sobota, 2 lipca 2016

Rozdział 47: "To ja, Hermiona Granger, a to ty, Fred Weasley"

"Twe oczy, jak piękne świece,
a w sercu źródło płomienia.
Więc ja chciałabym Twe serce
ocalić od zapomnienia."

- Odnalazł się! - krzyknęła Hermiona wchodząc do jednego z namiotów. Wszyscy momentalnie ucichli i odwrócili głowy w ich stronę. Dziewczyna spodziewała się radosnych okrzyków, oklasków, ale niczego takiego nie było. Miny jej przyjaciół były przerażone. Momentalnie ją też ogarnął lęk i jakby nie wierząc swojej dłoni, która trzymała mocno rudzielca - spojrzała na niego, sprawdzając czy rzeczywiście tam jest. Był. Ale teraz tak naprawdę widziała go całego. Natychmiastowo pobladła. Prawie całą koszulkę miał we krwi, spodnie z dziurami, przez które widać było głębokie rany, a lewe oko tak spuchnięte, że nie dało się go otworzyć. Głowę miał nieudolnie zabandażowaną i widać było dużą, czerwoną plamę w miejscu, gdzie powinno znajdować się prawe ucho. Jego koledzy nie wyglądali aż tak źle, aczkolwiek Neil nie miał prawego nadgarstka. 
- Mój Boże! - profesor Sprout aż podskoczyła, gdy to zobaczyła. - Musimy was opatrzyć! No już! Z drogi dzieci, no zróbcie im miejsce!
- Wszyscy którzy nie pomagają i nie są pacjentami, na zewnątrz! - poleciła Ginny. 
Hermiona pociągnęła Freda przez wychodzący tłum do jednego z wolnych łóżek. 
- Co ci się stało?? - zapiszczała przejęta.
- Ah, to nic. Naprawdę, nie martw się. Prawie nie czuję - zdobył się na najładniejszy uśmiech.  
- Jak to się stało?? - ciągnęła dalej. - Kto ci to zrobił??
- Saitan - odparł Peter Swann, kładący się naprzeciwko. - Chyba próbował na nim nowe zaklęcia.
- Nowe zaklęcia? - zdziwiła się.
- Tak jak Snape stworzył Sectumsempra, tak Saitan stworzył własne. Na szczęście znał je tylko on i zabrał je do grobu. 
- Koniecznie musicie o tym powiedzieć pani Sprout, kiedy zapyta o możliwe rzucone w niego zaklęcia.
- Jasne - przytaknął Neil.
- Nie ma sprawy - zawtórował mu Peter.
- Hej... - odezwał się Fred, ściskając troszkę mocniej dłoń dziewczyny i tym samym zmuszając ją, żeby na niego spojrzała. - Nie bój się, wszystko będzie dobrze, już jestem z wami. Teraz już się wszystko ułoży. 
- Tak strasznie się bałam... - wyszeptała Hermiona. Po jej policzku mimowolnie spłynęła łza. 
- Wiem, wszyscy się bali. Ale to już koniec wojny.
- Tak strasznie się bałam o CIEBIE. 
- Oh... - chłopak z trudem podniósł się i przytulił ją. Odwzajemniła uścisk. - Wiedziałem, że muszę do ciebie wrócić. Nie powiedziałem ci jeszcze wszystkiego. Nie mogłem odejść... Hermiona ja..
- Ciii... - przerwała mu. - Nie tutaj... Teraz musisz dużo odpoczywać. Jeszcze będziemy mieli czas na powiedzenie sobie wszystkiego. A teraz połóż się i odpoczywaj. Niedługo będziesz miał operacje. Wszystko się ułoży. Wrócisz do zdrowia. 
- Na pewno - uśmiechnął się i położył.
Puściła jego rękę. Tak bardzo chciała przy nim zostać, ale teraz powinien się skupić przede wszystkim na regeneracji. Dlatego wstała, spojrzała na niego ostatni raz i odeszła, a on powoli zamknął oczy. 

Następnego ranka, zaraz po przebudzeniu - pobiegła do namiotu chorych, aby się z nim zobaczyć. W połowie drogi zobaczyła wychodzącą z namiotu Ginny, z wiadrem. Na jej twarzy można było dostrzec zmęczenie, pośpiech i strach. Zaniepokoiło to Granger. 
- Hej - zagadnęła - ciężko co nie?
Młoda Weasley właśnie miała zamiar wylać brudną wodę na trawę (niedawno jeszcze była to robota Hermiony). Kiedy Hermi spojrzała na zawartość wiadra, zdziwiła się. Otóż zamiast lekko zabarwionej na czerwono wody, była tam gęsta, czerwona ciecz, z kawałkami.... mięsa(?).
- Ugh... co to? - zapytała.
- Spałaś całą noc? - Ginny zignorowała jej pytanie. 
- Tak... a co? - zdziwiła się starsza.
- Pracujemy od wieczoru. Co pół godziny wychodzę i wylewam to coś. Pani Sprout jest ciągle na nogach.
- Oj... współczuję tym roślinkom - zażartowała, ale młodszej wcale nie było do śmiechu. 
- To od Freda - oznajmiła z grobową miną. - Całą noc wymiotuje krwią. Całą noc wypluwa płuca. Nikt nie wie co mu jest. To przez zaklęcia syna Voldemorta. Próbowaliśmy już niemal wszystkich zaklęć leczniczych i przeciwdziałających, i żadne nie pomaga. 



Hermiona nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Wiedziała, że powinna coś powiedzieć, jakoś pocieszyć młodszą koleżankę, ale i tak byłoby to bez sensu. Ruszyła w kierunku wejścia do namiotu. Szybkim krokiem pokonała ostatnie metry i weszła do niego jak burza. Rzeczywiście. Wszystko jakby kręciło się wokół Freda Weasley'a. Pani Sprout gorączkowo przewracała strony jakiejś księgi, zapewne zielarskiej, McGonagall rozmawiała z jakimś uczniem, tłumacząc mu jak dostać się do jakiegoś miejsca. Cho Chang moczyła małą ściereczkę i przykładała rudzielcowi do czoła, a Ron przytrzymywał mu miskę, aby nie zwymiotował na pościel. Widok jednym słowem okropny. Dziewczyna w jednej chwili poczuła się tak strasznie bezradna. Nie wiedziała co z sobą zrobić. Podeszła do przyjaciół. 
- O nie - wydusił z siebie Fred, kiedy skończył wypluwać krew. - Hermiona chyba będzie lepiej jak wyjdziesz... - ledwo dokończył, już zaczął przeraźliwie kaszleć. 
- Hermi on ma rację - odezwał się Ron. - Lepiej żebyś wyszła.
- Chyba sobie żartujesz Ronaldzie - oznajmiła ostro. Ukucnęła przy nich i spojrzała na wicedyrektor. - O co chodzi? 
- Wysyła go do jakiegoś innego obozu. Jest tam Hagrid. Mają nadzieję, że on będzie wiedział jak mu pomóc - odpowiedziała przyjaciółka.
- A jeśli nie? - nie chciała zadawać tego pytania, ale samo cisnęło jej się na język.
- Nie stracę kolejnego brata - wycedził Ron przez zaciśnięte zęby.
- Nigdzie - wtrącił Fred - się nie wybieram...
W międzyczasie Ginny wymieniła wiadro i wróciła do namiotu. Widać było, że jest zmęczona, dlatego Hermiona zaproponowała jej zmianę.
- Idź się przespać, Ginny - powiedziała. - Nie wyglądasz najlepiej...
- A któreś z nas wygląda? - odparowała jej może troszeczkę za ostro. - Eh... - westchnęła - Przepraszam. Wszyscy jesteśmy zmęczeni.
- Rozumiem...
- Ginny, chyba naprawdę powinnaś się przespać - odezwał się Ron. - Dobrze ci to zrobi.
- Chyba wszyscy powinniśmy - zaśmiał się nieudolnie Fred, po czym znowu zaczął kaszleć. - Idźcie... Ja mam tu dobrą opiekę.
- Siedzieliście tu całą noc - powiedziała Luna, która właśnie się pojawiła, żeby zmienić Cho. - Przyda nam się odpoczynek.
- Ron... - Hermiona dotknęła jego ramienia i spojrzała w oczy. To było pełne nadziei, przyjazne spojrzenie i może dlatego chłopak skinął głową, westchnął i powoli wstał.
- Chodź Ginny... Fred jest w dobrych rękach.
Jego przyjaciółka uśmiechnęła się jeszcze raz do niego, po czym odwróciła głowę w kierunku chorego Weasley'a. W tym momencie przyszła pani Sprout. Dała mu jakąś niebieską tabletkę. Twierdziła, że to powinno mu pomóc. Dopilnowała, żeby ją połknął i nie wypluł, po czym odeszła.
- Dobrze by było, gdybyś zasnął - stwierdziła blondynka.
- Dobrze by było, gdyby przestał pluć krwią... - dodała słabo Granger.
- Pójdę wymienić wodę - zaproponowała Luna.
Hermiona i Fred zostali sami. No... prawie sami. W namiocie kręciło się dużo ludzi, ale jak na razie nie mogli liczyć na większą prywatność. 
- Będzie dobrze - zaczęła. - Wyzdrowiejesz...
- Nawet jeśli...
- Na pewno - poprawiła go.
- Eh... Na pewno, ale i tak nie chcę już dłużej z tym czekać. Przez całą wojnę chciałem ci powiedzieć...
- Nie - przerwała mu. - Czekaj, najpierw ja.
Dziewczyna chwilkę odczekała. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Teraz albo nigdy.
- Zakochałam się w tobie, Już na początku tego roku szkolnego. Nie mam pojęcia jak to się stało. Nie mam pojęcia kiedy dokładnie i muszę się przyznać, że niechętnie zdałam sobie z tego sprawę - uśmiechnęła się do siebie. - I w sumie, to nawet nie wiem za co cię kocham. Może za oczy, za uśmiech, poczucie humoru.. Może za wszystko... Tak, prawdopodobnie za wszystko. No i... wiedziałam na początku, że to niemożliwe, żebyśmy byli razem bo.. po pierwsze to ja, Hermiona Granger, a to ty, Fred Weasley. Różnimy się od siebie i to bardzo. No a po drugie to miałeś dziewczynę... a w dodatku później kręciła się obok ciebie ta Amber. Nie wiedziałam co robić, naprawdę. Myślałam, że to może sen, że tak naprawdę tego nie czuję... ale teraz wiem. Teraz wiem na 100% że to jest prawdziwe. Nawet nie wiesz, nie masz pojęcia jak bardzo się o ciebie bałam. Kiedy wzięli was na wojnę, niczego nie chciałam tak bardzo, jak wiedzieć, czy z tobą jest wszystko w porządku. Cholera! Nie wiedziałam nawet czy żyjesz. Dlatego musiałam cie jakoś zobaczyć. Potem ta ulga, że jednak jesteś, że nic ci nie jest. Ale jednak nadal nie wiedziałeś wszystkiego. Nie wiesz, ile razy chciałam ci to powiedzieć... i potem George zginął... i to jeszcze przy mnie, przeze mnie.
- Oszalałaś!? - przerwał. - To nie była twoja...
- Myślałam, że tego nie wytrzymam - nie dała mu dokończyć. - Widziałam jak bardzo cierpisz. I zrobiłabym wszystko, żeby zabrać od ciebie ten ból. Jak nikt inny, chciałam być przy tobie wtedy. Chciałam być tą, która cię pocieszy, tą która ci pomoże znaleźć drogę. Chciałam cię przytulić i nie puścić. Wiem, że strasznie ci go brakuje, nam też go strasznie brakuje, ale wtedy chciałam ci powiedzieć, że my jesteśmy z tobą... A dokładniej chciałam, żebyś wiedział, że ja jestem z tobą. I że zawsze będę. Że możesz do mnie przyjść w każdej chwili. Że możesz mi powiedzieć o wszystkim, o czymkolwiek. I... i wtedy zniknąłeś. A ja nie mogłam nic z tym zrobić. Nie wiedziałam gdzie jesteś i umierałam. Kawałek po kawałku z minuty na minute, kiedy cie nie było. Znowu wrócił ten głupi strach o twoje życie. Co ci strzeliło do głowy, żeby iść do Saitana! Nie odpowiadaj - dodała, kiedy widziała, że otwiera usta. - Nigdy bym cie tam nie zostawiła, więc kiedy tylko dowiedziałam się gdzie jesteś, ruszyłam, żeby ci pomóc. Obiecałam sobie, że muszę ci to powiedzieć. Że ta historia, nasza historia, będzie dokończona, choćbym miała pół żywa mówić to wszystko, co mówię teraz. Fred, kocham cię. I może to za mało, ale tylko tyle mam. Nie mam domu, nie mam już w sumie niczego i pewnie to za mało do zaoferowania, ale po prostu. Kocham cię.
Dziewczyna w końcu wzięła porządny wdech. Czuła, że ma łzy w oczach. Z niecierpliwością czekała na to co powie. Czy ją wyśmieje, czy odrzuci, czy powie, że też kocha. Jednak nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Chłopak zrobił się trochę blady i nie była do końca pewna, czy to przez chorobę, czy przez jej wyznanie. Próbował coś powiedzieć, ale po chwili wykrzywił się i... zwymiotował. Przytrzymała mu miskę.
- Ugh... trochę mi lepiej - oznajmił, kiedy skończył. Mówił z trudem. - Nawet nie wiesz jak się cieszę, że mi to powiedziałaś. I może nie powiem ci takiego długiego monologu jak ty mi, ale... ja też cię kocham.
- Tyle w zupełności wystarczy - wyszczerzyła się w pięknym uśmiechu. Pocałowałaby go, ale zważywszy na to, że przed chwilą "puścił pawia"... na razie to sobie odpuściła.
Przez kolejne kilka godzin siedziała przy nim i razem z Luną poprawiała poduszki, zmieniała wodę. Wymiotował tylko kilka razy. Chyba mu się polepszało. Chyba w końcu miało być dobrze.


Wieczorem Hermiona wyszła coś zjeść i wracając - przechodziła obok namiotu nauczycieli.
- Nie czekajmy Minewro - usłyszała głos Snape'a.
- Jak możesz, Severusie! - odpowiedziała mu wicedyrektor. - Mówisz tak, jakbyś już spisał go na straty!
Dziewczyna nie chciała podsłuchiwać, ale coś w środku niej kazało jej się zatrzymać, więc stanęła.
- Dobrze wiesz, że chłopak nie przeżyje. Nie ma szans - powaga w jego głosie sprawiła, że gryffonke przeszły ciarki po całym ciele. Ogarnął ją dziwny lęk. O kim oni mówili?
- Nadzieja, Severusie. Nadzieja była naszym przewodnikiem przez całą wojnę, więc teraz też jej nie stracimy. Tym bardziej, że byłam u niego ostatnio i z opowiadań przyjaciół, jego stan trochę się polepszył.
- Oh, nie bądź dziecinna. Tylko syn Lorda Voldemorta mógłby odwrócić zaklęcie. - Po tych słowach nastała chwila ciszy. Dziewczyna mogła usłyszeć swoje serce, które biło teraz tak szybko, że mogłaby pomyśleć, że zaraz ucieknie.
Słońce chowało się już za horyzontem, wszystkie rośliny i zwierzęta były gotowe na noc. To prawie tak, jakby przeczekać to najgorsze, wiedząc, że niedługo będzie lepiej. "Po nocy, zawsze wstaje dzień". Taki był też plan młodej czarownicy. Cały czas wierzyła, że wystarczy przeczekać te gorsze chwile, a potem będzie lepiej. I miała nadzieje, że teraz też to się sprawdzi.
- Chłopak nie ma żadnych szans - odezwał się nauczyciel.
- Być może... ale jego przyjaciele powinni mieć nadzieję do samego końca. Może stanie się cud - zakończyła McGonagall.
Hermionie zrobiło się słabo. Ruszyła chwiejnym krokiem w kierunku innego namiotu, ale musiała usiąść. Podeszła więc do najbliższej ławeczki. Nadal nie wierzyła, że przed chwilą była świadkiem takiej rozmowy. Na 100% chodziło im o Freda. A więc nie widzą szans na... na uratowanie go. Ta myśl ciężko przechodziła jej przez głowę. Przecież... przecież to niemożliwe. Niemożliwe, że po tym wszystkim... po całym bałaganie, który narobiła wojna, po tych złych rzeczach, po śmierci tylu osób, jeszcze on miał... Nie. Nie. Nie. To nie może być prawda.
Postanowiła nie mówić o tym nikomu. Sama wmawiała sobie, że jeszcze jest szansa. Że wszystko będzie dobrze. Że stanie się ten cholerny cud.

"I nie mów kolejny raz,
że wyznanie uczuć nic nie zmienia.
Bo zawsze to robi. 
Zmienia na lepsze, lub na gorsze.
Ale zawsze zmienia."

niedziela, 19 czerwca 2016

Rozdział 46: "W jednym kawałku"

Witajcie! Chciałam tylko powiedzieć, że ostatni komentarz, pod ostatnim rozdziałem, od Weroniki - mnie naprawdę ucieszył. Oczywiście cieszę się z każdego i każdy jest dla mnie wyjątkowy i bardzo ważny. Smucę się tylko, że czasem jest ich tak mało. Ale nawet jeśli byłby tylko jeden - jedna osoba, która by czekała na kolejny rozdział - pisałabym. Dobra już nie przedłużając: zapraszam na dół. 


"Nareszcie koniec, ostateczny koniec
Już wszystko czarne i białe, bardziej czarne
Niby ulga, a z czegoś okradziona
Bo bez straty nowego - nic nie zyskamy"


Koniec wojny. Jak to pięknie brzmi. Ale zawsze pod koniec wojny przychodzi czas na ocenienie strat... a to bywa czasem najboleśniejsze.

Hermiona widziała, że Draco leży nieruchomy na ziemi, ale bała się podejść. Nie chciała aby myśli, które krążyły jej po głowie, stały się rzeczywistością. Na szczęście Harry podszedł i sprawdził mu puls.
- Żyje - oznajmił. Dziewczyna wypuściła powoli powietrze. - Zajmę się nimi. - Spojrzał też na Dumbledore'a leżącego pod ścianą. -  Idź zobaczyć co z resztą.
- Okej - Granger wybiegła na korytarz. Wszędzie leżały ofiary zaklęć, głównie śmierciożerców, ale niektóre ciała z nich znała też ze szkoły. - Neville? - zdziwiła się, kiedy zobaczyła chłopaka stojącego przed wrotami zamku. Rozejrzała się i dostrzegła innych znajomych. - Co wy tu robicie? Przecież mieliście być w Hogsmeade!
- To była nas wszystkich wojna. Harry pokonał Voldemorta?
- Tak - oznajmiła, a wszystkim równocześnie wystąpił na twarzy szeroki uśmiech.
- Walczyliśmy ze śmierciożercami, kiedy ci nagle zaczęli się rozpływać w powietrzu... wtedy już wiedzieliśmy, że Harry zwyciężył - powiedziała Cho Chang.
- Gdzie Dumbledore? - zapytał Snape. Leżał na podłodze z widoczną raną w klatce piersiowej. Profesor McGonagall próbowała jakoś zatrzymać krwawienie.
- Dumbledore nie żyje - oznajmił Harry stając w wejściu korytarza.
Wszyscy zamilkli. Słowa utkwiły im w głowach jak echo.
- Ale... - zaczął Neville. Próbował znaleźć odpowiednie słowa, ale nic nie przychodziło mu do głowy.
I stało się. To byłoby zbyt piękne, gdyby nie zginęła kolejna bliska osoba. Chociaż z drugiej strony nie można wyliczać tych, którzy mogliby zginąć (dalecy znajomi) i tych, którzy nie powinni (bliscy). Profesor McGonagall wstała z podłogi. Chłopak, któremu przyciskała ranę na klatce piersiowej i tak już nie żył.
- Myślę - zaczęła - że powinniście tu zostać i pomóc sobie nawzajem. Wojna się skończyła moi drodzy, ale to nie koniec pracy. Ponieśliśmy ciężkie i wielkie straty, prawdopodobnie dla wielu z was szczególnie dotkliwe. Jednak przed nami zderzenie się z rzeczywistością. Obiecuję, że razem z resztą nauczycieli, dołożymy wszelkich starań, aby ten koszmar skończył się jak najszybciej. Profesor Sprout zostanie tu z wami i pomoże opatrzyć rany. Jestem przekonana, że jeśli któreś z was potrzebuje pomocy, natychmiast ją otrzyma. - Spojrzała jeszcze w te młode twarze, skrywające w sobie ból, zmęczenie, smutek, bezradność, nieliczne tylko radość i ulgę, po czym skierowała się z resztą nauczycieli do korytarza, z którego przed chwilą wyszedł Harry. Zatrzymała się jeszcze przy nim, położyła rękę na jego ramieniu i uśmiechnęła się.
- Dobra robota, Harry. Jestem pewna, że Dumbledore jest z ciebie dumny.
Chłopakowi napłynęły łzy do oczu. Właśnie zdał sobie sprawę z tego, że wszystko się skończyło. Właśnie przed chwilą. Przed kilkoma minutami. I to skończyło dobrze. Ale jednocześnie kilka minut temu umarł Dumbledore. Mogliby tego uniknąć. On mógł. Trzeba było wybrać inne rozwiązanie. Może byłby tu teraz i sam mu gratulował. Chciał cofnąć czas. Oczywiście, że miał wygrać, ale nie kosztem Dumbledore'a. Nie musiał przecież ginąć!

Pięć godzin później Harry siedział na kanapie, wpatrując się w tańczący ogień w kominku. Wieść o wygranej szybko się rozeszła. Radości czarodziejów na całym świecie nie było końca. Zaraz po zabraniu ciała Dumbledore'a, przyleciały latające dorożki i zabrały uczniów w przygotowane namioty na jednej z Trzech Wielkich Polan. Hermiona podeszła tak cicho, że prawie nie zwrócił na nią uwagi.
- Nadal o tym myślisz - stwierdziła. - Harry... to nie twoja wina. Nie przez ciebie zginął. Uratowałeś cały świat, wszystkich czarodziejów. Uratowałeś nas, Harry. - Patrzyła się na niego tak długo, aż nie odwrócił głowy w jej stronę i nie spojrzał jej w oczy.
- Czy to ma sens? Zabić jednego, czy dwóch, żeby umarł ktoś ważny?
Dziewczyna przez chwilę nie wiedziała co mu odpowiedzieć, dlatego w milczeniu wpatrywała się w podłogę.
- To jest ważne. Wolność jest ważna. Niewinne życia są ważne. Jesteś bohaterem. Całego świata.
- Nie rozumiesz?! - wybuchł. - Ja wcale nie czuję się jak BOHATER! Nie chcę być bohaterem!
Rozpłakał się. Przytuliła go. Też się rozpłakała. Siedzieli tak. Na kanapie. Przy kominku. Smutni. Wbrew wszystkiemu. Wbrew wygranej.
- Boisz się - odezwał się po chwili. Kiedy odsunął się od niej i spojrzał w oczy, nie było już w nich łez. - Trzęsiesz się. Trzęsiesz się tylko wtedy, kiedy się czegoś boisz. O co chodzi Hermi?
- Bo... - dziewczyna spojrzała na swoje buty. - Nie wiem co się dzieje z Fredem... - chciała jeszcze coś dodać, ale się powstrzymała. - Nawet nie wiem czy mu się nic nie stało.
- Rozmawiałaś z Ronem?
- Nie widziałam go.
- Pewnie też się martwi. Powinnaś porozmawiać z profesor Sprout, ona sporządzała listę ofiar śmiertelnych.
- Wiem. Boję się zapytać.
- Chodź - złapał ją za rękę. - Zrobimy to razem.
Pociągnął ją w kierunku wyjścia. Powoli zmierzali do wielkiego słupa na środku polany, na którym wisiała T A    K A R T K A. Czytając ją, niektórzy czuli ulgę, radość, ale też i smutek, ból. Dziewczyna zaczęła śledzić wzrokiem nazwiska. Było ich z 40, może 50.


Vicky Bishopper
Vincent Crabbe
Druella Rosier
Evan Rosier
Gregory Goyl
   Winky Crockett
Alex Sykes
Timothy Justin
Demelza Robins
Andrew Kirke
Barry Rochester
Lisa Cullen
Jennifer Down
...
Valeria Myrriald
David Nolton
Louise Fontwell


Przeczytała wszystkie nazwiska trzy razy, ale nie znalazła żadnego z przyjaciół. Wypuściła w końcu powietrze z płuc. Harry skończywszy czytać (czytał wolniej niż ona) przytulił ją mocno. 
- Wszystko będzie dobrze - wyszeptał. 
Nie powiedziała tego głośno, ale po głowie krążyło jej jedno słowo: "oby".


Przez resztę dnia dziewczyna chodziła od namiotu do namiotu w poszukiwaniu jakiejś pracy. Chciała coś zrobić, może pomóc komuś, na coś się przydać, po prostu zając się czymś, żeby nie myśleć o tych wszystkich czarnych scenariuszach. Co jeśli w ogóle nie znaleźli Freda? Albo co jeśli nie znaleźli jeszcze jego ciała? Martwego ciała? W końcu zdecydowała, że pomoże opatrywać rannych, ale niestety... albo i stety mogła jedynie asystować przy niewielkich zabiegach, a także wylewać brudną wodę, przynosić czystą, dostarczać jedzenie i picie, poprawiać poduszki, roznosić koce. Wolała to, niż patrzenie na krew, zszywanie ran itp. Pod wieczór przyszła kolej aby wylać wodę po ostatniej operacji. Wzięła więc wiadro stojące przy wyjściu i wyszła na zewnątrz. Odeszła trochę od wszystkich namiotów i chlusnęła wodą z krwią na pobliskie krzaki. "Oby nie było tam żadnych zwierząt" - pomyślała. Wow... wciąż miała jakieś poczucie humoru. Znikome, ale miała. Gdy wróciła, od razu zobaczyła, że coś jest nie tak. Była tu wystarczająco długo, żeby zapamiętać rozkład łóżek i pacjentów. Chyba na "oddział" przybyli nowi ranni. Wręczyła wiadro pierwszej lepszej napotkanej osobie i poleciła przynieść czystą wodę, a sama zaczęła się rozglądać. Czego szukała? Sama jeszcze nie widziała, ale chyba najbardziej by się ucieszyła widząc rudą grzywę. Omijała łóżka zaczepiała ludzi stojących do niej tyłem, ale żaden z nich nie był chłopakiem, na którego czekała. Mijając jedno z posłań, usłyszała cienki głos.
- Hermiona... - powiedział. Zatrzymała się czym prędzej i spojrzała w dół. Wiedziała do kogo należy ten głos. Nie wyglądał aż tak źle: złamana ręka, palec, krwawienie z lewego ucha, spuchnięte oko, wielki fioletowy siniak na czole, małe rozcięcie na policzku. Były tu o wiele gorsze rzeczy. - Jesteś cała. - Widać było, że męczy się przy każdym słowie. Żeby nie musiał się tyle wysilać, schyliła się. Przynajmniej sobie wmawiała, że tylko dlatego. Ucieszyła się na jego widok. O niego też bardzo się martwiła. Ale jego jeszcze widziała niedawno. Z nim jeszcze rozmawiała.
- Draco... - wyszeptała. - Jak się czujesz? Wyglądasz kiepsko.
- Czuję się kiepsko. Dostałem paroma ładnymi zaklęciami, ale... Diabeł swoich nie bierze, więc jestem - uśmiechnął się, ale zraz usta wyraziły grymas bólu. Złapał się za żebro. - Złamane - wyjaśnił kiedy podążył za jej wzrokiem.
- Musi boleć... - odparła. Nie zwracając uwagi na jej słowa, podniósł rękę i dotknął jej dłoni.
- Cieszę się, że cię widzę.
- Ja... - zaczęła, ale przerwała, ponieważ profesor Sprout podeszła do nich, spojrzała na blondyna i oznajmiła: zakwalifikowany do operacji. Po czym różdżką zrobiła mu znaczek na ręce, aby potem odróżnić którego trzeba zoperować. Powiedziała jeszcze, żeby Hermiona zerwała jej trochę Rdestu Ptasiego, po czym odeszła. - Muszę iść... - oznajmiła Granger.
- Zostań - poprosił Malfoy. 
- Nie mogę... tutaj jest dużo ludzi, na pewno ktoś się tobą zaopiekuje. 
- Ale ja nie chcę tych ludzi... - ujął jej ręce w swoje. - Ja chcę ciebie...
Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko, wstała i powoli odeszła nie oglądając się za siebie, a było to trudne. Czuła, że odprowadza ją wzrokiem. 

Następnego dnia wieczorem miała za zadanie narwać Raptuśnika, który rósł na skraju lasu. Wzięła więc pochodnię i zaczęła oddalać się od obozu. Oddalając się, stopniowo szumy rozmów zamieniały się w brzęczenie świerszczy i bzyczenia komarów. To był chyba jedyna taka chwila wytchnienia którą miała, kiedy wychodziła po coś do lasu, albo na jego skraj. Odcinała się od gwarów i jej umysł mógł odpocząć. Dopóki nie przypominało jej się o tym, że nadal nie wie co z Fredem. Idąc tak z pochodnią w ręku, nie zauważyła trzech cieni wyłaniających się po drugiej stronie polany. Patrzyła na gwiazdy, na księżyc, na niebo. Myślała o przeszłości, przyszłości. Co się teraz stanie z Hogwartem. Jak będzie wyglądać ich życie bez najbliższych. Jak wyglądałoby ich życie za panowania Voldemorta. Po kilku sekundach usłyszała kroki. Odwróciła się i niemalże dostała zawału. Już myślała, że to wróg i chciała wyciągać różdżkę, ale przypomniało jej się, że jej nie wzięła. Instynkt mówił jej żeby uciekać jak najdalej, zawiadomić resztę, bronić się jakoś, ale po chwili zobaczyła twarze trzech postaci. Serce podskoczyło jej do gardła. Rzuciła koszyk trzymany w ręce i pobiegła w ich stronę.


- Fred! - krzyknęła rzucając się chłopakowi na szyje. On uniósł ją w górę i okręcił się kilka razy. 
- Hermiona! - zawtórował. Po chwili odstawił ją na miejsce i nie wiedziała czy to przez brak sił, czy po prostu jak dla niego już dość było tych uścisków. Dziewczyna zobaczyła jeszcze dwóch chłopaków: Neila Randalla i Petera Swann (uczniowie Gryffindoru). 
- Gdzieście byli??
- Zgubiliśmy się w lesie - odpowiedział Neil. - Zaciągnęło nas tam kilku śmierciożerców. Kiedy tajemniczo wyparowali, wiedzieliśmy już, że Harry wygrał ale nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Fred był trochę poturbowany ale..
- Najważniejsze jest to, że żyjecie - przerwała dziewczyna. - Zabieram was do obozu. - Nie czekając ani chwili dłużej, chwyciła Weasley'a za rękę i pociągnęła w stronę namiotów. Reszta podążyła za nimi. Granger była teraz w pełni szczęśliwa. Miała go. Tutaj. Był cały. I zdrowy. Dopiero w świetle latarni miało okazać się, że nie do końca... 

"Nie mam już Ciebie,
Największa strata.
Nienawidzę za to Siebie,
Życia i całego świata!"

sobota, 28 maja 2016

Rozdział 45: "Śmierć potężnego"


"Zawsze trzeba działać. Źle czy dobrze,
okaże się później.  
Żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania,
wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy
przynoszą smutek i żal, nie żałuje się."

Nie było żadnej strategii. Niczego nie było. Różdżka w dłoń i do boju. Hermiona z Ronem wparowali do zamku przez główną bramę gotowi rzucać zaklęcia. Na ziemi leżały ciała. Setki ciał. Pełno krwi. Okropny zapach. Porozrzucane różdżki. Niedomknięte oczy. Pourywane ręce. Otwarte rany. Wszędzie dało się słyszeć odgłosy walki. Zaciętej walki. Mury się waliły. Ludzie przeraźliwie krzyczeli. Zaklęcia zlewały się w jeden ryk. Jakby wrzaski z otwartego piekła. Śmierciożercy przeciwko nauczycielom i uczniom. Skąd się tu wzięli? Nie byli to uczniowie Hogwartu. Dwójka przyjaciół niezwłocznie przystąpiła do walki posuwając się na przód. Szukając Harry'ego albo Freda. Chociaż było tu setki ludzi, Hermiona już po chwili wiedziała, że ich nie ma. Nie ma też Voldemorta ani Saitana. Musiała ich znaleźć.
W końcu przedostała się do jakiegoś korytarza. Tu też toczyła się bitwa. Zobaczyła jak śmierciożerca atakuje od tyły jakąś małą blondynkę. Nie zastanawiając się, rzuciła w niego zaklęcie. Uczennica zobaczywszy co się właśnie stało, skinęła jej wdzięcznie głową.
- Jeśli szukasz Wybrańca, jest w tej największej sali z Voldemortem. Nie da się tam dojść, ściana się zawaliła i nie ma dostępu. Chociaż i tak nikt nie chciałby tam iść.
- Jest sam?
- Nie wiem.
- Okej, dzięki!
- Chyba tam nie pójdziesz?
- To jest mój przyjaciel.
- Zginiesz! - krzyknęła za nią jasnowłosa, ale Granger już zniknęła w innym korytarzu.
Rzeczywiście - po jakimś czasie dostrzegła przejście zawalone kamieniami.
- Locomotor! - wypowiedziała Hermiona wskazując różdżką pierwszy kamień. Zaczęła przenosić jeden po drugim, ale wskutek tego inne spadły w te miejsca.
- To nic nie da - powiedział ktoś za jej plecami.
- Draco? Co tu robisz? - zdziwiła się.
-Naprawdę myślałaś, że nie wrócimy?
- Ugh! Nie mieliście tego robić! - zdenerwowała się.
- Gdybym tego nie zrobił, nic byś nie wskórała, bo byłabyś martwa. Jeden ze śmierciożerców się do ciebie zakradał. Zaskoczyłby cię od tyłu.
Dziewczyna odwróciła się i rzeczywiście, zobaczyła leżące na ziemi ciało. Spojrzała na chłopaka.
- Dziękuję... - Przez chwile patrzyli sobie w oczy, jakby wymieniając się myślami. Blondyn uśmiechnął się lekko, po czym skupił się na głazach.
- Może zaklęcie Bombarda coś da?
- Spróbujmy - już chciała rzucić czar, ale chłopak złapał ją za ramiona.
- Nie! Czekaj...
- No co? Nie mamy czasu Draco!
- Chcę tylko wiedzieć co zrobisz, kiedy już będzie można tam wejść.
- Nie wiem, zobaczy się. Ważne jest to, żeby się tam dostać i im pomóc.
- Nie pozwolę ci tam wejść, jeśli od razu zginiesz, nie bądź głupia!
 - Nie będę stać bezczynnie i czekać! Więc albo mi pomożesz, albo zejdź mi z drogi.
- Eh... - westchnął. Nie miał wyboru, więc puścił ją i stanął z boku gotów do działania.
- Bombarda! Bombarda Maxima! 
Ściana z kamieni ustąpiła czarowi. Już przez pył widać było latające na wszystkie strony zaklęcia. Kiedy opadł, zobaczyli wejście, a za nim ogromną komnatę. Wparowali do środka jak oparzeni i rozejrzeli się. Sytuacja wyglądała następująco: wszędzie mnóstwo kamieni, posadzki zniszczone, krew na podłodze, Voldemort wściekły rzuca zaklęcia w Harry'ego, a ten, cofając się - odbija je. Z drugiej strony Saitan torturuje Dumbledore'a. A Bellatrix stoi na wpół rozwalonych schodach i szczerzy się w uśmiechu. Gdy tylko dostrzegła Hermionę, jej wyraz twarzy zmienił się na grymas niezadowolenia.
- O mamy towarzystwo! - wrzasnęła. - Crucio! - wymierzyła w Hermionę, ale ta odsunęła się w ostatniej chwili.
- Pomóż Dumbledor'owi! - poleciła Malfoy'owi. - Ja zajmę się tą jędzą.
Draco niezwłocznie pobiegł do Saitana, a dziewczyna zbliżyła się do kobiety na odległość około 4 metrów.
- AVADA KEDAVRA! - krzyknęły obydwie w tym samym czasie.
W tym momencie nastąpiło zjawisko nazywane "Priori Incantatem". Stało się tak, ponieważ Hermiona i Bellatrix posiadają różdżki o bliźniaczych rdzeniach, które zostały zmuszone do zabicia bliźniaczej "siostry" i odmówiły posłuszeństwa. Obydwie mają rdzeń z włókna ze smoczego serca. Gdy dwa czary zostaną rzucone jednocześnie przez walczących, różdżki zostają połączone za pomocą wąskiego promienia światła.  Z połączonych różdżek wytrysnęły promienie, które skrzyżowały się wokół czarodziejek, tworząc złotą sieć o kształcie kopuły - klatkę ze złotych promieni, do której nikt inny nie ma dostępu. Hermiona wiele o tym czytała i wiedziała, że za chwilę nastąpi pojedynek woli. Tak się też stało. Różdżka Lestrange została zmuszona do odtworzenia rzuconych za pomocą niej zaklęć. A ponieważ zabiła wiele osób, zaczęły się z niej wydobywać echo, przybierające formę wyglądu ostatnio zabitych ofiar. Dało się też słychać okropny wrzask (świadczyło to o rzucanych zaklęciach torturujących). Zmuszana jest do tego tylko różdżka przegranego, dlatego Granger zrobiła pewny krok do przodu, aby ta cofając się, straciła resztki siły. W końcu czerwony promień Hermiony zdominował niebieski promień Bellatrix, aż w końcu powalił ją na ziemię.
Upadając, wypuściła swoją różdżkę z ręki.


Po chwili leżała już tylko nieruchomo na ziemi, patrząc ślepo w sufit. Granger wiedziała, że nie żyje.

W tym samym czasie pojedynek na śmierć i życie toczył Harry z Lordem Voldemortem. Ich różdźki także złączyły się, a ich moc była tak potężna, że wszystko w okół zostało zdmuchnięte z powierzchni. Voldemort walczył aby pokonać swojego największego wroga, aby w końcu rządzić, być panem ciemności i najpotężniejszym człowiekiem na świcie. Zwykle trzymał różdżkę delikatnie i z łatwością przychodziło mu rzucanie zaklęć uśmiercających, jednak teraz musiał sobie dopomóc drugą ręką. Zaklęcie rzucone przez Harry-ego było tak silne, że niemal odpychało go. A to wszystko dlatego, że Potter walczył nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich czarodziejów. Walczył za zabitych, za swoich rodziców, rodziców Neville'a, za Benny'ego, George'a i wszystkich niewinnych, których krew nigdy nie powinna być przelana. Walczył o pokój, o pokonanie największego zła. Walczył w imię Miłości, dlatego moc bijąca od niego była potężniejsza od Voldemorta. Ta moc rosła i rosła, bo z każdą sekundą wyzwalała się w Harrym siła, dająca mu przewagę. Tą siłą właśnie byli wszyscy ci niewinni. Ich duchy stały za nim i dodawały energii.


- Nie! - wrzasnął Czarny Pan kiedy promień z różdżki Harry'ego był już bardzo blisko. W końcu nie wytrzymał i zmniejszył ucisk na swoją różdżkę. Wtedy właśnie ona wypadła mu z rąk, a czar został przerwany. Zanim to się jednak stało - zaklęcie wypowiedziane przez nich obojga, trafiło go prosto w serce. Pod Voldemortem ugięły się kolana. Upadł na ziemię, podpierając się rękoma. Spojrzał na chłopca, który nieruchomo stał przed nim i obserwował. Dostrzegł za nim wszystkie dusze, które zginęły w tej wojnie. Ze strachu rozszerzyły mu się oczy. W następnej sekundzie, wszystkie te duchy rzuciły się na niego, a on zaczął wrzeszczeć tak, że zatrzęsły się mury. Sam siebie obdzierał ze skóry, aż w końcu zaczął usychać i zmieniać się w proch, po czym uniósł się w powietrze jakby tchnieniem wiatru i poleciał na drugi koniec komnaty. Tam Saitan obserwował wszystko wielkimi, przestraszonymi oczami. Czarny pył otoczył go i on również począł się zmieniać. Po chwili nie było już widać jego sylwetki, a proch opadł na ziemię i rozwiał się tak, że nie zostało już po nim żadnego śladu.
Zapadła cisza. Hermiona i Harry patrzyli jeszcze w miejsce, w którym przed chwilą stał syn Czarnego Pana, a potem równocześnie na siebie spojrzeli.


Nie czekając ani chwili dłużej, podbiegli do siebie i mocno przytulili.


Stali tak chyba kilka minut, nie wierząc, że to naprawdę koniec. Obydwoje żyli. Nie szczędzili łez. Ale w końcu przypomnieli sobie o innych. Koniec wojny. Jak to pięknie brzmi. Ale zawsze pod koniec wojny przychodzi czas na ocenienie strat... a to bywa czasem najboleśniejsze.

"Przeciwności losu uczą mądrości...
Powodzenie ją odbiera..."





HEJ, HEJ, HEJ! 
Nasz blog zmierza już ku końcowi, pojawi się jeszcze kilka rozdziałów i epilog. Niestety wszystko ma swój czas. I to opowiadanie też kiedyś musi się skończyć, ale nie smućcie się... myślę nad nowym blogiem. Oczywiście jeśli ktoś go będzie czytał xD Tylko nie wiem czy pisać o Harrym czy wymyślić własnych bohaterów, własną historię. Oczywiście lepiej będzie mi pisać własną, bo nie muszę dbać o szczegóły związane z oryginalną wersją, ale no cóż... 
Jeśli to przeczytałeś - proszę zostaw komentarz, to cię nic nie kosztuje, zajmuje kilka sekund, napisz cokolwiek, nie musisz się logować, możesz z anonima, a wiele dla mnie znaczy. Dziękuję za przeczytanie i do następnego postu!!


Rozdział 44: "Jedyna opcja"

"Pewność istnieje jedynie
w stosunku do przeszłości,
natomias jeśli chodzi o przyszłość, 
to pewna jest tylko śmierć..."


Przyszła. Taka piękna w tej białej sukience. Miała włosy spięte w fryzurę, którą nie potrafię nazwać inaczej niż: perfekcyjna. Uśmiechała się do mnie. Z jej sylwetki wydobywało się światło, jakby była aniołem. Poruszała się powoli... od czasu kiedy ją zobaczyłem - nie czułem już bólu. Wiedziałem, że umieram. Leżałem na ziemi, pokryty chyba gruzami. Z mojej ręki leciała cienka stróżka krwi, ale nie chciałem na to patrzeć... tylko na nią. Już była prawie na wyciągnięcie ręki. Chciałem powiedzieć jej imię... Wydawało mi się, że gdy je wymówię - uleczy wszystkie moje rany. "Hermiona"... Już była przy mnie. Pochyliła się nade mną i położyła dłoń na mojej skroni. Poczułem tylko delikatny dotyk. Nie mogłem się ruszyć, ale nie martwiłem się wcale. Była przy mnie... w końcu. Jedyna osoba, którą chciałem w tej chwili przytulić, poczuć. Zagubiłem się. Ale mi wybaczyła... przyszła tu, więc mi wybaczyła. Więc mogłem umierać w spokoju, prawda? U jej boku... tak... piękniejszej śmierci nie mogłem sobie wymarzyć. Mogłem dołączyć do mojego brata... już na mnie czekał. Wszystko teraz wydawało mi się takie łatwe, do pokonania. Czułem niesamowity spokój, jakbym miał wszystko, czego od zawsze pragnąłem... ale nagle to się zmieniło. 
Otworzyłem oczy i zobaczyłem szary obraz rzeczywistości. Leżałem na posadzce, pod gruzami, niepewny czy we własnej kałuży krwi. Głowa bolała mnie niemiłosiernie, a Hermiona gdzieś zniknęła. Bo tak naprawdę wcale jej tu nie było. Możliwe, że nie żyła. Saitan sprawił, że byłem tylko ciałem, leżącym bezwładnie pod jakimś dużym kamieniem, nie mogąc się ruszyć. Próbowałem obrócić jakoś głowę, żeby zorientować się w sytuacji, ale poczułem silny ból w szyi. Sprawił, że odechciało mi się jakiejkolwiek czynności. "Chyba tu umrę" - przeszło mi mimowolnie przez głowę. "Sam". Głos w mojej głowie, który przywoływał te myśli, próbował się przebić przez nadzieję, trzeźwe myślenie i strach. Ta pierwsza nadal łudziła się, że zaraz zobaczę któregoś z przyjaciół. Ale nikogo tu nie było. "Nikt nie przyjdzie, Fred" - znowu on. Musiałem się skupić. Musiałem coś zrobić. Zostało mi albo to, albo umieranie, a na razie bardzo chciałem wyjść z tego cało. Różdżkę chyba ciągle trzymałem w ręce. Jednak na nic się to zda, jeśli nie mogę nią ruszyć. Po prawej usłyszałem kroki. Pierwsze postanowienie: odwrócić głowę. Niby nic, ale ta czynność sprawiła mi ogromną trudność i jeszcze większy ból. Nieźle.  Dobra. Cel drugi: dowiedzieć się kto idzie w moją stronę. To w sumie nie było trudne. Tylko jeden gość miał w okół siebie widoczną, czarną aurę. I nie był to gość, za którym bym szczególnie przepadał. Co więcej - był to gość, który mnie tak urządził. Saitan. Lepiej być nie może. Zaraz zginę. Świetnie. Myśl Fred, myśl!
Okej... skoro i tak miałem zaraz zginąć to chociaż spróbuję ocenić mój stan. Prawą nogę przygniatał kawałek ściany, ale nie bolało. Świadczyło to o tym, że albo nie jest tak źle... albo już po niej. Z mojej drugiej nogi coś wystawało. Kawałek drewna? Tak... chyba tak... aua. To znaczy...nie aua, bo to także nie bolało. Módlmy się, żeby to był szok pourazowy. Wtedy podobno się nic nie czuje... przynajmniej nie na jakiś czas. Zostawmy nogi - zobaczmy co z rękoma. Spróbujmy je podnieść. Było ciężko, ale po chwili mogłem poruszać lewą ręką. Za chwile dołączyła do niej druga. Chociaż tyle. Może spróbuję się podnieść? Coś czuję, że będę żałował...

~o~

Ron i Hermiona jakiś czas temu odłączyli się od grupy. Uczniowie nie chcieli wierzyć, że poszli zbierać jagody do jedzenia, ale nie mieli innego wyboru. Podążali do kryjówki, podczas gdy przyjaciele biegli na pomoc Harry'emu, Fredowi i nauczycielom.
- Jaki jest plan? - zapytał zdyszany chłopak.
- Nie ma planu! - odkrzyknęła Granger.
- Musi być plan!
- Wejść, przeżyć, wyjść z resztą!
- ...To bardzo dobry plan.
- I tego się trzymajmy.
Przed nimi ukazał się zarys zamku, w którym to, mieli nadzieję, wszystko się zakończy. Obydwoje byli zwarci i gotowi do ataku. Obydwoje zamiast lęku, czuli chęć walki. Obydwoje chcieli wygrać. I nie zwracali uwagi na to, że mogą zginąć, że poniosą jakiekolwiek straty. Mili dość tej wojny. I dlatego muszą ją zakończyć. Dzisiaj.


"Nigdy nie masz pewności, że 
"masz na to jeszcze czas".
Dlatego nigdy nie zwlekaj ze słowami,
które chciałbyś wypowiedzieć, ale się boisz,
z miłością, z gestem dobroci.
Nigdy nie masz pewności,
czy istnieje dla Ciebie czas przyszły."

niedziela, 10 kwietnia 2016

Rozdział 43: "Obietnica"


"Są uczucia, gesty, obietnice, 
na których spełnienie nie możemy czekać
"w nieskończoność"...
Tak jak każdego dnia "wczoraj"
- już nie wróci, a zostaje
tylko "dziś"."


Uczniowie biegli ciemnymi tunelami jak najciszej potrafili. Na ich czele Ron wraz z Hermioną, próbowali ustalić właściwy kierunek. Starali się nie myśleć o tym, że zostawili za sobą nauczycieli i być może nie zobaczą ich już nigdy więcej. Z zamyślenia wyrwały ich dalekie okrzyki strażników.
- Są tam! - szepnął rudzielec wskazując prawy korytarz, skręcili więc w lewo.
- Pewnie pilnują wyjścia, a zatem idziemy w głąb budynku - zauważyła dziewczyna.
- A mamy inne wyjście?
Nie odpowiedziała. Biegli jeszcze przez chwilę w ciszy, trzymając różdżki w gotowości. Wtem jakiś wysoki, masywny mężczyzna zastąpił im drogę. Wyglądał jak zawodnik sumo, z tym, że nie był gruby, lecz bardzo umięśniony. Jego goła klata oszroniona była potem. Miał na sobie tylko spodenki z jakiegoś materiału i potężny skórzany pas z maczugą. Uśmiechnął się szeroko, prezentując różnokolorowe zęby: białe, szare, żółte, bardziej żółte, czarne, brązowe...
- Co do diaska?! - zapiszczał Ron. Nic dziwnego, wszyscy stali jak wryci i obserwowali nowego "znajomego". Obudzili się dopiero, gdy ten wyjął maczugę i ruszył w ich stronę. - Mogę zacząć panikować?
- Lepiej zacznij uciekać! - krzyknął Neville, po czym odwrócił się i zaczął biec, a za nim w pośpiechu podążyła reszta.
- Biegniemy prosto w ręce strażników! - Zauważyła Luna.
-Wolę strażników niż pana za nami - zaskomlał Weasley.
- Też racja...
Nie trzeba było długo czekać, aż usłyszeli krzyki śmierciożerców gdzieś przed nimi.
- Atakujemy na trzy! - krzyknęła Hermiona, mocniej zaciskając palce na różdżce. - Raz... - kroki stawały się coraz głośniejsze - Dwa... - wiedzieli, że zaraz zza zakrętu wyleje się na nich potok wrogów - Trzy!
Kilkanaście osób rzuciło naraz atakujące zaklęcia, jednak przeciwnicy byli na to przygotowani i tylko nieliczni zostali obezwładnieni. Walka się rozpoczęła. Niebieskie błyskawice leciały z obydwóch stron, wszyscy przekrzykiwali siebie nawzajem i nikt nie zamierzał ustąpić. Z tyłu, za grupą uczniów - zbliżało się kolejne niebezpieczeństwo, którym był nowo poznany mężczyzna... chociaż bardziej pasowałoby "maszyna do zabijania". Kiedy czarodzieje już tracili wszelkie nadzieje, że wyjdą z tego cało, zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Otóż niektórzy śmierciożercy puścili swoje różdżki i zaczęli się łąpać za głowy, jakby mieli migrenę.
- Co się dzieje? - zapytała Cho Chang.
- Nie mam pojęcia - przyznała Hermiona. - Ale nie możemy przepuścić takie szansy! Na przód! Atakujmy!
Granger zrobiła krok do przodu, jednak zaraz się cofnęła. Z podłogi zaczęło się coś wyłaniać. Kamienie się kruszyły i po chwili widać było palce, wydostające się na powierzchnie. W pierwszej chwili przypominało to scenę z jakiegoś horroru, kiedy umarli wygrzebują się z ziemi, ale za chwilę wszystko było jasne. Przynajmniej dla Draco i Hermiony.
- Vermis! - westchnęła dziewczyna. Przypomniało jej się jak byli w podziemiach razem z Dumbledore'm. W jednej z cel był Vermis, czyli robak. Jego dotyk sprawiał, że rozkładasz się jak robak. Przypomniawszy sobie o tym, jeszcze bardziej się cofnęła. A zatem ta "migrena" to musiała być chimera. Wdarła się do ich głów i wywoływała obrazy... nawet nie chciała sobie wyobrażać jakie... Z ich pomocą już nie musieli się przejmować śmierciożercami, ale nadal z tyłu czekał na nich olbrzym z maczetą. Gryffonka odwróciła się i rzuciła w niego zaklęciem CONJUNCTIVITIS, które go oślepiło. - Wymijajcie go! - krzyknęła i rzuciła się do przodu omijając wielkoluda, który walił pięściami na wszystkie strony i ryczał przeraźliwie. Nie wiedziała dokąd biegnie, ale miała nadzieje, że uda jej się znaleźć wyjście.
- DESCENDO - Ron rzucił zaklęcie, które otwiera ukryte przejścia, jednak nic się nie stało.
- I co teraz? - zapytała Cho.
- Powiedziałam, że was stąd wyprowadzę, więc to zrobię - mruknęła jej przyjaciółka zatrzymując się. - Złapcie się za ręce. Szybko! - poleciła. Kiedy wszyscy wykonali polecenie, dziewczyna skupiła się, pomyślała o bezpiecznym miejscu i po chwili nie było po nich śladu....

~o~

Harry leżał na ziemi, powoli otwierając oczy. W uszach mu szumiało, jakby ktoś rzucił w niego przed chwilą bombę. Nieskazitelna biel oślepiła go i zajęło mu chwilę zanim się do niej przyzwyczaił. Powoli wstał i rozejrzał się. Nie miał pojęcia gdzie się znajduje. Było tu zupełnie biało. Nie widać było ani podłogi, ani sufitu, ani ścian. Czy już nie żył? Ostatnie co pamiętał to Voldemort, który rzuca w niego zaklęciem śmiertelnym. A więc był w niebie? Nie czuł już bólu. Niczego nie czuł. Zrobił krok do przodu, a potem następny. Dostrzegł w oddali srebrną ławkę, na której ktoś siedział. Zbliżył się powoli. Stopniowo widział, że nie było tam jednej osoby, ale dwie. Lily i James Potter. 
- Harry - uśmiechnęła się kobieta. - Nie bój się... 
- Mamo? Tato? Czy to naprawdę wy?
- Tak - potwierdził ojciec. 
- Gdzie jestem? Czy ja nie żyję?
- Niezupełnie - odpowiedziała. - Voldemort jest połączony z tobą i nie może wyrządzić ci krzywdy zwykłym zaklęciem. Ale jeśli sam będziesz chciał, to tu zostaniesz. 
- Mogę wrócić? - zdziwił się. 
- Wybór należy do ciebie... - rzekł mężczyzna. 
- Co wy tu robicie?
- Chcieliśmy ci powiedzieć, że niezależnie od tego, co wybierzesz, jesteśmy z ciebie dumni, Harry. I kochamy cię, zawsze kochaliśmy. Ale teraz musisz już iść. Jest jeszcze ktoś, kto chce się z tobą spotkać. 
- Ale...
- Idź Harry... my wiemy, że podejmiesz słuszną decyzję - jego matka uśmiechnęła się promiennie. Chłopak chciał zostać, tyle im powiedzieć, ale wiedział, że mają rację. Odwrócił się i poszedł dalej. Spojrzał za siebie się jeszcze kilka razy, ale rodziców już nie było. W oddali pojawiła się kolejna postać siedząca na ławce - George. 
- Witaj stary - zaśmiał się rudzielec. 
- Hej - uśmiechnął się chłopak z blizną.
- Musisz wrócić, powiedzieć Fredowi, że za nim tęsknię, ale wiem, że sobie poradzi. Powiedz mu, że droga zemsty to nie jest dobra droga. I że musi żyć dalej. 
- George my wszyscy za tobą tęsknimy... Fred powtarza, że życie nie jest takie samo bez ciebie. Że mieliście otworzyć sklep... dokuczać Ronowi i waszej mamie...
- Ale teraz to on będzie sławny przez nasze produkty... - uśmiechnął się. - Będzie prowadził nasze interesy i zbije na tym fortunę. To on będzie robił najlepsze żarty.
- Ciężko mu bez ciebie. Czuje jakby stracił część siebie. Nikt nie dokańcza za niego zdania... nie pamiętam kiedy ostatnio się uśmiechał.
- Eh... - westchnął. - Jestem tylko kolejną ofiarą wojny... Powiedz mu, żeby walczył. Żeby inne rodziny nie przeżywały tego dramatu... Rodzice wiedzą?
- Nie wiem... 
- Chciałbym żeby był szczęśliwy - Weasley spojrzał na swoje buty w zamyśleniu. - Powiedz mu, że da radę, żeby dbał o nasze rodzeństwo... żeby ich przytulił ode mnie... żałuję, że nie mogę już tego zrobić. Że nigdy już nie powiem nikomu, że mi zależy. Powiedz mu, że go ko...
- Powiem. Ale myślę, że on o tym dobrze wie.
- Dzięki Harry... i... nie dajcie się Voldemortowi. 
- Nigdy. 

~o~

- Musimy dostać się do Hogwartu - oznajmiła Hermiona, kiedy wszyscy ukryli się w lesie. - Czytałam kiedyś, że w Hogsmeade jest ukryty pod ziemią schron i istnieje szansa, że śmierciożercy go nie znaleźli. Fred i George twierdzili, że najlepsze przejście do wioski znajduje się w grobie jednookiej wiedźmy za zamkiem. Musimy się tam przedostać i schować na czas nieokreślony. 
- Co z nauczycielami? - zapytał Neville. - Zostawimy ich tu?
- Najpierw sami musimy sobie zapewnić bezpieczeństwo. Tak chciał Dumbledor'e, nie pamiętasz? 
- Czyli będziemy martwić się o własne tyłki? - odezwał się ktoś z tyłu. 
- Nasza śmierć im w niczym nie pomoże - odparł stanowczo Ron. - Hermiona wie co robi. Czy ktoś ma zamiar się sprzeciwić? - Cisza. - Czy ktoś nie zgadza się z nami? - powtórzył. Ponownie nikt się nie odezwał. - Świetnie. Ruszamy. 

Przyjaciele szli na końcu grupki i rozmawiali przyciszonymi głosami. 
- Hermiona, a więc co zamierzasz?
- To co mówiłam. Idziemy do Hogsmeade.
- Przecież wiem, że nie mówiłaś na serio. Dobrze wiem, że nie zostawisz Harry'ego ani mojego brata. Tak jak ja. Nie wspominając już o nauczycielach...
- Ron nie będę was narażać, okej? Jeśli coś zrobię, to tylko wtedy, kiedy będę miała pewność, że wszyscy inny są bezpieczni. W Hogsmeade.
- Chyba nie myślałaś, że puszczę cię samą? Idę z tobą.
- Nie ma takiej opcji. Idę sama. Liczyłam na to, że będziesz się nimi opiekował.
- Ja? Opiekować? Jak ja samym sobą nie umiem się zaopiekować! Hermiona! - Rudzielec zatrzymał się, a dziewczyna widząc to, także stanęła. Spojrzał jej w oczy i złapał za ramiona. - Tam jest Fred. Nie stracę kolejnego brata, rozumiesz?
- Też nie chcę go stracić. Nie chcę stracić już NIKOGO. Także ciebie... jeśli będziesz ze mną, nie będę miała pewności, że przeżyjesz.
- Jeśli nie pójdę z tobą, do końca życia będę wypominał sobie to, że nie mogłem ci pomóc i coś ci się stało. Oni sobie poradzą. A ty możesz potrzebować pomocy.
- Eh... Ron...
- Zawsze trzymamy się razem - przerwał jej. - Zawsze. Nie pamiętasz już?
- Jasne, że pamiętam...
- To jak? - zapytał z nadzieją w oczach.
- Tylko jeśli obiecasz, że uda nam się ich uwolnić i wszyscy wyjdą z tego cało.
Ron przez chwilę patrzył jej w oczy. Z ust wydobywała się para, w końcu dopiero niedawno przyszła wiosna. Reszty uczniów już nie było widać. Pozostały po nich tylko ślady na piasku. Chłopak wiedział, że takich rzeczy nie wolno obiecywać, ale potrzebowała tego. I on też tego potrzebował.
- Obiecuję ci, że wszystko będzie dobrze...

"Nie wierz w obietnice o tęczy
tylko dlatego, że boisz się burzy..."



W końcu po tak długim czasie pojawił się rozdział. Szczerze wam powiem, że ciężko mi się pisze i zdaję sobie sprawę z tego, że nie był wyśmienity, ale będę się starać. Na razie jest mało akcji, ale już niedługo to się zmieni. Niedługo będzie mnóstwo uczuć: wzruszeń, strachu, może ulgi, może rozpaczy... Tylko bądźcie cierpliwi i czekajcie na kolejne wpisy. Pamiętajcie o zostawieniu komentarza, bo to zawsze jakoś motywuje do dalszego pisania. Do zobaczenia następnym razem...



sobota, 26 marca 2016

Ogłoszenia Parafialne

Witam, jestem, żyję. Od grudnia nic nie napisałam i wiem, że jestem beznadziejna... Prawie każdego dnia obiecywałam sobie, że jutro usiądę i zacznę pisać, ale jakoś straciłam wenę, nie miałam czasu... humoru. Przez te kilka miesięcy w moim życiu dużo się działo i mówiąc, że to dobre rzeczy - skłamałabym. Jednak nie zapomniałam o blogu i dokończę go - nie mogłabym tego nie zrobić. A więc macie moje słowo, że go dokończę. Postaram się dodawać rozdziały szybko, ponieważ chcę się jakoś zrekompensować. Są święta więc teoretycznie mam więcej czasu wolnego. Prawdopodobnie połowa czytelników odeszła i to tylko z wyłącznie MOJEJ winy. Dlatego jeśli tu jesteś, jeśli to czytasz - zostaw po sobie komentarz, żebym wiedziała ile osób zostało i będzie śledzić historię naszych bohaterów. Do zobaczenia w kolejnym rozdziale, już nie długo. 
- T.K.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rozdział 42: "W celi"

"Ból, który teraz czujemy
przypomina nam, że chociaż pochodzimy
z różnych krajów i mówimy różnymi językami
- nasze serca biją jednym rytmem."
- Albus Dumbledore


W nocy obudziły mnie jakieś krzyki. Usiadłam na posłaniu i rozejrzałam się. Przez namiot widziałam, że na zewnątrz jest jasno, ale wcale nie przez słońce, albo lampiony. Wybiegłam szybko nie zwracając uwagi na moje ubranie. Las i niektóre namioty się paliły. Ludzie biegali i krzyczeli, rzucając zaklęciami. Śmierciożercy.
Wróciłam do środka i czym prędzej obudziłam pozostałych. Złapałam różdżkę i wybiegłam na dwór. Długo nie musiałam szukać przeciwnika. Przede mną pojawiła się Bellatrix Lestrange - brąz kołtun. Rzuciła we mnie drętwotą, ale szybko je zablokowałam i oddałam tym samym. lecz zanim do niej to dotarło - zniknęła.
- Wiedźma - mruknęłam.
- Hermiona uważaj! - usłyszałam głos Luny i odruchowo się schyliłam. To był dobry pomysł bo inaczej leżałabym powalona zaklęciem: Sectumsempra przez Gibbona. Ten gość zawsze wywoływał u mnie odrazę, a teraz szczerzył się do mnie. FUJ.


Musiałam szybko wstać o ile nie chciałam zarobić Avadą. Pomogła mi Ginny, która unieruchomiła go. Uśmiechnęłam się tylko do niej w podzięce i ruszyłam, żeby pomóc innym. W głowie miałam mnóstwo pytań, a jednym z nich było: Jak oni się tu dostali?! Skąd w ogóle wiedzieli, że tu jesteśmy? A jeśli złapali i torturowali Harry'ego i Freda? Nie... oni nie powiedzieliby nawet gdyby mieli zginąć. Byłam tego pewna na 100%... chyba, że ktoś im podał Veritaserum - eliksir prawdy. W takim razie groziło im niebezpieczeństwo, ale musiałam się skupić na naszym problemie, bo tu też nie było zbyt bezpiecznie. Zauważyłam Dumbledore'a wraz z innymi nauczycielami. Oni także walczyli ze śmierciożercami. Cholera! Ile ich tu może być?
Nie czas na zastanawianie się. Wypatrzyłam kolejnego wroga i już miałam wypowiedzieć zaklęcie... kiedy coś uderzyło mnie w głowę, a wtedy... zapadła ciemność.



Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy i wtedy uderzyła mnie fala bólu. Czułam się jakby ktoś mi przewiercał czaszkę. Chciałam złapać się za głowę, ale ręka okazała się zbyt ciężka. Dopiero po chwili dotarły do mnie jakieś dźwięki. Ktoś wypowiadał moje imię. Chwilę później nade mną pojawiła się troszkę zamazana twarz Luny. Ucieszyłam się na ten widok. Ktoś mnie podnosił. Kiedy usiadłam, miałam szansę rozejrzeć sie trochę. Zamazany z początku obraz już wrócił do normy. Przede mną klęczała Luna, Cho i Neville, a obok mnie stał Ron i Katie Bell. Dostrzegłam też innych uczniów opartych o ściany.... więzienia (?).
- Gdzie... gdzie jestem? - wyjąkałam. Przypomniałam sobie o ciężkiej ręce. Kiedy na nią zerknęłam, zobaczyłam, że jest skuta łańcuchem. Zauważyłam, że każdy miał coś skutego: nogi, ręce, a Neville nawet szyję.
- Po tym jak zemdlałaś pojawili się dementorzy - odparła Cho. - Nie daliśmy rady pokonać ich i śmierciożerców. Ci, którzy przeżyli zostali uwięzieni.
- Więc... - mój głos się załamał. A więc nie wszyscy przeżyli... czyli znowu ponieśliśmy straty. Moi przyjaciele spuścili głowy. - Ja nie zemdlałam... - zaczęłam. Musiałam przerwać jakoś tę ciszę.
- No tak... dobrze, że nie widzisz swojej głowy - uśmiechnęła się Luna.
Dotknęłam dłonią skroni i poczułam bandaż, albo raczej to, czym mi ją owinęli.
- Dobrze, że nie wiesz jak boli - zażartowałam. - Co z Dumledore'm i resztą? Czy oni...
- Nie. Żyją - przerwał mi rudzielec. - Umieścili ich w innej celi, tak samo jak innych uczniów.
- Czyli jest nas więcej? - odetchnęłam. Tak bardzo się bałam, że tylko my przeżyliśmy.
- Tak. Harry i Fred też tu muszą być.
- Co? - zdziwiłam się, a moja głowa zaczęła pulsować z bólu, ale teraz miałam to gdzieś.
- Prawdopodobnie jesteśmy w głównej siedzibie Voldemorta i Saitana. Więc oni też muszą tu być. Bo nie wierzę, że poszli zbierać jagody. Na pewno opuścili nas, żeby pokonać te kanalie.
- Tylko co oni zamierzają zrobić z nami? - zapytała Cho. - Nie jesteśmy im o niczego potrzebni - zauważyła.
- No zapewne niedługo się dowiemy - westchnęłam i postanowiłam wstać. Trochę kręciło mi się w głowie, ale dałam radę ustać. - Od kiedy tu jesteśmy?
- Jakieś trzy, cztery godziny - odezwała się Ginny. - Wszystko już sprawdziliśmy, nie ma żadnych tajemnych przejść, a drzwi dobrze się trzymają. Różdżki nam zabrali. Mniej więcej co pół godziny przychodzi ktoś sprawdzić czy nie rozrabiamy.
- Mhm.. kiedy mija to pół godziny?
- W sumie to za jakieś 5-10 minut powinien zejść.
- A więc nie mamy dużo czasu.
- Na co? - zdziwili się.
- Chcecie stąd uciec, czy nie? - zapytałam.
- No jasne, ale nie mamy jak.
- Aby uciec z takiego więzienia mamy trzy opcje. Pierwsza: różdżki, druga: inne wyjścia i trzecia: oszukać i zaatakować strażnika.
- Jak chcesz to zrobić? - zapytał jakiś uczeń.
- Wykorzystajmy wszytko co mamy.
- Niby co? Jesteśmy związani, nic nie zrobimy - zauważyła Luna.
- Mamy łańcuchy, więc mamy broń. A ja mam rozbitą głowę... chyba nie chcą, żebym się wykrwawiła? Voldemort trzyma nas tu po coś, a więc będzie musiał mi pomóc.


Kilkanaście minut później Hermiona leżała nieruchomo na podłodze i wsłuchiwała się w odgłos kroków jednego ze śmierciożerców. Kiedy uznała, że jest już wystarczająco blisko zaczęła jęczeć:
- Pomóż mi... eh... halo? Jest tam ktoś? Pomóżcie mi!
Strażnik podszedł do krat i warknął:
- Czego?!
- Ślepy jesteś? Moja głowa - wskazała palcem na ranę, która jeszcze niedawno była zasłonięta przez kawałek ubrania. - Ja krwawię.
- To sobie owiń ją - odparł, a dziewczyna w myślach przeklęła. Nie mogła się jednak poddać.
- Dostanę zakażenia. Zlituj się, wiesz jak to boli?
- Nie obchodzi mnie to - mężczyzna zaczął powoli odchodzić.
- Czekaj! Myślisz, że Sam Wiesz Kto będzie zadowolony jeśli dowie się, że umarłam przez twoje niedopilnowanie obowiązków?
- A myślisz, że czemu miałby się przejmować twoją śmiercią? - zapytał.
- Wiesz kim ja jestem? Nazywam się Hemriona Granger. Jestem prawą ręką Harry'ego. Zresztą... chciałabym zobaczyć co powie Simon... yy znaczy Saitan, jeśli się dowie, że przez ciebie nie żyję.
- Jesteś nikim dla niego szlamo.
- Tak? A więc dobrze. Zobaczysz. Szkoda, że ja nie będę widzieć tego przedstawienia.
- Myślisz, że jestem głupi tak? - syknął. - Po co miałbym tam wchodzić? Chcesz mnie przechytrzyć.
- A nie pomyślałeś idioto, że mnie po prostu GŁOWA BOLI? Myślałam, że Voldemorta stać na kogoś lepszego...
Śmierciożerca chyba się zdenerwował. Szybkim ruchem otworzył drzwi i wszedł do środka.
- Odsunąć się! - krzyknął do pozostałych. - Wszyscy pod ścianę! Jeśli zobaczę chociaż najmniejszy ruch, to ona zginie. - Podszedł do dziewczyny i złapał ją za ramię. - Skoro jesteś taka ważna, to zaprowadzę cię do Czarnego Pana. Niech wykończy cię już teraz, bo możesz stwarzać...
W tej chwili Neville zarzucił mu łańcuch na szyję i odciągnął od dziewczyny. Luna wyrwała mu różdżkę z ręki i skierowała w jego stronę. Granger kopnęła go w brzuch, a kiedy się schylił, Ron złapał go za ręce i związał swoim łańcuchem, który za pomocą różdżki zdjęła mu blondynka. Po chwili już wszyscy zrzucili swoje i wyszli na ciemny korytarz. Hermiona zamykając kraty spojrzała jeszcze na śmierciożerce.
- Dzięki za pomoc. Miło było cię poznać - uśmiechnęła się szeroko i zostawiła go związanego i zakneblowanego.
- Musimy uwolnić pozostałych - oznajmiła Cho. - Chyba pamiętam drogę do ich celi.
- Prowadź - poleciła Hermiona i ruszyli wąskim korytarzem oświetlonym jedynie kilkoma świecami. W powietrzu unosił się zapach staroci, ziemi i wilgoci. Widocznie byli w podziemiach jakiegoś zamku. Minęli schody, które pewnie prowadziły do wyjścia z lochów. Może gdzieś tam jest Harry i Fred? To potem, teraz najważniejsze było uwolnienie nauczycieli i reszty uczniów. Na szczęście po drodze nie spotkali żadnego nieprzyjaciela. Po paru minutach już byli na miejscu. Cele były obok siebie a w nim ich znajomi, również skuci łańcuchami. Nie było innej możliwości, jak użyć zaklęcia: Bombarda, które jest dość głośne. Musieli się więc pośpieszyć.
- Dobra robota - pochwalił Dumbledore. - Świetnie się spisaliście, ale teraz musicie uciekać.    
- A pan Profesorze? - zdziwiła się Luna.
- Znaleźliśmy Voldemorta. Jest tu. Taka szansa może się nie powtórzyć, musimy spróbować go pokonać.
- Chcemy pomóc - wtrącił Neville.
- Nie, nie chłopcze. Za duże ryzyko.
- Ale profesorze... - zaczęła Granger.
- Hermiono.. - uśmiechnął się. - Zrobiliście już bardzo dużo, a ja ślubowałem, że będę robił wszystko, aby ochronić swych uczniów. I tak zbyt dużo was straciliśmy...
- Po prostu wiesz, że zginiesz - odparł głos z tyłu.
Dziewczyna odwróciła się - Draco. Nie zauważyła go wcześniej. Pewnie był w jednej z tych cel.
- Słuszne spostrzeżenie, Draconie. Taka możliwość istnieje, a nawet jest bardzo prawdopodobna, ale to nie zmienia faktu, że musicie uciekać. Już!
- Ale...
- Żadne ale Ronaldzie. To jest rozkaz. Jeszcze jestem za was odpowiedzialny. No już! Panno Granger, wyprowadź ich stąd.
Uczennica powoli skinęła głową. Mimo, że na jego twarzy panował spokój, w jego oczach ujrzała strach. Zrobiło jej się żal staruszka. Postanowiła spełnić, może jego ostatnie polecenie. Zawsze była najlepszą uczennicą, zawsze na koniec roku jej gratulował, nigdy go nie zawiodła. Chciała, aby tak było do samego końca. Wyprowadzi ich stąd żywych... a potem wróci. I pomoże odzyskać to, co zostało im odebrane - nadzieje.  

"Za wszystkich, którzy odeszli
Unieś Victorię w powietrze
Póki tu ciągle jesteśmy
Trzymaj ją w górze
Dzisiaj nienawiść zabierzmy
Bez kropli żalu na cmentarz
I pochowajmy, pomału zakwitną róże

Za wszystkich, którzy w to wierzą
Razem nie damy im umrzeć
Bo Kwiaty, które nie więdną to dobrzy ludzie
I nawet kiedy odejdą
Dalej będziemy energią, która powróci na pewno"



HO, HO, HO!
NA ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE JUŻ TROCHĘ ZA PÓŹNO, ALE ŻYCZĘ WAM ABY W NOWYM ROKU SPEŁNIŁY SIĘ WASZE WSZYSTKIE MARZENIA, ABYŚCIE BYLI ZDROWI, SZCZĘŚLIWI I ZNALEŹLI TĘ WASZĄ DRUGĄ POŁÓWKĘ. 

WIEM, ŻE ROZDZIAŁ TAKI TROCHĘ Z DUPY I DŁUGO NA NIEGO CZEKALIŚCIE, ALE MAM NADZIEJE, ŻE ZBLIŻAJĄCA SIĘ KOŃCÓWKA JEST WARTA CZEKANIA. 

TAK... TAK... JUŻ NIEDŁUGO WSZYSTKO SIĘ ROZSTRZYGNIE :) 

KOMENTUJCIE, CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE! DO ZOBACZENIA W NOWYM POŚCIE!