem powtarzając to teraz.
Będziemy dla siebie
zawsze blisko
Ale nie możesz usłyszeć mnie,
leżąc w ziemi...
Więc niech łzy spadają
Bo ja nie mogę nic zrobić
Niech łzy spadają
I choć przyszłość wydaje się szara
I przyjdą cię zabrać
Niech łzy spadają
I będę leżeć obok ciebie.
Uśmiech zniknął z twojej twarzy,
część mnie umarła..."

Hermiona widziała jak George pada na ziemię i w tej chwili poczuła silne ukłucie w sercu. Wiatr zawiał mocniej, rozwiewając jej potargane już włosy. Z gardła wydarł się krótki krzyk. "Wstań, wstań, wstań! Podnieś się, proszę podnieś! Błagam cię George! Przecież cię nie trafił. Zaklęcie mogło przelecieć obok! George, nic ci nie jest. Podnieś się, tylko się podnieś i będzie wszystko dobrze. Albo może coś ci się stało, ale zaraz ktoś przyjdzie, zaraz ktoś ci pomoże. Nie bój się nic ci nie będzie. Zaraz ktoś tu będzie... ja tu jestem. Do cholery! George! Podnieś się!" - błagała w myślach, jednak chłopak leżał w bezruchu na ziemi. Spojrzała ze łzami w oczach na Saitana, który uśmiechał się. Ogarnęła ją niewyobrażalna furia. Zaczęła krzyczeć, kopać ziemię, wiercić się na wszystkie strony, aby tylko poluźnić węzły, jednak te trzymały mocno.
- Wypuść mnie gnoju! Słyszysz!? Co tak stoisz do cholery! - darła się, szlochając. - Pomóż mu kretynie! Pomóż mu chociaż!
- Za późno - rozłożył ręce. - Nie żyje.
Dziewczyna jednak nie zwracała uwagi na jego słowa. To nie mogła być przecież prawda. Nie chciała w to wierzyć. Nadal szarpała się wściekle, aby zrobić jakikolwiek postęp. Saitan podszedł do niej i złapał za brodę, co ją unieruchomiło.
- Hm... myślę, że tyle na razie wystarczy. Powiedz swoim przyjaciołom, że wrócę, a wtedy nie będzie tak kolorowo.
Granger nie wiedziała o co mu chodzi, nie była wstanie jasno teraz myśleć. Kiedy ją puścił odetchnęła z ulgą nie zdając sobie sprawy z tego, że wstrzymywała powietrze. Chłopak odwrócił się i szedł przed siebie aż w końcu zniknął jej z oczu. Dziewczynie serce waliło jak młotem. Węzły nagle same opadły i upadła na kolana podpierając się rękoma. Chciała krzyczeć, ale nie mogła wydobyć głosu. Teraz widziała wszystko jak w zwolnionym tempie. Fred wyłonił się z zarośli i na jej widok się ucieszył, jednak zobaczył leżącego brata. Zamarł.
Świat na chwilę stanął w miejscu. Chmura zasłoniła słońce i zrobiło się ciemniej, jakby niebo posmutniało. Wiatr ucichł tak, że nawet malutki liść nie odważył się poruszyć. Hermionie wydawało się, że jest gdzieś indziej, że jest nieobecna i tylko to ogląda. Widziała jak Fred podbiega do George'a i rzuca się na kolana. Krzyczy do niego, lecz ten już nigdy nie miał zareagować. Potrząsa nim, aby dał jakikolwiek znak życia, jednak ani drgnie. I tak oto po jego twarzy spływa pierwsza łza. Mimo to nadal wierzy, że to nie koniec. Drżącymi rękoma sprawdza mu puls. Za późno... jego serce przestało bić parę sekund temu. Ostatni oddech został odebrany w brutalny sposób.
Granger ociera ręką twarz. Jej także jest mokra. Nie chce na to patrzeć, ale nie potrafi oderwać wzroku. Fred zaczyna głośno szlochać i powtarzać imię swojego brata.
- Nie odchodź - błaga. - Proszę, nie rób mi tego... George, otwórz oczy, George!
W końcu powoli kładzie głowę na jego klacie, która nie uniesie się już nigdy.
- Nie!!! - krzyczy. - Nie zostawiaj mnie! Proszę, proszę, proszę! Braciszku otwórz oczy... Georgie... No dalej - podnosi jeszcze głowę, aby spojrzeć na nieruchomą twarz. - Proszę - szepcze wylewając kolejne, słone łzy - Nie umieraj... zostań ze mną. Nie możesz umrzeć, nie możesz mnie zostawić. Nie możesz zostawić Ginny... Rona. Proszę cię... Georgie...
Zaciska usta, aby nie krzyczeć z bólu. Spogląda na Hermione, a ona widząc jego zrozpaczoną twarz próbuje coś powiedzieć, otwiera nawet usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Fred bierze brata w ramiona i przykłada czoło do jego czoła. Oddycha szybko i pociąga nosem. Wpatruje się w twarz najlepszego przyjaciela, który był zarazem jego rodziną i najbliższą mu osobą. Nie może uwierzyć, że ten już nigdy się nie zaśmieje, że nie dokończy za niego zdania i nie wymyśli kolejnego dowcipu. A to wszystko dlatego, że wyszedł przed paroma minutami z namiotu. Jeszcze chwilę temu z nim rozmawiał, próbował jakoś pocieszyć. Teraz nie żyje. Kiedy sobie to uświadomił, jego serce rozpadło się na kawałki i stracił wszelką chęć do życia. Łza spływała za łzą, a szloch wyrywał się gardła.
Z każdą chwilą zza zarośli wyłaniało się więcej postaci. Hermiona siedziała na ziemi i płakała, kiedy Ron padł koło Freda. Wkrótce zjawiła się też Ginny, która zaczęła tak żałośnie chlipać, że serce pękało. Inni stali i zakrywali dłonią usta. Nie pytali na razie jak do tego doszło, chociaż każdy domyślił się, że ktoś rzucił na niego zaklęcie. Bliźniak nadal trzymał brata i nie zwracał uwagi na otaczający go świat. Stracił właśnie połowę duszy i serca. Nie wyobrażał sobie życia po czymś takim. Hermiona wiedziała, że będzie musiała opowiedzieć o tym, co zaszło. Wiedziała, że Fred będzie słuchał, kiedy opisze śmierć Georga. Nadal w to nie wierzyła. Nie była wstanie zmusić się, do wstania. Nie mogła się poruszyć, lub cokolwiek powiedzieć. Wszystko wydawało się takie szare... martwe. BO OTO STAŁO SIĘ. Jej przyjaciel nie żyje. Nie potrafiła sobie wyobrazić co w tej chwili czuje Fred. Złość na morderce, przepadła wraz z jego zniknięciem. Kiedy Saitan odchodził, mogła go zaatakować, pobiec za nim, wyżyć się. Ale nie zrobiła nic i teraz była bezsilna. To w tym wszystkim było najgorsze... Bezradność.

~o~

Wiatr błądził cicho między drzewami obserwując wszystko z bezpieczniej odległości. Niejedna osoba w tej chwili chciała zamienić się z nim rolami. Nie widzieć tego widoku, nie czuć tych uczuć. Nawet słońce jak tchórz schowało się za chmurami, które zaczynały płakać. Kropla, po kropelce wsiąkała w ziemię, w której już niedługo miał być pochowany przyjaciel, syn, stróż, uczeń, brat... Nie zasłużył na taką śmierć... Nie zasłużył na taki pogrzeb. Wszyscy zgromadzeni na polanie, w okół wykopanego przez kilku chłopaków dołu, wiedzieli o tym. Żaden z nich, niestety, nie mógł zrobić nic, aby George miał ostatnie pożegnanie, na jakie zasłużył. Nie było tu ani jego rodziców, Bill'a, Percy'ego, Charlie'ego, ani wszystkich przyjaciół. Molly i Artur Weasley nawet nie wiedzieli, że ich syn nie żyje... Kolejna bolesna rzecz - ktoś będzie musiał im o tym powiedzieć. Ktoś musiał ich poinformować, że już nigdy nie wyślą na święta do Hogwartu swetra z literą "G". Już nigdy nie nazwą Freda "Gred", a George'a "Forge". Tylko od jednego będą wymagać opiekowania się Ronem i Ginny. Jeden będzie zasypiał w pokoju na piętrze, w którym drzwi tak strasznie skrzypią. I mimo, że każdy czasem nienawidził ich żartów, wszyscy będą za nimi tęsknić. I prawdopodobnie nikt z rodziny nigdy nie odczuje jego straty równie boleśnie, jak Fred.
Dochodziło południe, jednak na niebie było szaro jak w wieczór. Padał lekki deszcz, więc nie było widać łez. George wyglądał, jakby spał, z tą różnicą, że jego klatka piersiowa już się nie unosiła. Wszyscy wpatrywali się w ziemię, oprócz jego rodzeństwa, nauczycieli i przyjaciół. Ron ściskał mocno rękę Ginny, która zużywała kolejne chusteczki. W rękach trzymali różdżki, tak jak wszyscy. Dumbledore stał przed zmarłym ze smutną miną. Za chwilę miał przemówić. Jako dyrektor nie powinien był do tego dopuścić. Jednak stało się. Wszystko co mógł teraz zrobić, to wyprawić mu możliwie jak najlepszy w tych warunkach  pogrzeb.
- Dziś - zaczął donośnym głosem. - Nasz przyjaciel odszedł z tego świata. - Jego głos przebijał się przez ciche postukiwanie kropel i niósł przez gęstwiny i drzewa, gdzie siedzieli ci, którzy nie mieli odwagi przyjść. Wśród nich był Draco Malfoy... - Dołączył do niezliczonych ofiar wojny. Ich dusze krążą po świecie, szukając swoich rodzin... Aby je wesprzeć... Aby nad nimi czuwać... Twój duch na zawsze pozostanie w naszych sercach... - Dyrektor zrobił dłuższą przerwę, aby słowa przed chwilą przez niego wypowiedziane, utkwiły w głowach podopiecznych i zamieszkały w ich pamięci. - Byłeś dobrym człowiekiem, za którym tęsknić będzie niezliczona ilość osób... Byłeś człowiekiem, po którym słuch nie zaginie. Mimo że twoje ciało już nigdy się nie poruszy, a twoje usta już nigdy się nie zaśmieją... Twoja dusza będzie z nami na wieki! - Ginny nie wytrzymała i schowała głowę w ramionach Rona, z trudem powstrzymując szloch. Harry przybliżył się do niego i chcąc dodać mu otuchy, położył rękę na jego ramieniu. - Żegnaj George'u Weasley'u! - zakończył Dumbledore. Wyciągnął rękę w górę i wystrzelił białe światełko do nieba, jako symbol ostatniego pożegnania. Reszta zrobiła to samo.    





Kilku chłopaków podeszło do martwego George'a, złapali za deski, na których leżał i powoli opuścili do wykopanego dołu. Angelina Johnson uwiesiła się na Lee Jordanie, mocząc jego koszulkę łzami. Kilka osób spojrzało w ich stronę, kiedy usłyszeli jej płacz, jednak Fred stał spokojnie wpatrując się w brata bliźniaka. Hermiona widziała jak zaciska pięści. Widział to on i ona też, że nie można już nic zrobić. 
Tyle zaczerwienionych oczu wpatrywało się, jak zakopują jego kolegę. Po paru minutach w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą leżał, stał nagrobek. Na kamieniu powoli pojawiały się złote litery pokazujące datę jego narodzin, oraz dzisiejszą... jego śmierci. U góry widniało:
  
"George Weasley,

Co było najdroższe
W tym grobie się mieści..."

Ginny uklękła przy grobie, wyciągnęła różdżkę i wyczarowała jedną, czarną różę. Spuściła głowę i zakryła twarz rękoma. Po kilku sekundach dołączyli do niej bracia. 
Z każdą chwilą ludzie odchodzili do swoich namiotów. Gdzieś w oddali dało się słyszeć grzmoty. Za plecami rodzeństwa stał Harry. Hermiona podeszła do niego i przytuliła. Nie było tu miejsca na słowa, lecz na smutne spojrzenia. Po półgodzinnym staniu, wszyscy byli mokrzy i zmarznięci. Kiedy dziewczyna odsunęła się od przyjaciela, ten podszedł do Rona obejmującego Ginny i złapał ją za rękę. Rudowłosa rzuciła mu najsmutniejsze spojrzenie jakie dotychczas widział, jednak po chwili wstała i dała się poprowadzić chłopakowi do obozowiska. Ron za to poczuł niepohamowaną chęć rozwalenia czegoś. Szybko wstał z zaciśniętymi pięściami i kopnął najbliższy kamień. Zaraz tego pożałował, bo zapiszczał jakby ktoś wbił mu tam nóż. 
- Arrr! - zdenerwował się łapiąc za stopę. 
- Nic ci nie jest? - Hermiona podeszła do niego, ale gdy tylko złapała go za ramię, ten wyszarpał się. 
- Nie! - krzyknął. - Wszystko jest w jak najlepszym porządku! 
- Ron! - kilka metrów dalej stał Neville. Powiedział to stanowczo i dobitnie, tak, że rudzielec trochę się uspokoił. 
- Przepraszam... - szepnął. - Ja tylko...
- Dobrze - uśmiechnęła się dziewczyna. - Już dobrze... - Przytuliwszy go, zaprowadziła z Neville'm do namiotu, w którym Luna opatrzyła mu złamany mały palec u nogi. Na dworze rozpadało się już na dobre. Niebo robiło zdjęcia z fleszem i oświetlało nowy grób, przy którym klęczała tylko jedna osoba... W okół było pełno błota, pomiędzy drzewami czaiła się ciemność skrywająca swoje sekrety. Fred nie przejmował się tym, że cały się trzęsie. Mógł nawet zachorować i umrzeć. Wszystko jedno. Albo nie... ktoś musiał zapłacić za śmierć jego brata. Tylko to trzymało go jeszcze na ziemi. Jego palce zaciskały się mocno w okół różdżki tak, że paznokcie wbijały mu się boleśnie w skórę. Nie obchodziło go to. Ciągle miał nadzieje, że George zrobił mu wielki kawał... 
Z jego ust wydobywała się para, w końcu była zima. Wydawać by się mogło, że z tego miejsca uleciało życie. Chłopak wiedział, że jego dusza tak naprawdę umarła. Już nigdy nie będzie tym, kim był. Nikt nie będzie wspierał go tak jak George. Nikt nie będzie z nim żartować. Już nic nie będzie tak, jak dawniej. Nie wyobrażał sobie przyszłości. Nie chciał przyszłości. Jego umysł powtarzał w kółko tylko dwa słowa... ZEMSTA i ŚMIERĆ.   


"Nie martw się Freddie... Zmierzam do nieba.
Skąd to wiem? Ponieważ jesteśmy Świętym Duchem.
Łapiesz? Bo ty jesteś święty, a ja jestem... nieżywy.
...Proszę nie płacz."




"Powiększył grono aniołów..."

sobota, 5 września 2015

Rozdział: 37 "Złe miejsce, dobre intencje"


"Nigdy nie łudź się,
że ktoś usłyszy nieme 
wołanie o pomoc. 
To żałosna strata czasu..."

- Saitan... - powiedziała Hermiona stojąc w zaroślach przed nieziemsko przystojnym chłopkiem.
- Mi ciebie też miło widzieć - odparł. - Nie krzyczysz? Nie wzywasz pomocy?
- I tak zdążyłbyś mnie zabrać, albo zabić - oznajmiła. Starała się nie poznać po sobie, że serce skacze jej jak szalone ze strachu. Stała w bezruchu z pokerową twarzą.
- Mądra dziewczynka - uśmiechnął się. Był rozluźniony i bawiła go ta cała sytuacja. - Szkoda, że uciekłaś mi z tamtego zamku... mogła być naprawdę niezła zabawa - mówiąc to, powoli się do niej zbliżał. Ona nawet nie próbowała drgnąć. Miała tylko nadzieję, że zaraz cały obóz będzie się budził i zauważą jej zniknięcie.
- Przez zabawę rozumiesz rozszarpanie przez wampira? - mruknęła.
- Oh.. daj spokój - zatrzymał się tuż przed nią. - Chyba nie gniewasz się o to?
Hermiona nie odpowiedziała. Lewą ręką próbowała sięgnąć do tylnej kieszeni po swoją różdżkę.
- Słuchaj... trochę kiepsko wyszło - kontynuował - ale wierzę, że jeśli nie będziesz wykręcać numerów, nie będę zmuszony cię zabić.
- Więc co chcesz ze mną zrobić? - Granger już trzymała za rękojeść i powoli ją wyciągała. Musiała teraz wybrać odpowiedni moment...
- Eh... - westchnął i odwrócił głowę w lewo. To była dla niej doskonała chwila. Szybko przełożyła rękę przed brzuch, ale w połowie zaklęcia "DRĘTWOTA", chłopak złapał ją mocno za dłoń, aż puściła różdżkę.
- Naprawdę myślałaś, że to ci się uda? - warknął robiąc krok do przodu, przez co prawie dotykali się czubkiem nosów. Cały czas trzymał ją mocno za obie ręce. Chociaż była zima i wszyscy uciekali przez chłodem, w okół nich zrobiło się gorąco. Dziewczyna nie mogła być w tej chwili pewna swoich przyszłych 5 minut. - Chciałem być dla ciebie delikatny, chciałem cię nawet oszczędzić, wiesz? Ale nie zostawiasz mi wyboru. - Powiedziawszy to szarpnął ją mocno i po chwili zniknęli wśród roślin i drzew...

~o~

- Jak tam Freddie? - zapytał rudzielec siedząc na swoim posłaniu i zapinając koszulę. Brat nie odpowiedział tylko przeszedł obok z posępną miną. - Co jest? Gdzie byłeś? 
- Nigdzie - odparł siadając i zdejmując bluzę. - Niedaleko stąd jest obóz. Inni uczniowie żyją i wkrótce się z nimi spotkamy. 
- To dobrze, prawda? - George ostatnio prawie z nim nie rozmawiał. Wiedział, że u Freda działo się coś złego, ale wolał się nie mieszać. Jednak teraz wstał i usiadł obok niego. - Wszystko w porządku? O co chodzi?
- O nic, wszystko gra - próbował go zbyć, jednak ten się nie poddał. 
- Przecież widzę... a w dodatku jesteś moim bratem bliźniakiem. Wiem kiedy u ciebie coś się dzieje. A teraz to nie jest nic dobrego... i nie mówię tu o wojnie - dodał kiedy Fred otworzył usta, żeby odpowiedzieć. - Chodzi ci o jakąś dziewczynę, co nie? Z nimi zawsze są problemy - uśmiechnął się. - Amber? Angelina?
Fred spojrzał na niego z politowaniem. Zawsze byli nierozłączni, jednak ostatnio każdy z nich miał swój własny świat. Jednak kiedy tylko coś się działo, a byli osobno, martwili się, czy nic drugiemu się nie stało. Zawsze sobie dokuczali i sprawiali niemałe problemy rodzicom - walczyli o wszystko, ale również żartowali z innych, założyli też biznes, żeby pomagać w szkole. Lubili ze sobą spędzać czas, choć czasami wkurzali się, że jeden kończy zdanie za drugiego, dzięki czemu tamten zdobywa pochwałę. Eksplozje dobywające się z ich sypialni nie były niczym niezwykłym. Ponadto uwielbiali dokuczać Percy'emu, starszemu bratu i Ronowi. W wieku pięciu lat, Fred zdenerwował się na Rona i w akcie zemsty za zniszczenie zabawkowej miotełki - przemienił misia braciszka w gigantycznego pająka, wywołując u Rona arachnofobię. Niedługo później dał Ronowi cukierek, który wypalił dziurę w języku chłopca. Kiedy on i George mieli siedem lat, prawie nakłonili Rona do złożenia wieczystej przysięgi, której zerwanie wiąże się ze śmiercią. W pewne Boże Narodzenie, bliźniacy wrzucili swojej ciotce Muriel łajnobombe. Incydent bardzo ją rozzłościł. Zaniechała zwyczaju obchodzenia Bożego Narodzenia w Norze, ich domu, za co rodzeństwo było im wdzięczne. Fred już od najmłodszych lat interesował się quidditchem i często rozgrywał mecze ze swoimi braćmi w domowym sadzie. Już na pierwszym roku w Hogwarcie znaleźli się w stanie wojny z Argusem Filchem. Próbowali się też dostać do Zakazanego Lasu, jednak za każdym razem uniemożliwiał im to Hagrid.  Mieli przyjaciół w swoim wieku np. Lee Jordan'a, Alicje Spinnet, która kiedyś podczas finałowego meczu ze Stytherinem zdobyła gol na 20:0 dla Gryfonów. Później zawodnik przeciwnew drużyny, Bole uderzył Alicję w twarz pałką i tłumaczył się, że pomylił dziewczynę z tłuczkiem, a zaraz potem George zdzielił go łokciem w twarz. Obie druzyny dostały rzut wolny, ale tylko Gryfoni go wykorzystali. Harry wkrótce potem zakończył mecz złapaniem znicza i Gryffindor zdobył wreszcie puchar. Przyjaźnili się również z Angeliną i innymi uczniami, z którymi się wałęsali, żartowali itp. ale trzymali się też z Harry'm Hermioną i Ronem, oraz ich przyjaciółmi. W jakiś sposób nawet brali za nich odpowiedzialność, ponieważ byli starsi.
Fred pamiętał, że George mu bardzo dużo pomagał. Kiedyś uciekł z domu w nocy, żeby iść z dziewczyną na imprezę. Oczywiście ich mama mu zabroniła, jednak nie zwracając na to uwagi, wymknął się z domu. Molly Weasley jednak obudziła się w nocy, co często robi i poszła napić się wody. Weszła do pokoju bliźniaków i kiedy zobaczyła, że jednego nie ma - wściekła się. George powiedział, że jest Fredem, bo wiedział, że brat już sobie trochę nagrabił u niej i wziął winę na siebie. Dlatego też Molly ukarała Georga i przez miesiąc musiał zmywać. On dopiero niedawno powiedział o tym bratu, bo nie chciał się przyznać, że to przez jego głupotę, otóż Fred przed wyjściem kazał mu zamknąć za sobą okno, żeby mama się nie domyśliła. Ten jednak zamiast wstać i to zrobić - usnął. A dziewczyna Freda i tak z nim zerwała tamtej nocy, ponieważ trochę się napił i podrywał inne. 
- Hermiona - odpowiedział smutno. 
- Oh... czyli jednak to co o niej mówiłeś... to, że ją chyba kochasz...
- Tak. - Mogli swobodnie rozmawiać, ponieważ w ich namiocie już nikogo nie było. Wszyscy wstali i poszli na poranną toaletę. George nigdy nie lubił rano wstawać i gdyby nie Fred, kiedyś naprawdę by mu się dostało. Było to rok temu. Ginny poszła do koleżanki na noc, Ron został na święta razem z Harry'm w Hogwarcie, a rodzice zostali zaproszeni na mugolskie przyjęcie, które miało trwać całą noc. George przyprowadził sobie do domu jakąś dziewczynę z Ravenclaw'u, dlatego Fred musiał spać w pokoju Ginny w łóżku, z którego nogi mu wystawały. Dlaczego nie w pokoju Rona? Ponieważ chłopak miał taką obsesje na punkcie Hermiony, że zamykał pokój na klucz. Oczywiście bliźniacy mogli go łatwo otworzyć, jednak bali się zobaczyć co tam jest, mogli mieć przecież traumę do końca życia. Fred wstał wcześnie rano. Do powrotu rodziców zostało pół godziny, a w ich wspólnym pokoju George był z dziewczyną. Molly i Artur jednak wrócili szybciej i gdyby Fred ich nie zagadał, zobaczyli by jak obca dziewczyna ucieka z domu przez okno.
- A czy ona... - brat drążył temat.
- Czy mnie kocha? - dokończył Fred.
- Tak...
- Pamiętasz, jak Hermiona była na drugim roku i powiedziała Draco, że wkupił się w drużynę Slytherinu? Nazwał ją wtedy brudną szlamą, a my pobilibyśmy go, gdyby nie wtrącił się Flint. Zawsze ją broniliśmy i ona należała do osób, które się nie zawsze z nami zgadzały i mówiła to wprost, a sam wiesz, że było takich niewiele. Zawsze groziła nam, że napisze do matki. Traktowałem ją jako zwykłą przyjaciółkę, ale już nie... A Draco ten sukinsyn, który zawsze naśmiewał się z naszej rodziny, teraz myśli, że może tak sobie po prostu się z nią zaprzyjaźnić? Ten drań zawsze nabijał się z Rona i z nas, ale my sobie z tego nic nie robiliśmy. Chociaż... pamiętasz wtedy jeden z meczów quidiitcha? Kiedy tak się wkurzyliśmy, że ty i Harry rzuciliście się na niego. Ja też chciałem, ale przytrzymały mnie dziewczyny. Nie cierpię tego dupka i nie wiem co knuję, ale jeśli jeszcze raz się do niej zbliży to dostanie, a jeśli ją skrzywdzi to przysięgam, że zabije go własnymi rękami.
Chłopak wstał i sięgnął po spodnie.
- Okej... to ja muszę iść w krzaczki a ty postaraj się niczego nie rozwalić - roześmiał się słabo brat, aby trochę rozładować atmosferę.
- Ta - mruknął drugi.

~o~

George wyszedł trochę poza obóz. Wszedł nieco w zarośla, aby móc ulżyć pęcherzowi. Nie lubił, kiedy jego brat był zły, albo smutny. Wolał kiedy był otwarty i miał poczucie humoru. Jednak długo tego u niego nie widział To przez tę wojnę. Jeszcze w szkole należeli do najbardziej lubianych uczniów. George sądził, że Fred zawsze odznaczał się cechami charakterystycznymi dla Gryffindoru: odwagą, prawością i szlachetnością. Nie bał się podejmowania ryzyka. Wykazywał też tendencję do lekceważenia wszystkich zasad, chociaż powtarzał, że zawsze wie, gdzie jest granica i kiedy powinien wyhamować. Niby byli identyczni, on wiedział, że jego brat w wielu sytuacjach okazywał się bardziej śmiały i sarkastyczny niż brat bliźniak. Był też bardziej bezwzględny w stosunkach do wrogów i ofiar dowcipów, których nie lubił. Czasem nawet potrafił być okrutny... Jednak ludzie, którzy nie zasłużyli na bycie ofiarą żartu, mogli dostać od niego dużo współczucia. Zawsze szybciej darował wszelkie urazy, o ile druga strona dawała wyraz swojej skruchy. Kiedy ich matka kiedyś ciężko zachorowała, nie mogli wejść do niej do szpitala. Pielęgniarka uświadomiła im, że to zbyt ryzykowne, jednak Fred kłócił się o to najdłużej. Zawsze był bardziej zawzięty niż wszyscy Weasley'owie. Kiedy oglądali finał Pucharu Świata w Quidditchu postawili swoje oszczędności na to, że Irlandia wygra, ale to Bułgarzy zdobędą znicz. Mimo iż wytypowali właściwie, przyjmujący zakłady Ludo Bagman nie oddał im pieniędzy. Fred był wściekły i zasugerował, by zaszantażować Bagmana, ale George stwierdził, że posunęli by się za daleko...  
Z zamyślenia wyrwał go szelest jakichś kroków i ciche syknięcie. Zapiął więc rozporek, po czym rozejrzał się dookoła. Nikogo nie było widać, jednak był pewien, że nie przesłyszało mu się. Zrobił kilka kroków przed siebie, kiedy usłyszał z lasu cichy, wściekły głos.
- Rusz się, nie mam na ciebie całego czasu. A mógłbym, gdybyś nie robiła głupstw. 
Rudzielec skądś znał ten głos, ale nie potrafił go teraz zlokalizować. Domyślił się, że nie jest to na pewno przyjazna pogawędka, więc rzuciwszy zaklęcie, aby nie było słychać jego kroków, ruszył w tamtą stronę. 

~o~

- Gdybyś mnie nie związał, nie bolały by mnie ręce - stwierdziła. - Widzisz? Nikt z nas nie dostanie tego, czego by chciał. 
Saitan podszedł bliżej drzewa do którego była przywiązana. 
- A tak właściwie... - zaczęła znowu - to dlaczego tak po prostu mnie nie zabijesz? Nie jesteś głupi. Dobrze wiesz, że z każdą minutą rośnie szansa, że ktoś nas zobaczy. 
- A wtedy go zabiję. A ty musisz mi wyjawić parę sekretów - odpowiedział z zadowoleniem. - Ty też nie jesteś głupia. Wiesz... naprawdę miałem nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. 
- Zaprzyjaźnimy? - powtórzyła kpiącym głosem. - Jesteś synem Voldemorta! Zabijasz ludzi! 
- Oh... chcesz mi powiedzieć, że ty nikogo nie zabiłaś? - sztucznie posmutniał.
To zamknęło dziewczynie usta. Wiedział co ją ukłuje, ale chwila... skąd on to wiedział?
- Skąd ty to... - zaczęła, ale ktoś nagle rzucił zaklęcie zza krzaków. Jednak Saitana wcale to nie zaskoczyło i zaraz po zaklęciu "Expelliarmus", z jego ust wydobyły się słowa "AVADA KEDAVRA"... 

Hermiona widziała jak George pada na ziemię...  
 

"Nie przywiązuj się zbytnio
ani do rzeczy, ani do ludzi,
bo z ich stratą i Twój uśmiech może 
zniknąć..."