Hejo! Wszystkiego najlepszego! Mam nadzieję, że mikołajki u was były udane, a jeśli nie... to mam nadzieję, że to wam poprawi humor :D zapraszam na dół:
- Nie! Nie ma takiej opcji! - oburzył się Dumbledore.
- Albusie... Wiem, że nie jesteś tym zachwycony, ale takie są rozkazy - powtarzał Jack, posłaniec z ministerstwa.
- Mam gdzieś te wasze rozkazy, jeśli w grę wchodzi życie moich uczniów! - profesor wstał i groźnym wzrokiem wpatrywał się w mężczyznę. - Nie zgadzam się.
- Jeżeli to zrobisz, odbiorą ci posadę - 30-latek pochylił się uderzając pięścią w stół. - Tu nie chodzi o jakąś zabawę! Mamy wojnę. Powinieneś to w końcu zrozumieć nim będzie za późno, Albusie...
- Mogą mi odebrać posadę, ale dopóki ja tu jestem dyrektorem, jestem za nich odpowiedzialny! I na pewno nie puszczę ich na pewną śmierć! Dlatego zabieraj się stąd, zanim użyję swojej magii - rozkazał starzec. - I powiedz swojemu szefowi, że jeżeli chce cokolwiek ustalać, co do mojej szkoły, to niech przyjdzie i powie mi to osobiście!
- Oczywiście - Jack zwrócił się w kierunku drzwi, lecz jeszcze się obejrzał. - Pamiętaj tylko, że popełniasz ogromny błąd, za który nie tylko zapłacą twoi uczniowie, ale także cały świat. Jeśli nie odeprzemy ich ataku...
- To na co czekacie?!
- Mamy za mało czarodziei! Wiesz o tym dobrze! - Jack zrobił dwa szybkie kroki w jego stronę, a dyrektor poderwał się z krzesła.
- A minister?! Więc o to chodzi... Woli narażać dzieciaki, niż samemu stawić czoła Voldemortowi?
- Tu już nie chodzi tylko o Sam Wisz Kogo! Albusie!
- Wynoś się stąd! Ale już! - 30-latek nie miał zamiaru protestować. Odwrócił się i wyszedł, mijając profesor McGonagall.
- I co Albusie? - zapytała.
- Nie pozwolę, aby komukolwiek z tej szkoły stała się krzywda. Rozumies?! - powiedział może zbyt ostro.
- Jasne... też tak uważam, ale co jeśli jednak pofatygują się, aby odebrać ci władze?
- Nie poddam się tak łatwo. Uwierz...
- Wierzę... - położyła rękę na jego ramieniu. - Może jednak przydałaby ci się przerwa? - Dumbledore wstał i podszedł do okna.
- Może... ale nie teraz - odpowiedział.
~ o ~
"Wojny zaczynają się,
kiedy chcesz, ale nie kończą,
kiedy prosisz... "
- Albusie... Wiem, że nie jesteś tym zachwycony, ale takie są rozkazy - powtarzał Jack, posłaniec z ministerstwa.
- Mam gdzieś te wasze rozkazy, jeśli w grę wchodzi życie moich uczniów! - profesor wstał i groźnym wzrokiem wpatrywał się w mężczyznę. - Nie zgadzam się.
- Jeżeli to zrobisz, odbiorą ci posadę - 30-latek pochylił się uderzając pięścią w stół. - Tu nie chodzi o jakąś zabawę! Mamy wojnę. Powinieneś to w końcu zrozumieć nim będzie za późno, Albusie...
- Mogą mi odebrać posadę, ale dopóki ja tu jestem dyrektorem, jestem za nich odpowiedzialny! I na pewno nie puszczę ich na pewną śmierć! Dlatego zabieraj się stąd, zanim użyję swojej magii - rozkazał starzec. - I powiedz swojemu szefowi, że jeżeli chce cokolwiek ustalać, co do mojej szkoły, to niech przyjdzie i powie mi to osobiście!
- Oczywiście - Jack zwrócił się w kierunku drzwi, lecz jeszcze się obejrzał. - Pamiętaj tylko, że popełniasz ogromny błąd, za który nie tylko zapłacą twoi uczniowie, ale także cały świat. Jeśli nie odeprzemy ich ataku...
- To na co czekacie?!
- Mamy za mało czarodziei! Wiesz o tym dobrze! - Jack zrobił dwa szybkie kroki w jego stronę, a dyrektor poderwał się z krzesła.
- A minister?! Więc o to chodzi... Woli narażać dzieciaki, niż samemu stawić czoła Voldemortowi?
- Tu już nie chodzi tylko o Sam Wisz Kogo! Albusie!
- Wynoś się stąd! Ale już! - 30-latek nie miał zamiaru protestować. Odwrócił się i wyszedł, mijając profesor McGonagall.
- I co Albusie? - zapytała.
- Nie pozwolę, aby komukolwiek z tej szkoły stała się krzywda. Rozumies?! - powiedział może zbyt ostro.
- Jasne... też tak uważam, ale co jeśli jednak pofatygują się, aby odebrać ci władze?
- Nie poddam się tak łatwo. Uwierz...
- Wierzę... - położyła rękę na jego ramieniu. - Może jednak przydałaby ci się przerwa? - Dumbledore wstał i podszedł do okna.
- Może... ale nie teraz - odpowiedział.
~ o ~
Kilka dni później Hermiona przechadzała się korytarzem, w poszukiwaniu przyjaciółki. Na zakręcie prawie wpadła na starszego mężczyznę, o pomarszczonej twarzy. Towarzyszyła mu profesor McGonagall. Byłą widocznie zdenerwowana. Zmierzali zapewne do gabinetu dyrektora, ale nie martwiła się tym zbytnio. Parę metrów dalej zobaczyła długie, czarne włosy - jej cel. Przyśpieszyła.
- Hej Cho - powiedziała podchodząc, ale zamarła, gdy postać się odwróciła. To nie była Cho... Był to jakiś chłopak. - Oo... przepraszam. - Powiedziała. Widziała go po raz pierwszy. Rozejrzała się i zobaczyła, że wszyscy uczniowie, którzy stali wokół niej, byli jej nieznani. Odeszła kawałek i wpadła na kogoś.
- Hermi! - krzyknęła krukonka o kruczoczarnych włosach. - Tu jesteś!
- Hej Cho... szukałam cię...
- Tak? Ja ciebie też. Widzisz ich? - wskazała na nowych. - Z innej szkoły. Będą tu przez miesiąc. Jakaś wymiana... czy coś.
- Dlaczego o tym nie wiem? - zapytała. Jej przyjaciółka chciała coś powiedzieć, ale przerwał jej Fred, który zawołał je.
- Dziewczyny! - popatrzyły na niego. Stał parę metrów dalej. - Mamy iść do Wielkiej Sali... - gdy skończył komunikat popatrzył na Hermione, a ona na niego... Ich spojrzenia się spotkały. To było... coś niesamowitego, biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio się nie widzieli. Tak na prawdę to się unikali. Z zamyślenia wyrwała ją Cho, ciągnąc za ramię w stronę wielkich drzwi, prowadzących do Wielkiej Sali. Dziewczyny usiadły koło Harry'ego i reszty przyjaciół. Gdy wszyscy zajęli miejsca, na mównicę wszedł mężczyzna, na którego parę chwil temu wpadała Hermiona.
- Witam was wszystkich serdecznie! - przemówił. - Nazywam się Rufus Scrimgeour, jestem aurorem, ale chyba wszyscy mnie tu znają... Do waszej szkoły przyjechali nowi uczniowie, którzy będą tu przez miesiąc. Mam nadzieję, że pomożecie im i zaprzyjaźnicie się z nimi. Przyjechali tu, aby nauczyć się nowych zwyczajów. Powitajmy gorącymi brawami uczniów z Instytutu Nauk Magicznych Durmstrang! - uczniowie zaczęli klaskać. Dumbledore przybliżył się do Rufusa, powiedział mu coś po cichu, po czym on zszedł z mównicy i teraz głos zabrał dyrektor.
- Witajcie, witajcie! Zapewniam was, że uczniowie naszej szkoły powitają was z radością - zwrócił się do nowych. - Pamiętajcie, że z każdym problemem możecie się zwrócić do nauczycieli. No ale nic... rozpocznijmy ucztę! A po niej proszę nowych przybyszów, aby zostali, gdyż zostaną przydzieleni do dormitoriów i klas - zakończył, a reszta zabrała się do jedzenia. Hermiona spojrzała ukradkiem na Freda, ale szybko spuściła wzrok, bo on też na nią patrzył.
- Witajcie, witajcie! Zapewniam was, że uczniowie naszej szkoły powitają was z radością - zwrócił się do nowych. - Pamiętajcie, że z każdym problemem możecie się zwrócić do nauczycieli. No ale nic... rozpocznijmy ucztę! A po niej proszę nowych przybyszów, aby zostali, gdyż zostaną przydzieleni do dormitoriów i klas - zakończył, a reszta zabrała się do jedzenia. Hermiona spojrzała ukradkiem na Freda, ale szybko spuściła wzrok, bo on też na nią patrzył.
~ o ~
Spojrzała na mnie... Ale spuściłem wzrok. Sam nie wiem czemu. Może nie chciałem, aby zobaczyła coś w moich oczach. Ale co? Prawdę? Jaką? Że ją kocham? Może... Sam nie wiem. Jest dla mnie jak siostra. Jej się nie da kochać jako dziewczynę, a przynajmniej tak było do tej pory. Więc co się zmieniło? Kiedy zaczęło mi zależeć? I dlaczego zawsze przed snem myślę o niej, a nie o mojej dziewczynie? Za nic jednak nie mogę jej tego pokazać. Nie możemy być razem, przecież to Hermiona! Ona jest... za dobra dla mnie. Czy chciałbym z nią być?... Cholipka! Fred! Znów się zamyśliłeś. Nie patrz się jak głupi w talerz, tylko zacznij coś jeść. Ale kurde... nie mam ochoty. Najchętniej bym teraz wyszedł, ale nie mogę. Musimy tu siedzieć jeszcze przez jakieś pół godziny. Potem się zmywam. A gdyby tak... Nie. Przecież taka dziewczyna jak ona nigdy nie zechciałaby takiego kogoś jak ja. Na co ty człowieku liczysz? - Halo... - usłyszałem głos mojego brata. Odwróciłem głowę w jego stronę.
- Co? -spytałem.
- Mówię do ciebie. Znów na nią patrzysz... - powiedział trochę ciszej.
- Ja... - nie wiedziałem co powiedzieć, więc ponownie wpatrzyłem się na skrzydełko kurczaka na moim talerzu. - Chyba wyjdę do łazienki... - wstałem. Zobaczyłem jak Snape mi się przygląda, ale miałem to gdzieś. Wyszedłem z sali i zwalniając trochę, przechodziłem korytarzem. Rozmyślałem o niej i sam nie wiem jak to się stało, ale zaraz stałem w łazience przed lustrem. Spojrzałem na swoje odbicie... Moje oczy były zmęczone, policzki lekko różowe. Ona nigdy nie pokochałaby takiego kogoś... Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że nie jestem tu sam. Coś się za mną poruszyło. Powoli odwróciłem głowę, ale nic nie zobaczyłem. Ok... to było dziwne. Fred masz jakieś schizy, czy co? Znów skierowałem uwagę na swoje odbicie. Miałem ulizane włosy, więc zmierzwiłem je. Ta... trochę lepiej. Odkręciłem kran i obmyłem sobie twarz zimną wodą. Tego mi było teraz trzeba. Nagle znów coś usłyszałem. Tym razem odwróciłem się bardzo szybko. Tam ktoś był. Stał i patrzył na mnie. Nie widziałem twarzy, bo światło świeciło za jego plecami. Zrobił pierwszy krok w moją stronę. A potem następny. Był to jakiś chłopak. Prawdopodobnie jeden z tych nowych. Nic nie powiedział, tylko spojrzał na mnie i stanął obok mnie, myjąc ręce.
- Stary... wystraszyłeś nie - westchnąłem. Uśmiechnął się pod nosem. Miał jasne włosy, brązowe oczy i czarną, skórzaną kurtkę, oraz czarne rurki. Jednym słowem: przystojniak, za którym szaleje mnóstwo dziewczyn.
- Wyluzuj... Wolę najpierw kogoś poznać, zanim go zabiję - zażartował. Nie patrzył na mnie, tylko na swoje ręce. Skończył je myć i wytarłszy je, podał mi rękę. - Jestem Simon - powiedział.
- Fred - uścisnąłem jego rękę. - Nowy?
- Yep... - wsunął ręce do kieszeni. Nie wyglądał na grzecznego chłopczyka, ale chyba go polubiłem. Miał jakiś taki błysk w oku, ale wzbudzał zaufanie. - Idziesz do Sali? - spytał.
- Nie... wiesz co, nie mam ochoty tam siedzieć - odparłem.
- Jak chcesz - wzruszył ramionami. - Nara - pożegnał się i poszedł. Zostałem sam. Może się z nim zaprzyjaźnię? Jak on miał... Simon? Jakoś tak. Nie miałem ochoty tam wracać, ale nie chciałem siedzieć w zimnej, ciemnej łazience, więc z niechęciom, powoli podążyłem do Wielkiej Sali.
~ o ~
Nic szczególnego się nie wydarzyło tego wieczoru. Hermiona wraz z przyjaciółkami po uczcie poszły do pokoi, a potem doszły do nich jakieś nowe dziewczyny. Blondynka - Mery - i brunetka - Sara. W sumie to były całkiem ok, ale dziewczyny miały swoje przyjaciółki i chciały aby grono się nie powiększało. Rano miały zajęcia z zielarstwa, więc udały się pod klasę. Usiadły na parapecie i obczajały, czy nie przyjechał nikt ładny. Kilku takich było, ale same chamy. Jeden gościu gapił sie na nie tak, jakby chciał je zjeść. Po kilku minutach przyszła Luna z nowym wydaniem proroka codziennego. Przeczytały artykuł o tym, że Czarny Pan wraz z synkiem walczą z najlepszymi czarodziejami na wchodzie... i jak na razie zło zwycięża. Właśnie miały zacząć gadać o tym, jak bardzo boją się, że walka przeniesie się na te tereny, kiedy zaczęła się lekcja. Uczniowie weszli do klasy i zajęli miejsca, ale było ich więcej niż zwykle. Doszła do nich jeszcze jedna (starsza) klasa. Był tam Fred. Cholera! Profesor Herbert Beery jeszcze nie przyszedł, dlatego uczniowie robili sobie jaja z jakiegoś nowego gościa. Kilka chłopaków ganiało się po klasie, rzucając magicznymi kredkami. Reszta obserwowała ich, a Hermiona patrzyła na Freda... Nie zdążyła odpowiednio zareagować, kiedy Cho ją ostrzegła.
- Hermiona uważaj! - krzyknęła jej przyjaciółka. Dziewczyna tylko zdążyła się odwrócić i zobaczyć zagrożenie... Jedna z magicznych kredek z wielką prędkością zbliżała się do niej i prawdopodobnie dostałaby w głowę, co skończyłoby się bardzo boleśnie, gdyby nie osoba, która w ostatniej chwili przechwyciła obiekt. Hermione ogarnęła fala gorąca i złapała się na tym, że gwałtownie wypuszcza powietrze. Gdy w końcu ogarnęła całą sytuację, spojrzała na swojego wybawcę. Przed nią stał chłopak, starszy od niej o może jakieś... dwa lata? Był przystojny... bardzo. Duże, tajemnicze, brązowe oczy wpatrywały się w nią. I nagle zobaczyła w nich błysk, co było słodkie. Już chciała coś powiedzieć, ale wtedy drzwi otworzyły się z hukiem i do sali wszedł profesor Sanpe.
- Pana Berry'ego nie ma - warknął. - Siadać na miejsce, za nim zrobię się nieprzyjemny! - przeszedł szybkim krokiem przez klasę i gwałtownie się odwrócił. Do tego czasu wszyscy posłusznie zajęli miejsca. Hermiona odwróciła się, żeby zobaczyć gdzie siedzi jej wybawca, ale nie mogła go dostrzec. - Panno Granger! - ton głosu Snape'a sprowadził ją do rzeczywistości. Natychmiast się odwróciła.
- Słucham... - odpowiedziała.
- Czy nie wiesz jeszcze, że na moich lekcjach obowiązuje surowa dyscyplina? - wysyczał.
- Ja...
- Jutro chcę widzieć referat, na temat poprzedniej lekcji - rozkazał świdrując ją wzrokiem.
- Ale...
- Cisza! - dziewczyna posłusznie zamilkła. - Otwórzcie książki na 158 stronie... dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą. Bezczelne i nieproszone odzywki na mojej lekcji kosztują minus 30 punktów, zrozumiano? A dzisiaj będziemy mówić o karłach... Karły to podstępne, małe stworzenia, które tylko czekają, aby... - zaczęła się normalna lekcja. Hermiona jeszcze próbowała się odwrócić, ale każdy jej ruch zwracał uwagę profesora, który za każdym razem patrzył na nią, jak na jakiegoś szczura. To było wnerwiające, ale już się do tego przyzwyczaiła...
~ o ~
- Avada Kedavra! - Lord Voldemort rzucił zaklęcie, tym samym zabijając ostatniego z przeciwników.
Gdy martwe ciało bezwładnie opadło na ziemię, zapadła cisza. Po chwili przerwał ją głośny śmiech Czarnego Pana, a wraz z nim reszty śmierciożerców.
- Panie... - powiedziała Bellatrix zbliżając się. - Wszystko to, należy teraz do ciebie... - wskazała ręką duży, pusty obszar wokół nich. Były tu stare, rozwalone budynki i mnóstwo martwych ciał. Ten, którego imienia nie wolno wymawiać, powoli zbliżył się do jednego z nich i gołą stopę przyłożył do policzka martwego już czarodzieja.
- No, no, no... a byli tacy dzielni... - powiedział udając smutek. - Głupcy myśleli, że zdołają mnie powstrzymać. No cóż...
- Ojcze... - zza jednego z budynków wyłoniła się postać młodego chłopaka w wieku około 18 lat.
Voldemort nie ucieszył się na jego widok. Młodzieniec wytarł rękawem usta, na których zostało trochę krwi. - Już mnie to nudzi... - odparł zbliżając się. Czarny Pan rozłożył ramiona zdołał się uśmiechnąć.
- Czegóż oczekujesz...? - zapytał. - Mogę dać ci wszystko, czego będziesz potrzebować.
- Jesteś pewien? - ciemny blondyn popatrzył ze znużeniem na swoje paznokcie. Jego ojciec nie odpowiedział. - Chcę go spotkać... Wybrańca. Chcę zobaczyć, czy faktycznie jest taki... silny.
- On nie jest silny! - wrzasnął zdenerwowany Czarny Pan.
- Jak na razie cały czas z tobą wygrywa... - odparł beznamiętnie jego syn. - Radzę ci to postprzątać. Chyba nie chcesz rządzić ruinami?
- Chyba zapomniałeś kto tu rządzi! - Voldemortowi puściły już nerwy. 18-latek zmarszczył brwi i w jednej chwili znalazł się koło jednego ze śmierciożerców. Złapał go za gardło i podniósł jak lalkę. Wyrzucił go w górę, a ten poleciał 10 metrów dalej i zatrzymał się na ścianie jednego z rozwalonych budynków. Saitan w jednej chwili znów był przy nim. Pochylił się i wbił zęby w jego szyje. Kiedy wstał, otarł reszki i podszedł do ojca.
- Chyba ty zapomniałeś kto tu jest silniejszy, ojcze.
- Panie... - powiedziała Bellatrix zbliżając się. - Wszystko to, należy teraz do ciebie... - wskazała ręką duży, pusty obszar wokół nich. Były tu stare, rozwalone budynki i mnóstwo martwych ciał. Ten, którego imienia nie wolno wymawiać, powoli zbliżył się do jednego z nich i gołą stopę przyłożył do policzka martwego już czarodzieja.
- No, no, no... a byli tacy dzielni... - powiedział udając smutek. - Głupcy myśleli, że zdołają mnie powstrzymać. No cóż...
- Ojcze... - zza jednego z budynków wyłoniła się postać młodego chłopaka w wieku około 18 lat.
Voldemort nie ucieszył się na jego widok. Młodzieniec wytarł rękawem usta, na których zostało trochę krwi. - Już mnie to nudzi... - odparł zbliżając się. Czarny Pan rozłożył ramiona zdołał się uśmiechnąć.
- Jesteś pewien? - ciemny blondyn popatrzył ze znużeniem na swoje paznokcie. Jego ojciec nie odpowiedział. - Chcę go spotkać... Wybrańca. Chcę zobaczyć, czy faktycznie jest taki... silny.
- On nie jest silny! - wrzasnął zdenerwowany Czarny Pan.
- Jak na razie cały czas z tobą wygrywa... - odparł beznamiętnie jego syn. - Radzę ci to postprzątać. Chyba nie chcesz rządzić ruinami?
- Chyba zapomniałeś kto tu rządzi! - Voldemortowi puściły już nerwy. 18-latek zmarszczył brwi i w jednej chwili znalazł się koło jednego ze śmierciożerców. Złapał go za gardło i podniósł jak lalkę. Wyrzucił go w górę, a ten poleciał 10 metrów dalej i zatrzymał się na ścianie jednego z rozwalonych budynków. Saitan w jednej chwili znów był przy nim. Pochylił się i wbił zęby w jego szyje. Kiedy wstał, otarł reszki i podszedł do ojca.
- Chyba ty zapomniałeś kto tu jest silniejszy, ojcze.
Voldemort tylko syknął i odwrócił się.
- Wracaj do swoich zadań - rozkazał. Wiedział, że jest tym słabszym, ale nie mógł pozwolić, aby jego poddani zobaczyli strach.
- A więc do zobaczenia,.. - Młodzieniec tylko rozłożył ręce i z prędkością światła zniknął za budynkami...
~ o ~
- Hej... - Hermiona złapała chłopaka za ramię, a ten się odwrócił. Od razu zobaczyła jego ciemne oczy i nie mogła przestać w nie patrzeć. Miał coś takiego, co przyciągało i hipnotyzowało.
- Hej - uśmiechnął się. Nagle przypomniało jej się, że coś chciała powiedzieć. Co to było? Może coś o...
- Hej... - powiedziała niepewnie. - Ja... chciałam ci podziękować - wyjąkała w końcu nie odrywając wzroku od jego ciemnych oczu. - Dzięki tobie nie mam teraz na twarzy czerwonego śladu od kredki... albo niebieskiego. Hah... jaki to był kolor? - zażartowała, ale za chwilę tego pożałowała. Cholera! Hermiona! To miało być zabawne? Bo wyszło żałośnie... świetnie. Jaka ja głupia... Boże...
- Ym... Spoko - uśmiechnął się tak, że kolana jej się ugięły i nawet dziewczyny stojące kilka metrów dalej zachichotały. - To nic wielkiego. Refleks i tyle.
- Hah... ale mimo to, dzięki.
- Nie ma za co. Jestem Simon - chłopak wyciągnął rękę w jej kierunku.
- Ja Hermiona - dziewczyna uścisnęła jego dłoń.
- Tak wiem... słyszałem o tobie - wydawać by się mogło, że jego uśmiech rozjaśniał najdalsze zakamarki. Wyglądał jak prawdziwy anioł, taki piękny... taki dobry. Przy nim każda dziewczyna mogłaby się czuć bezpiecznie.
- Tak? A co takiego? - dziewczyna starała się jak najdłużej przeciągnąć rozmowę.
- A nieważne...
- A coś dobrego? - chłopak zastanowił się chwilę, po czym skinął głową.
- Ja Hermiona - dziewczyna uścisnęła jego dłoń.
- Tak wiem... słyszałem o tobie - wydawać by się mogło, że jego uśmiech rozjaśniał najdalsze zakamarki. Wyglądał jak prawdziwy anioł, taki piękny... taki dobry. Przy nim każda dziewczyna mogłaby się czuć bezpiecznie.
- Tak? A co takiego? - dziewczyna starała się jak najdłużej przeciągnąć rozmowę.
- A nieważne...
- A coś dobrego? - chłopak zastanowił się chwilę, po czym skinął głową.
Hermiona tylko się uśmiechnęła.
- Hym... Jeszcze raz dzięki, pa - pożegnała się.
- Do zobaczenia... - powiedział, a w jego oczach błysnęła jakaś iskierka. Była czarująca i tajemnicza. Gryfonka ledwie się zmusiła, aby odejść. Wiedziała, że ta znajomość nie może być zwykła. Gdy tylko zniknęła za zakrętem poczuła chęć powrotu do tego chłopaka. Zaczęła za nim tęsknić, choć prawie go nie znała. To było słodkie... ale też trochę niepokojące. Jednak bardziej urocze, a na samą myśl o nim, uśmiechnęła się sama do siebie. Gorzej było, gdy weszła do pokoju wspólnego, bo zobaczyła Freda, który na jej widok też się nie ucieszył.
Było tu dużo osób... Nikt się nie uśmiechał. Chyba trafiła w sam środek jakiejś narady, czy czegoś.
- Dobrze, że jesteś... - powiedział Ron. - Mamy problem... - dodał po chwili.
Dziewczyna nie wiedziała o co chodzi, ale to na pewno nie było nic dobrego...
"Wojna polega na wprowadzaniu
w błąd... Jeśli możesz - udawaj,
że nie możesz. Jeśli dasz znać,
że wykonasz jakiś ruch - nie
wykonuj go... Jeśli jesteś blisko
- udawaj, że jesteś daleko.
Jeśli jest silny - unikaj go.
Uderzaj - gdy nie jest przygotowany.
Zjawiaj się tam,
gdzie się tego nie spodziewa..."
~ o ~
Komentujcie jeśli się podoba!
A jeśli nie... - też komentujcie! :*
Bo wtedy mam wenę :D !!!






Cudne , dzięki za wspaniały prezent na mikołajki :* pisz proszę następny rozdział , bo już nie mogę się doczekać :D
OdpowiedzUsuńP.S Dziękuje za najpiękniejszy prezent i mam nadzieje, że zostawiając po sobie komentarz też zrobie ci prezent, a jeśli nie to może mały uśmiech na twojej twarzy
OdpowiedzUsuń~Madzik
Przepraszam, ale 1 komentarz sie nie dodał :( więc streszcze go teraz:
OdpowiedzUsuńMoje oczy lśnią gdy to czytam .... piękny, bez zastrzeżeń. Ciekawa jestem co dalej z Hermioną, Fredem i Simonem... wierze, że coś super wymyślisz.
Miłych mikołajek i dużo weny talentu Ci nie życzę bo masz go bardzo dużo . Pozdrawiam gorącą :*
~Madzik
Ty zła kobieto ty! W takim momencie przerywać? Oj nie ładnie :/
OdpowiedzUsuń[...]Blondynka-Mery-i brunetka-SARA[...] I to podniecenie kiedy czytam swoje imię, a nie chodzi o mnie ;3
Rozdział cudowny!
I Simon co nie? ^^
Pozdrawiam i życzę multum weny;*,
Sara
P.S. A może jakiś fragmencik Dramione? ;3
Wybacz, ale ja po prostu szaleję za Malfoy'em i tymi jego oczkami i uśmieszkiem, że nie wyrabiam i musiałam to zaproponować ;*
Świetny prezent na mikołajki ^^ Ale czemu przerwałaś w takim momencie? :( I niech zgadnę, rodzice Hermiony nie żyją, mam rację?
OdpowiedzUsuńA ten Simon... Ughh, już działa mi na nerwy. Niech się odczepi od Mionki, a Fred niech coś w końcu zrobi, a nie tylko się gapi xD
W każdym razie, rozdział cudowny i z niecierpliwością czekam na następny :D
~Mrs. Weasley