wtorek, 23 grudnia 2014

Rozdział 23 "Złamane serce, porzucone nadzieje, czarny świt"


ZŁAMANE SERCE
PORZUCONE NADZIEJE

"Człowiek jest tajemnicą...
- z tajemnicy przybywa i
w tajemnicę odchodzi..."

Nie mam pojęcia dokąd biegłam, po prostu przed siebie. Łzy rozmywały mi obraz, lecz czułam na sobie wzrok innych. Wydawało mi się, że śmieją się ze mnie. Jak mogłam być taka głupia? Całowałam się z Malfoyem! Fuj... i co z tego, że przez chwile wydawało mi się to przyjemne. To było złudzenie! Fred, tylko on się dla mnie liczy. A teraz widział to... Świetnie!
Byłam zła na siebie i może dlatego zapomniałam o schodkach, z których z wielkim hukiem spadłam. Genialnie! Przynajmniej tyle dobrego, że nikt tego nie widział... chyba. Pociągnęłam nosem i podniosłam się. Podwinęłam szatę do kolan... zostanie ślad. Super... Otarłam łzawiące oczy i rozejrzałam się. Byłam na skrzyżowaniu trzech korytarzy, we wschodniej części zamku. Chciałam zamknąć się w pokoju, położyć i płakać, ale żeby to zrobić musiałam przejść przez większą część zamku, gdzie było prawdopodobnie mnóstwo osób. Postanowiłam najpierw się ogarnąć, więc otworzyłam najbliższe drzwi i weszłam do jakiegoś małego pokoju (schowek na miotły?). Zapaliłam świece i rozejrzałam się. W powietrzu unosił się kurz, dlatego zaraz zaczęłam kichać. Pomieszczenie było małe i ciemne. Na ścianach wisiały liczne półki z dziwnymi przyrządami. Podłoga też była zagracona. Odsunęła nogą coś, co pewnie było kiedyś krzesłem i weszła głębiej. Oświeciła sobie różdżką drogę. Na jej widok dwa małe pająki pośpiesznie wpełzły pod szafkę. Nagle usłyszała głosy. Dochodziły one z korytarza za drzwiami, którymi weszła. Nie rozpoznała ich, ale były to głosy mężczyzn. Nie chciała podsłuchiwać, ale oni zatrzymali się akurat pod drzwiami. Dziewczyna już chciała wyjść i dać znać o swojej obecności, lecz powstrzymała się słysząc coś dziwnego. Podeszła bliżej i nasłuchiwała.
- Ministerstwo przyjedzie żeby ich zabrać - powiedział jeden z nich.
- Kiedy?
- Niedługo. Słyszałem, że tamci zginęli. Ci tutaj też. Nie dadzą rady. Idą na pewną śmierć.
- Nie... To śmierć przyjdzie tutaj. Podobno jutro Sam wiesz kto będzie w Rochdale, a to już nie tak daleko od nas. 
- Myślisz, że przyjdzie tu? - zapytał mężczyzna trochę zaniepokojony. 
- Myślę, że mu nie chodzi o nas. 
- Potter. 
- Tak. Ale pomyśl... gdyby Pottera tu nie było? 
- Co masz na myśli? Chcesz go zabić? Jesteś szalony. 
- Pomożesz, czy nie? - Zapadła chwila ciszy. Dziewczyna zakryła usta rękoma.
- Oczywiście... ale musisz wiedzieć... - przerwał, bo usłyszał hałas. Hermiona straciła równowagę i cofnęła się przewracając kilka pudełek. "Cholera!" pomyślała. Szybko wyjęła różdżkę i wyciągnęła ją przed siebie gotowa, by się bronić. Drzwi nagle otworzyły się. Dziewczyna otworzyła usta ze zdziwienia. Przecież to byli...
- Obliviate! - jeden z nich rzucił zaklęcie. Nagle zrobiło się tak... spokojnie. Poczuła, że jej puls zwalnia tępo (jak można to czuć?). Ostatnie co zobaczyła to rozmazany obraz zamykających się drzwi, a potem pustka...

~ o ~

- Gdzie ona jest? - wkurzał się Ron. - Gdzie jest Fred?
- Eh... Ron uspokój się - powiedział Harry. Nagle drzwi do pokoju wspólnego się otworzyły i jak na zawołanie wszedł starszy brat rudzielca. - Fred!! Co tak długo? Gdzie Hermiona?
- Chyba jest zajęta - wymamrotał i powoli usiadł na kanapę obok Luny. 
- Jak to zajęta? 
- Ron uspokój się. Poradzimy sobie bez niej. - Harry wstał i przejechał wzrokiem po pomieszczeniu. Było tu mnóstwo osób. Wszyscy wpatrywali się w niego z nadzieją. Nigdy nie był dobry w wygłaszaniu przemówień, ale cóż... - Posłuchajcie. Jak wszyscy już wiemy, Voldemort zabija w każdej chwili setki niewinnych ludzi. 
- Więc dlaczego tu jesteś? Dlaczego nie pójdziesz z nim walczyć? - zapytał ktoś.
- E! - Ron gwałtownie wstał i zaczął szukać wzrokiem tego kogoś. - Myślisz, że to takie proste...
- Nie... - przerwał mu przyjaciel. - Jest okej... - gestem nakazał mu by usiadł. - Masz rację. Pytacie się dlaczego nie pójdę go pokonać. Wiecie czemu? Bo poszedłbym na pewną śmierć. Już nie jest tak jak kiedyś. Jest o wiele niebezpieczniej. Zawsze kiedy go spotykałem, miałem wielkie szczęście, że uchodziłem z życiem. On jest wielkim czarodziejem, ale ja nie. Nie znam tylu zaklęć, nie mam wielkiej armii. To samo tyczy się was. Oczywiście... Voldemort ma potężne wojsko. Są okrutni, brutalni i zabiją każdego, kto stanie im na drodze. Możecie myśleć, że nasza mała grupka osób nie da im rady. Tak... pójdziemy walczyć. Ale nie wysyłałbym was na śmierć. Wierzę w to, że mamy coś, czego on nie ma. On chce wygrać, bo chce panować. My musimy wygrać, żeby uratować naszych bliskich. Nam zależy na tym bardziej i jestem pewien, że poświęcimy się dla tych, których kochamy. A nie ma większej motywacji do walki niż obrona kogoś. My chcemy wygrać za wszelką cenę, bo jeśli przegramy to zginiemy... Jeśli przegramy, to nasi bliscy zginą. Możliwe, że jesteśmy słabsi... ale...
- W kupie siła! - wykrzyknął ktoś.
- Tak... - uśmiechnął się czarnowłosy, kiwając głową. - Racja. My będziemy walczyć razem. Jak rodzina. Za rodzinę. Kto w to wchodzi?
- Tam gdzie ty, tam i ja - oznajmił Ron.
- Ktoś was musi pilnować - odezwał się Neville.
- A ciebie już szczególnie... - uśmiechnął się Fred. - Wchodzimy - dopowiedział równocześnie z Geerge'm.
- Za rodzinę! - wstała Luna, a za nią reszta. 
- A więc zaczynajmy... - powiedział Harry, lecz ktoś mu przerwał.
- Jak konkretnie chcesz to zrobić? - zapytał Simon siedzący na krześle. Miał ten swój tajemniczy, groźny uśmieszek. - Kiedy, gdzie?
- Kiedy tu przyjdzie. Zaatakujemy go tak, żeby się tego nie spodziewał. Uderzymy tam, gdzie najbardziej go to zaboli. Wchodzisz? - Simon przypatrywał się mu. Harry poczuł coś dziwnego. Koleś praktycznie był idealny. Całkiem przystojny, wysportowany, błyskotliwy, odważny... 
- Oczywiście... - uśmiechnął się pokazując zęby. Harry'emu wydawało się, że one zabłyszczały... Nie mógł jednak się nad tym długo zastanawiać, bo miał przed sobą ważniejsze zadanie. Trzeba było zaplanować atak. Ale najpierw lista. Położył na stół kartkę na której u góry pisało: "Gwardia Dumbledore'a".  Powoli wszyscy podchodzili i wpisywali swoje nazwiska. A Harry przypatrywał się. Wzrokiem szukał Simona, który gdzieś zniknął. Widział jak przed chwilą zbliżał się do drzwi, a za nim patrzyły się dziewczyny. W tym Cho... Nie przepadał za nim. Była taki... idealny. Milutki, kulturalny, ale zarazem niegrzeczny. Czy nie tego właśnie chcą dziewczyny? Prawda była taka, że wszyscy go uwielbiają, a nawet jemu nie udało się tego osiągnąć mimo, że jest wybrańcem. ale czy to możliwe, że ktoś może być idealnym? Nie wiedział, ale może z czasem się przekona... 

    ~ o ~

Nie wiedziałam ile leżałam w tym zakurzonych schowku, ale musiało to być kilka ładnych godzin, bo gdy się obudziłam i wyszłam na korytarz - za oknami było już jasno i padał śnieg! W końcu! Za dwa dni święta, a śniegu nie było. Powoli ruszyłam w stronę dormitorium. W połowie drogi uświadomiłam sobie, że muszę wyglądać strasznie - zapłakana, zmęczona... a właściwie co ja tam robiłam? Dlaczego tam weszłam? Jedyne co pamiętam, to to, że... Draco Malfoy mnie pocałował? Czy ja pocałowałam go? Nie... to nie mogła być prawda. To był sen. A potem? Co się stało potem? Nie pamiętam. Musiałam jakoś wejść do tego schowka i zasnąć ze zmęczenia, chociaż teraz nie czułam się wcale wypoczęta. Weszłam do najbliższej łazienki - jaki się okazało pustej, bo zamieszkiwała ją Jęcząca Marta, za którą nie przepadało większość uczennic. Mi była obojętna... dopóki nie jęczała. Powlekłam się do zlewu i spojrzałam w lustro. Piękna to ja nie byłam nigdy, ale dziś to już szczególnie. Odkręciłam kran i przemyłam sobie twarz chłodną, orzeźwiającą wodą. Niewiele pomogło, ale zawsze coś. Westchnęłam i wyszłam na korytarz kontynuując moją wyprawę do mojego miękkiego łóżeczka. Niestety jak się okazało po wejściu do pokoju wspólnego - za chwilę zaczynały się lekcję. Nie mogłam ich opuścić. Przebrałam się szybko i z pustym żołądkiem pobiegłam do sali. Na szczęście zajęcia jeszcze się nie zaczęły. Usiadłam w kącie i oparłam głowę o ścianę. Zamknęłam oczy. Marzyłam tylko o tym, aby zasnąć, choćby tutaj. Wtem obudził mnie znajomy głos.
- Hej piękna... - powiedział Simon. Byłam wkurzona, a zarazem zrobiło mi się jakoś milej. Niecodziennie ktoś mówi do mnie w ten sposób. Otworzyłam oczy, żeby mu odpowiedzieć, ale gdy to zrobiłam, zobaczyłam, że nie mówił wcale do mnie. Obok niego stała ta idiotka o pięknej cerze, lśniących włosach i ślicznych oczkach - Amber. Uśmiechała się do niego zalotnie, a on do niej. Poczułam ukłucie zazdrości, choć przecież wcale mi na nim nie zależało. Może to chodzi o nią? Że wszyscy zawsze są na jej zawołanie.


Oh.. jak ja jej nienawidzę. Już miałam ją zacząć obrażać w myślach, kiedy przyszła Charity Burbage, nauczycielka mugoloznastwa. Weszliśmy wszyscy do sali i zajęliśmy miejsca. Amber z Simonem prawdopodobnie poszli do swoich. Nigdzie nie widziałam Draco, ale może to lepiej? Nie mam pojęcia co do wczorajszego zdarzenia, a tym bardziej co do uczuć do niego. Harry zachowywał się inaczej, niespokojniej. Czyżby w końcu zrobił coś ku swojej dziwnej miłości do Cho? Nie... nie sądzę. Harry to najodważniejszy chłopak, jakiego znam, no bo w końcu stawił czoła Voldemortowi, broni słabszych, ale... akurat w kwestiach miłosnych brakuje mu jej. Nauczycielka zaczęła gadać, ale nie słuchałam jej. Przerobiłam ten materiał parę miesięcy temu. Zamiast uczyć się o tym, jak przewidywać ruchy mugoli, błądziła wzrokiem po klasie, przyglądając się rówieśnikom. Gdby się tak dobrze przypatrzeć to niektórzy mają zupełnie inne rysy twarzy i wydają się tacy... obcy. 
- Więc powiedzcie mi proszę jakie są różnice pomiędzy nami, a mugolami - powiedziała pani Burbage.
- My możemy czarować? - zapytał jakiś chłopak,
- No gratuluje inteligencji Longbotong - powiedział szyderczo jeden z kolegów Draco. Spojrzałam w tą stronę i zobaczyłam go. Siedział ze swoimi kolegami trzy rzędy ode mnie, na lewo. On mnie nie zauważył. 
- Jesteśmy lepsi i nie jesteśmy szlamami - odparł drugi. 
- Vincent! - skarciła go nauczycielka. - Za karę slytherin otrzymuje minus 10 punktów. Nie pozwolę, aby na mojej lekcji padały takie obelgi nawet wobec zwykłych ludzi. Trzeba was nauczyć kultury i szacunku. A teraz proszę kontynuujcie.
- No więc... - odezwał się Ron. - Mugole nie są wstanie rozwinąć w sobie zdolności magicznych. 
- Brawo. Proszę kto następny? Luna, proszę.
- Mój tata mi mówił, że ukrywamy się przed nimi ze względu na historyczną wrogość do siebie.
- Twój tata ma rację. Kiedyś, dawno temu, panowała między nami wojna. A wszystko przez to, że niektórzy czarodzieje  chcieli ich wyeliminować... zamordować tylko dlatego, że są od nas gorsi. 
- I tak powinno być! - wtrącił znów Vincent, za co dostał pełne zgrozy spojrzenie. 
- A teraz powiedzcie mi podobieństwa między nami - mówiła dalej.
- Wygląd - oświadczyła Cho, po czym spojrzała na Harry'ego i widząc, że on też na nią patrzy, zarumieniła się.
- Dobrze...
- Nie wiemy czego chcemy... - odparł Draco Malfoy. Hermiona spojrzałam na niego, a on na nie. Wydawało mi się, że mówi to do mnie... Być może dlatego odpowiedziałam:
- Albo wiemy, ale się tego boimy...
- Zależy nam, ale ktoś tego nie widzi - odparł nie odrywając od niej wzroku.
- Wykorzystują nas...
- Nie chcemy się przyznać, że kogoś kochamy.
- Jesteśmy ostrożni. 
- Kochamy.
- I wbijamy nóż w serce - dokończyłam. Draco wstał i wyszedł za sali. Tak po prostu... Wszyscy patrzyli za nim, a gdy drzwi się zamknęły zainteresowali się mną. Cholera. Nie miłe uczucie, gdy cała klasa się na ciebie gapi, dlatego spuściłam wzrok. Nauczycielka kontynuowała lekcję, a ja siedziałam i myślałam. Tak generalnie wyglądały wszystkie dzisiejsze lekcje. Kiedy wróciłam do pokoju wspólnego, walnęłam się na kanapę. Czułam ból w plecach taki, jak wtedy, gdy się obudziłam. Hym... dlaczego płakałam? Czy to prawda, że Draco mnie pocałował? To by wyjaśniało całą sytuację na lekcji. Więc czemu... 
I wtedy sobie przypomniałam. Wstałam jak oparzona.Przecież Fred to widział! O matko. Zalała mnie fala gorąca i zrobiło mi się niedobrze. Proszę żeby to był tylko zły sen. To nie może być prawda, a jeśli jest... to musiałam to szybko wyjaśnić. Długo szukałam, ale znalazłam go dopiero przy wschodniej wierzy. Szedł korytarzem, na szczęście - sam. Podbiegłam do niego. Musze przyznać, że wymagało to dużej odwagi spojrzeć mu w oczy i rozmawiać o tym.
- Hej - zaczęłam. Nie odpowiedział. Tylko na mnie spojrzał, nawet się nie zatrzymując. - Hej - powtórzyłam.
- Hej - odparł niewzruszony. 
- Słuchaj... chcę z tobą pogadać.
- A mamy o czym? - zapytał. W jego głosie nie słyszałam gniewu, ale nutkę smutku i to właśnie sprawiło, że moje serce pękło na kawałki.
- Tak - starałam się mówić spokojnie, stanowczo i pewnie. - O tym, co wczoraj widziałeś. - Na razie szło całkiem dobrze. Starałam się mieć kamienny wyraz twarzy, nie zdradzać mu żadnych uczuć. 
- Czyli o tym, że całowałaś się z naszym wrogiem? 
- Ja nie... 
- Daj spokój Hermiona - zatrzymał się, ale wcale się z tego nie ucieszyłam, bo stanął przede mną, patrząc mi w oczy. Musiałam wytrzymać jego spojrzenie. Wytrzymałam, choć moje serce nadal pękało. - Jak ci się podoba, to mogłaś to nam powiedzieć, a nie spotykać się z nim potajemnie. Tak się robi jeśli... - przerwał. Nie byłam pewna, czy głos mu się załamał, czy się zakrztusił. Miałam nadzieję, że to drugie. - Jeśli jest się kogoś przyjacielem.
- Ale nie rozumiesz! To nie tak - i stało się. Chciałam być twarda i stanowcza, ale widząc jego minę i ból, nie wytrzymałam. Do oczu napływały mi łzy, a to co powiedziałam zabrzmiało jakbym łapała się rozpaczliwie ostatniej deski ratunku.  - Ja tego nie chciała.
- Tak? Bo wyglądało trochę inaczej! - on też już nie był taki spokojny... to znaczy... że mu na mnie zależało? Przecież nie byłby taki zdenerwowany, gdybym była mu obojętna, prawda? Znów coś w moim sercu zaiskrzyło... nadzieja. 
- Może... Ale ja nigdy... Fred, przecież mnie znasz. - Nie bardzo wiedziałam co powiedzieć, jakich argumentów użyć, bo sama nie wiedziałam co się tak naprawdę stało.
- No chyba nie wystarczająco. 
- Dlaczego tak mówisz? 
- Przepraszam bardzo, że jestem trochę wnerwiony po tym, jak zobaczyłem moją najlepszą przyjaciółkę w objęciach tego... kretyna! - powiedział bardzo szybko.
- Przecież nie zrobiłam tego specjalnie! - Sytuacja się nakręcała, a ja bałam się, że obydwoje możemy zrobić coś, czego potem będziemy żałować, kiedy ktoś się kłóci, mówi bardzo szybko. A gdy mówi szybko, nie zdąża tego przemyśleć. Dlatego nigdy nie lubiłam się kłócić, tylko mówić na spokojnie. - Dobra... uspokójmy się - odparłam.
- Hermiona! Ty mnie zdradziłaś! - krzyknął. Już chciałam coś powiedzieć i nawet otworzyłam usta, żeby to zrobić, ale zamarłam w bezruchu. Zaraz, co on powiedział? 
- Co takiego? - spytałam. - Ja, zdradziłam, ciebie? - robiłam pauzę po każdym słowie.
- Chodziło mi o to, że zdradziłaś nas, jako przyjaciół. W tym mnie - odpowiedział trochę za wolno. Czyli jednak... coś do mnie czół. 
- Nie, nie, nie... powiedziałeś MNIE ZDRADZIŁAŚ - nie ustępowałam.
- Cholera! To jest to samo! A co myślałaś? Że co niby ja...? - zaśmiał się, a moje serce chyba już nie istniało. Powiedział to tak chamsko, że znów zalałam mnie fala łez.
- Aha... - powiedziałam przełykając nerwowo ślinę, która utknęła mi w gardle. - Widzę jakie to byłoby dla ciebie straszne... gdybyś się we mnie zakochał! - nie wykrzyczałam tego... nie miałam siły. Wyszeptałam, a po moim policzku spłynęła pierwsza łza. 
- Co? Hermi, ja... ja nie miałem tego na myśli - zaczął się bronić, ale w końcu co miał zrobić? 
- Dobra Fred, wiesz co... - odsunęłam się od niego. Rudzielec przybliżył się i spróbował mnie złapać za rękę, lecz ją zabrałam. 


- Nie... - pokręciłam głową. - Rozumiem. - Nic więcej nie powiedziałam, tylko go wyminęłam i szybko weszłam do toalety. Chyba mnie wołał, ale nie reagowałam.Nic nie widziałam i straciłam orientację. Czułam się taka upokorzona... Dlaczego? Dlaczego musiał to być właśnie on? I wszystko przez tego dupka Draco! Ogarnęłam się i wróciłam do dormitorium. Na szczęście tego dnia już go nie zobaczyłam. Nikt nie zauważył, ale to lepiej. Nie chciałam o tym z nikim gadać. Od razu poszłam się umyć. Nie zjadłam kolacji, nie miałam ochoty. Chciałam tylko płakać, płakać i jeszcze raz płakać... Jutro wyjeżdżamy na święta, a ja mam je spędzić u Weasley'ów. Bomba! Położyłam się spać z nadzieją, że jutrzejszy dzień będzie chociaż troszeczkę lepszy... Nie był...

"Bo wolę żyć z nim poza rajem,
Niż bez niego w raju..."


CZARNY ŚWIT

"Problemy są nieuniknioną częścią
życia, więc gdy nadejdą,
trzymaj podniesioną głowę
i nie daj się pokonać."

COŚ SIĘ STANIE! Obudziłam się wcześnie. Troszkę zbyt wcześnie. Nie wiedziałam o co chodzi, ale czułam się źle. Była 05.43... dziwne, moja rodzina ma tak, że zawsze gdy zbliżają się kłopoty - budzą się zbyt wcześnie. Nie uważałam jednak, że jestem dziwna. Usiadłam i sięgnęłam po szklankę wody. Spojrzałam na moje współlokatorki. COŚ SIĘ STANIE! Wszystkie spały. Wiedziałam, że nie zasnę, a mimo to położyłam się i zamknęłam oczy. COŚ SIĘ STANIE! Było mi niedobrze, być może przez to cały czas się wierciłam. Ale miałam takie dziwne wrażenie... COŚ SIĘ STANIE! Luna! Ogarnij się - jak mawiała Ginny. Wyjrzałam za okno. Było ciemno, ale to nic dziwnego w zimie. Ojej... może powinnam się zacząć pakować? Czemu nie? Wstałam i zaczęłam wyciągać swoje rzeczy z szafy. Robiłam to cicho. Ja zawsze byłam cicha, nikomu nie chciałam przeszkadzać, a mimo to nie raz zostawałam zaczepiana przez starszych i silniejszych ode mnie. A przecież nigdy nie chciałam zrobić niczego złego? A może ludzie już tak mają? Wyżywają się na słabszych, żeby pokazać innym, że są silni, bo przecież gdyby stawili czoła komuś równemu sobie, to mogliby przegrać. OGARNIJ SIĘ LUNA, COŚ SIĘ STANIE! Hym... chyba spakowałam już wszystko. Nie miałam dużo rzeczy. Nie potrzebowałam ich wcale. Zawsze wierzyłam, że do bycia szczęśliwym nie potrzeba wiele. Jeszcze raz spojrzałam na moje koleżanki. Patrząc na Hermione, poczułam się jakoś tak... dziwnie. COŚ SIĘ STANIE! Nie wiedziałam jak to określić, ale po prostu czułam się inaczej. Moja podświadomość mówiłam mi, że nie powinnam się do niej zbliżać, ale przecież to byłą Hermi! Zawsze miła i dobra. Nie skrzywdziła mnie nigdy. Więc dlaczego miałabym się od niej trzymać z daleka? COŚ SIĘ STANIE! Nie wiedziałam... ale ze mną dziś chyba coś nie tak. Mam takie... złe przeczucia. Jakby coś miało... nie. Przecież nie potrafię wyczuwać takich rzeczy, co nie? No... w sumie to tak się czułam, kiedy mój kuzyn zgubił swoją sowę. Ale to był przypadek, jak sądzę... COŚ SIĘ STANIE! Czuję się tak pewnie dlatego, że dziś już wyjeżdżamy na święta. Ojej! Święta! Jak ja uwielbiam święta! Wszyscy są dla siebie tacy mili... i w ogóle. A przynajmniej w rodzinie. Nawet nie zauważyłam jak mija czas, ale nim się zorientowałam, już mogłam wstać i iść na śniadanie. Okazało się, że stoły nie są jeszcze dobrze nakryte, więc pomogłam. Uwielbiam pomagać. Gdzieś w pobliży kręcił się dyrektor i głośno się z kimś kłócił. Skąd u niego tyle złości? Czy dziś jest jakiś niespokojny dzień? COŚ SIĘ STANIE! Nie wiem... Możliwe, że wszyscy zawsze tak się przed świętami stresują. Oh...! Jak mogłam zapomnieć! Przecież to dziś jest ten dzień, kiedy dostajemy prezenty! Szybko pobiegłam do pokoju wspólnego. Oczywiście! Leżało tam mnóstwo paczek! Zaczęłam je przebierać, aż w końcu zobaczyłam niewielkie pudełko, oprawione różowym papierem, a na nim moje imię. 
- Hej Luna! - powiedział ktoś za moimi plecami. Gdy się obejrzałam, zobaczyłam, że to Harry. Uśmiechnęłam się do niego.
- Hej. Otwierałeś swoje? - zapytałam. Lubiłam go. On tez był dla mnie zawsze miły, choć czasem wiedziałam, że trochę go zanudzam. Mimo to, nigdy mi tego nie powiedział. I broni słabszych. Ma dobre serce. COŚ SIĘ STANIE! 
- Nie... jeszcze nie, ale nie sądzę, żeby było coś dla mnie - odparł.
- Oczywiście, że jest! Gdzieś widziałam... - zaczęłam gorączkowo przewracać pudełka, aż sobaczyłam całe czarne ze złotym napisem: HARRY POTTER. COŚ SIĘ STANIE!
- O! - zdziwił się. Podałam mu paczkę. Usiadł koło mnie. Miło. Wróciłam do rozpakowywania swojej. Delikatnie rozdarłam opakowanie i otworzyłam różowe pudełeczko. W środku był piękny, okrągły wisiorek, a w samym jego środku różowy brylancik. Na pewno od taty. Uśmiechnęłam się i chciałam go sobie założyć na szyję, ale Harry spytał czy pomóc. 
- Dziękuję - odparłam. Przyjaciel zapiął go mi. Odwróciłam się do niego. - Nie otwierasz?
- Już... - chłopak rozdarł papier. On też dostał naszyjnik, ale wyglądał on raczej jak... Szybko wciągnęła powietrze. Harry chciał podnieść naszyjnik, ale zamarł, gdy krzyknęłam. Szybko wzięłam papier z jego prezentem i rzuciłam go jak najdalej. 
- Luna? - zdziwił się. - Co jest? - Błyskawicznie wstałam ciągle patrząc na wisiorek. 
- Harry... - zaczęłam przerażona. - To Węzeł Celtycki! To zły amulet! W dodatku zaczarowany! 
- Co? 
- Harry kto ci to przysłał!?
- Ja... nie wiem - chłopak zrobił krok w stronę amuletu.
- Nie podchodź! On ma straszliwą moc! Harry ktoś chciał cię zabić! Idziemy do dyrektora. 
- A co z tym? - zapytał. 
- Ja to wezmę. Dla ciebie jest bardziej groźny. 
- Czemu?
- Bo jest przeznaczony, żeby CIEBIE zabić, nie mnie. - Złapałam ostrożnie za papier, w który był owinięty i poszłam razem z Harrym do gabinetu Dumbledore'a. 

- Dobrze, że tak szybko zareagowałaś Luna - pochwalił mnie profesor, kiedy powiedzieliśmy mu wszystko. - Harry powinieneś jej być wdzięczny. Gdybyś tego dotknął... - nie dokończył.
- Jestem... - oznajmił chłopak. - Dzięki Luna - uśmiechnął się do mnie.
- Nie ma za co. To dzięki mojemu ojcu wiedziałam, że to zły amulet. To on mnie nauczył. 
- Harry... - zaczął znów profesor. - czy wiesz, kto mógł ci to przysłać?
- Nie mam pojęcia dyrektorze. 
- Eh... no dobrze. Ja się tym zajmę, a teraz wracajcie już do dormitoriów. - Wstaliśmy i skierowaliśmy się do wyjścia. - Harry... - powiedział jeszcze Dumbledore.
- Tak?
- Bądź ostrożny. 
- Jasne.
- I... - dodał, gdy chłopak chciał odejść. - Chcę z tobą jeszcze porozmawiać. 
- Dobrze. Do widzenia profesorze.
- Do widzenia - powiedziałam i razem wyszliśmy. Przez drogę do dormitorium nie odzywaliśmy się. W pokoju wspólnym pożegnaliśmy się i obydwoje udaliśmy się do siebie. Może to dlatego miałam dziś rano złe przeczucia? Na szczęście nikomu nic się nie stało. Teraz moim jedynym problemem było to, że burczało mi w brzuchu.... COŚ SIĘ STANIE!

~ o ~

Obudziły mnie dziewczyny, które szykowały się na śniadanie. Jakie szczęście, że dziś nie ma lekcji. Oj! Prezenty! Chwila, chwila. Wcale nie jestem szczęśliwa. Ah... no tak... Fred. Cudownie. 
Wstałam i z niechęcią powlokłam się do łazienki. Umyłam zęby, twarz i ogarnęłam włosy. Przebrałam się (w normalne ubrania, bo nie było lekcji) i poszłam razem z Ginny do Wielkiej Sali. Przy śniadaniu dowiedziałam się, że ktoś chciał zabić dziś rano Harry'ego. Wow... żadna nowość. Nie no... cieszyłam się, że jemu nic nie jest i w ogóle, ale ciągle myślałam o tym, jak bardzo zostałam zraniona i to przez kogo? Przez Freda! Który powiedział mi - co prawda nie w prost, ale powiedział - że nigdy by się we mnie nie zakochał. Super! Co za szczęście, że  nie było go na śniadaniu. Heh... uświadomiłam sobie, że nawet jeśli jakimś cudem nie miał tego wczoraj na myśli, to powinien teraz tu przyjść i mi to powiedzieć, ale najwyraźniej stwierdził, że ma mnie w dupie. No... w końcu mu na mnie nie zależy. Zjadłam i razem z Ginny wróciłyśmy do pokoju wspólnego. Oczywiście ona już otworzyła swój prezent (jakżeby inaczej?), ale ja nie. Razem szukałyśmy paczki z moim imieniem i znalazłyśmy... dwie, co było dziwne.  Pierwszą otworzyła Ginny - od rodziców - książka. Oczywiście. Druga paczka zawierała małe pudełko, a w nim naszyjnik. 


- Piękny! - wykrzyknęła rudowłosa. - Boski! Wspaniały! Od kogo to? 
- Sama chciałabym wiedzieć - przyjrzałam się pudełku i dostrzegłam małą karteczkę. - Popatrz. Chciałbym Ci podziękować... - zaczęłam czytać - za to, że wysłuchałaś mnie i zrozumiałaś, za to, że gdy Cię zobaczyłem po raz pierwszy, poczułem coś... czego nie potrafię opisać. Dziękuję, Simon.  - Ginny zakryła usta dłonią i spojrzała na mnie.
- Hermi! - krzyknęła.
- Co? - zdziwiłam się.
- Nic nie mówiłaś!
- Ale, że? 
- No, że ty i on...
- Ale my nie... Ja nie wiem o co mu chodzi. To znaczy my tylko raz tak na poważnie gadaliśmy w bibliotece, kiedy mi mówił, że jego brat zginął.
- Co?! 
- No wiem, ale...
- Nie, nie, nie... - dziewczyna zmarszczyła brwi. - Powtórz.
- No... w bibliotece gadaliśmy.
- Nie to! To później.
- Gadaliśmy o tym, że jego brat zginął? - Teraz to już kompletnie nie wiedziałam o co jej chodzi. 
- No właśnie. Przecież on nie ma brata. 
- Jak to? skąd wiesz? - myślałam, że to wszystko to jakiś chory żart. 
- No... tak jakby dowiadywałam się o nim różnych rzeczy. Fakt... ludzie z jego szkoły go nie znają zbyt dobrze, ale mówili, że nigdy nie słyszeli, żeby miał brata. 
- No tak, tylko, że ten jego brat był już dorosły i się nie uczył. Ale jakim cudem oni go nie znają?
- No... mówią, że nigdy wcześniej go nie widzieli.
- Ale przecież on jest z ich szkoły - to nie miało już żadnego sensu. 
- No ej, ja mówię to, co powiedzieli mi ci nowi. Jak chcesz to się sama spytaj. 
- Ok, ok... koniec tematu. Widziałaś dzisiaj może Freda? - zapytałam.
- Nie, a czemu? - Boże... a miałam nadzieję, że nie zapyta. 
- Nieważne - odparłam.
- Gerge'a też nie widziałam, co jest bardzo dziwne, bo oni zawsze pędzą do prezentów. - Dziewczyna miała niepokojąca minę.
- Co jest? - zapytałam.
- Nic... ale... czy nie wydaje ci się, że coś jest nie tak? Dzisiaj? - zastanowiłam się nad tym, po czym lekko skinęłam. 
- Może.. Ale to Hogwart. Tu zawsze dzieje się coś dziwnego, co nie?
- Eh... Chodźmy lepiej się pakować.

~ o ~

Po południu nie miałam co robić, dlatego szłam bez celu korytarzami. Czasem ktoś mnie zatrzymywał, żeby złożyć mi życzenia, ale poza tym - nudy. Jednak zauważyłam coś dziwnego... nie było nikogo ze starszych uczniów. Przystrajają szkołę? Może robią jakąś niespodziankę dla nas? Hym... dziwne. Wiedziałam co może mnie uspokoić, ale cholipka! nie! nie będziesz się uczyła w święta. Nagle coś usłyszałam. Moje imię. Ktoś wyszeptał moje imię. Rozejrzałam się, ale nic nie zobaczyłam. Pewnie mi się przesłyszało. Poszłam dalej, lecz po chwili znów to usłyszałam. Stanęłam. Po mojej lewej były schody. Zbliżyłam się do nich i zobaczyłam jakąś postać, stojącą w cieniu. 
- Jednak dostałaś mój prezent... - odezwał się Simon. 
- Co ty tu robisz? - podeszłam bliżej. 
- Ah... poluje na ofiarę, która podeszłaby do mnie w cień i nikt by nas nie zobaczył... - Spojrzałam w tył. Cholera! Faktycznie staliśmy w cieniu i gdyby mi coś zrobił nikt by nas nie zobaczył. - Spodobał ci się? - spojrzał na naszyjnik, który miałam zawieszony na szyi. Naszyjnik od niego...
- Inaczej bym go nie założyła, ale... nie mogę go wziąć.
- Przecież już go wzięłaś - zrobił jeden z tych swoich seksownych uśmiechów, od którego uginają się kolana. 
- No... tak, bo... mi się podoba, ale... - patrząc w jego oczy nie mogłam się wysłowić. JA HERMIONA! NIE MOGŁAM SIĘ WYSŁOWIĆ! Ale te jego oczka na prawdę hipnotyzowały.


A kiedy tak patrzył, moje serce podskakiwało. Nie dało się nie uśmiechnąć, po prostu nie dało i chociaż przed chwilą zdałam sobie sprawę z tego, że mogę być w niebezpieczeństwie, teraz czułam się zupełnie bezpieczna... przy nim. A może to właśnie jest moje szczęście? On, nie Fred, czy Malfoy? Czekaj, czekaj... on coś mówił! Co on przed chwilą powiedział!? O Boże... muszę coś zrobić, coś powiedzieć, ale co? 
- Mhm... - powiedziałam. 
- Tak myślałem - uśmiechnął się. Ale co on myślał? Co ja powiedziałam? - Czyli jesteśmy umówieni?
- Co? - No tego to się nie spodziewałam... czy ja się z nim...?
- Nie no, żartuję... Zapytałem czy weźmiesz naszyjnik, powiedziałaś: mhm... Chyba się trochę zamyśliłaś.
- Przepraszam - czułam jak gorące rumieńce wypływają na moją twarz. Jestem totalną kretynką! Mimo wszystko uśmiechnął się, ja też. 
- Muszę lecieć - powiedział. - Papa...
- Pa... - byłam jak w transie. Simon wyminął mnie, a ja głupia za nim patrzyłam. Chwila, chwila... co się przed chwilą zdarzyło? Nie pamiętałam, ale wiedziałam, że to mi się podobało. Może ten dzień nie będzie aż taki zły...? :D

Jednak był gorszy... o wiele gorszy...

Stało się to po południu. Siedziałam sobie na kanapie w pokoju wspólnym i czytałam książkę, którą dostałam w prezencie, gdy wpadł Neville. 
- Ludzie! Ludzie! - zaczął krzyczeć. Zjawili się chyba wszyscy, którzy byli w pobliżu. Odłożyłam lekturę i powoli spytałam:
- Co się stało Neville? - Ten spojrzał na mnie z przerażeniem. 
- Wywieziono ich z Hogwartu! - oznajmił. - Żeby walczyli! 
- Co? Kogo? - spytała Ginny z niepokojem.
- Freda i George'a! Najstarszych uczniów! Na wojnę! 
- Jak to?! - wykrzyknęłam z Ronem równocześnie.
- Dziś rano wzięli najstarszych i wywieźli! 
- To niemożliwe! - powiedział Harry. - Dumbledore nigdy by...
- Dumbledore'a nie ma. Ministerstwo zabrało go, gdy ten się sprzeciwił.
- To nie możliwe... - wyszeptałam. 
- To prawda!
- Boże... przecież jeżeli pojechali na wojnę z Voldemortem i jego synem to tego nie przeżyją...

Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo go kocham. Przecież nie może zginąć! Nie powiedziałam mu, że go kocham!! To niesprawiedliwe! Ostatni raz, kiedy go widziałam - kłóciliśmy się. Jutro Wigilia, a on na wojnie?! Nie! To tylko zły sen! TO SIĘ NIE DZIEJĘ NA PRAWDĘ!!!

Ale działo się... a miało się stać jeszcze coś dużo gorszego...

"Najszybszy sposób na 
przegranie wojny, to ją
przegrać..."


Hej skarby! Dziś Wigilia, więc chciałabym wam życzyć WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!! Żeby spełniły się wasze życzenia, żebyście NIGDY nie były smutni. ZAWSZE zdrowi i uśmiechnięci. Pamiętajcie, że to tylko jeden raz do roku, więc niech stanie się coś niezwykłego. To czas przyjaźni, wybaczania, zapominania złych rzeczy :) Być może jest ktoś, kto czeka na wasze DZIEKUJĘ, czy PRZEPRASZAM :) Mam nadzieję, że tym rozdziałem sprawiłam wam fajny prezent :P A może nie XD Pamiętajcie o komentowaniu, czym sprawicie mi prezent ;) A więc módlmy się aby całe świąteczne jedzenie poszło w cycki :* Trzymajcie się WESOŁYCH ŚWIĄT!!!







Staliśmy na skraju jakiegoś pagórka. Nie było nas dużo. Zaledwie kilkadziesiąt czarodziejów. Ale w porównaniu z nimi? Nie mieliśmy najmniejszych szans. Zbliżali się, niczym ogień, trawiący wszystko na swojej drodze. A my nie mieliśmy wody. 
- Fred... - powiedział cicho mój brat. 
- Tak?
- Nie takiego końca sobie wyobrażałem. Mam jeszcze tyle do zrobienia...
- I zrobisz - powiedziałem. - Ja też mam jeszcze coś do zrobienia. - Myślałem o Hermionie. Jaki ja byłem głupi! Dlaczego byłem takim cholernym tchórzem i nie powiedziałem jej, że ją kocham? A teraz? Teraz mogło być już za późno... - Nie martw się brachu, będzie dobrze - powiedziałem, chociaż nie bardzo w to wierzyłem. Prawda była taka, że za chwilę mieliśmy stawić czoła przeciwnikowi, który był o 150 % silniejszy. Dobra... może 200 %  Staliśmy tak czekając na śmierć. Wiedziałem, że tego nie przeżyjemy. Byłem pewny. Nic nie miałem do stracenia. Ruszyliśmy więc w kierunku naszego wroga, rzucając zaklęcia. Obok mnie ktoś dostał Avadą Kedavrą. Odwróciłem głowę w tym kierunku. To był Shane - koleś siedział ze mną w ławce na lekcji ze Snape'm. A teraz leżał na ziemi... martwy, tak jak już połowa z nas. Nie zatrzymując się sprawdziłem gdzie jest George. Nie widziałem go nigdzie. Cholera! Gdzie on jest! Zobaczyłem przed sobą Voldemorta i jego syna... Przecież ja... przecież ja go znam. Przeskoczyłem nad kogoś ciałem. Czy to nie był przypadkiem ten Dean? Zawsze był dla wszystkich miły i... i na pewno nie zasłużył na śmierć! 
- Fred uwa... - krzyknął ktoś, ale coś mu przerwało. Odwróciłem się i zobaczyłem, że to mój brat krzyczał, lecz nie dokończył bo ktoś trafił w niego zaklęciem. Widziałem jak pada na ziemie... jak wypuszcza różdżkę z ręki. Czym prędzej podbiegłem do niego. 
- George! George! Spójrz na mnie - krzyknąłem, ale mój brat nie reagował. Chciałem coś zrobić, ale jedyne co usłyszałem to to, że ktoś krzyczy zaklęcie "Avada Hedavra" i nagle poczułem okropny ból... a potem pustka... 

6 komentarzy:

  1. Na początku chciałam Ci złożyć serdzeczne życzenia. Dużo zdrowia, fajnych ocen, miłości, spełnienia marzeń, pieniędzy, samorealizacji, uśmiechu na codzień, dużo weny w pisaniu, WESOŁYCH ŚWIĄT i udanego sylwestra.
    Dzięki za ten rozdział, to super prezent.
    Rozdział cudowny, ale smutny. Licze na następny jak najszybciej.
    ~Madzik

    OdpowiedzUsuń
  2. W końcu nowy rozdział! :D Codziennie tu zaglądałam, nie mogłam się doczekać! :] I oczywiście się nie zawiodłam :)
    Życzę Tobie udanych świąt Bożego Narodzenia, spędzonych w gronie najbliższych. Dużo zdrowia (to chyba najważniejsze), szczęścia i sukcesów w życiu. :) Prawdziwej miłości, chłopaka, który będzie wart twojej osóbki ;] I oczywiście dużoo weny i wolnego czasu, który mogłabyś poświęcić na pisanie kolejnych rozdziałów! Wesołych Świąt!! - Flusa

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny! ;)
    Wesołych świąt! ;*
    ~Sara

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej ludzie co się z wami dzieje? Gdzie są wszyscy? Gdzie komy? Jest tu ktoś oprócz trzech moich czytelniczek u góry? :) którym dziękuję, za wierne komentowanie :) ?

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej
    Tu ZoZoL nie wiem czy mnie pamietacie ...
    Dlugo nie komentowalam chociaz czytalam rozdzialy i Bardzo cie za to Przepraszam,po prostu ostatnio brakuje mi czasu na cokolwiek,ledwo wyrabiam sie z nauka i lekcjami a nawet w ta przerwe tez nie mam oddechu. Wiem ze to zadne usprawiedliwienie Ale mam nadzieje ze zrozumiesz i wybaczysz ;) od teraz obiecuje ze bede zawsze komentowala nawet tym jednym slowem "super" zebys wiedziala ze nigdy twoi czytelnicy nie zapomna o twoimswietnym opowiadaniu.
    Teraz przechodzac do rzeczy....
    Bardzo podoba mi sie rowoj akcji naprawde masz wielki talenti cudownie sie to czyta :) co prawda czasem tam wychwyce jakis blad,Ale nie jest to Jakies istotne.Nie zlozylam ci zyczen na swieta,wiec zloze je na Nowy Rok Ale to na koncu koma,bo chyba sie troche rozpisze XD A wiec
    Fred!! Ty idioto...jqk mogles jej to powiedziec...ugh...jestem wkurzonq alr mam nadzieje ze on i George przezyja:)
    Hermi..wspolczuje jej,to okropne sie z kims rozstawac w klotni,No ae w sumie to nie dziwie jej sie...
    Amber nie trawie i to sie nie zmieni :D
    Simon...tez jakos nie przepadam jakos mam wrazenie ze zgrywa takiego milego...
    Ale nwm Why po prostu ubostwiam syna Voldzia :D chcialabym zeby jakos No...wyobrazam sobie zakonczenie tej historii Ale nwm csy chcesz zebym sie z wami nim podzielila...to twoje opowiadanie i zrobisz co chcesz..jednak mam taki glupi pomysl Ale chyba jest za glupi zeby ujrzal swiatlo dzienne...
    W sumie to ten kom nie wyszedl mi chyba taki dlugi jalbym chciala No Ale co poradze....to moze
    ..moglabys mi napisac czy chcesz zebym przedstawila ci moje wyobrazenia :)
    Wiesz juz ze Kocham cb i twojego bloga i uwazam ze cudnie piszesz,wiec przejdzmy juz do zyczen :)
    Duzo zdrowia przede wszystkimi bo to najwazniejsze...szczescia,dobrych ocen,cierpliwosci do tej nauki i szkoly,prawdziwych przyjaciol i zebys znalazla swietnego chlopaka ktory bd cie kochql calym sercem ;) (chyba ze juz Go masz to wtedy wychodze na idiotke Ale wtedy mam nadzieje ze tak jest i bedzie) duzo wolnego czasu na pisanie rozdzialow i wszystkiego co najlepsze :)
    ZoZoL ;) :** <33

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudny rozdziała , popłakałam się czytając , pisz proszę dalej , bo nie mogą się doczekać tego co stanie się dalej :*
    Święta już minęły , więc głupio byłoby składać Ci życzenia , ale czeka sylwester , więc życzę Ci szapmańskiej zabawy do rana z tymi , których kochasz i wspaniałego roku 2015 niech twoje marzenia się w nim spełnią , a wena do pisania rośnie :* <3 ~Other

    OdpowiedzUsuń