wtorek, 23 grudnia 2014

Rozdział 23 "Złamane serce, porzucone nadzieje, czarny świt"


ZŁAMANE SERCE
PORZUCONE NADZIEJE

"Człowiek jest tajemnicą...
- z tajemnicy przybywa i
w tajemnicę odchodzi..."

Nie mam pojęcia dokąd biegłam, po prostu przed siebie. Łzy rozmywały mi obraz, lecz czułam na sobie wzrok innych. Wydawało mi się, że śmieją się ze mnie. Jak mogłam być taka głupia? Całowałam się z Malfoyem! Fuj... i co z tego, że przez chwile wydawało mi się to przyjemne. To było złudzenie! Fred, tylko on się dla mnie liczy. A teraz widział to... Świetnie!
Byłam zła na siebie i może dlatego zapomniałam o schodkach, z których z wielkim hukiem spadłam. Genialnie! Przynajmniej tyle dobrego, że nikt tego nie widział... chyba. Pociągnęłam nosem i podniosłam się. Podwinęłam szatę do kolan... zostanie ślad. Super... Otarłam łzawiące oczy i rozejrzałam się. Byłam na skrzyżowaniu trzech korytarzy, we wschodniej części zamku. Chciałam zamknąć się w pokoju, położyć i płakać, ale żeby to zrobić musiałam przejść przez większą część zamku, gdzie było prawdopodobnie mnóstwo osób. Postanowiłam najpierw się ogarnąć, więc otworzyłam najbliższe drzwi i weszłam do jakiegoś małego pokoju (schowek na miotły?). Zapaliłam świece i rozejrzałam się. W powietrzu unosił się kurz, dlatego zaraz zaczęłam kichać. Pomieszczenie było małe i ciemne. Na ścianach wisiały liczne półki z dziwnymi przyrządami. Podłoga też była zagracona. Odsunęła nogą coś, co pewnie było kiedyś krzesłem i weszła głębiej. Oświeciła sobie różdżką drogę. Na jej widok dwa małe pająki pośpiesznie wpełzły pod szafkę. Nagle usłyszała głosy. Dochodziły one z korytarza za drzwiami, którymi weszła. Nie rozpoznała ich, ale były to głosy mężczyzn. Nie chciała podsłuchiwać, ale oni zatrzymali się akurat pod drzwiami. Dziewczyna już chciała wyjść i dać znać o swojej obecności, lecz powstrzymała się słysząc coś dziwnego. Podeszła bliżej i nasłuchiwała.
- Ministerstwo przyjedzie żeby ich zabrać - powiedział jeden z nich.
- Kiedy?
- Niedługo. Słyszałem, że tamci zginęli. Ci tutaj też. Nie dadzą rady. Idą na pewną śmierć.
- Nie... To śmierć przyjdzie tutaj. Podobno jutro Sam wiesz kto będzie w Rochdale, a to już nie tak daleko od nas. 
- Myślisz, że przyjdzie tu? - zapytał mężczyzna trochę zaniepokojony. 
- Myślę, że mu nie chodzi o nas. 
- Potter. 
- Tak. Ale pomyśl... gdyby Pottera tu nie było? 
- Co masz na myśli? Chcesz go zabić? Jesteś szalony. 
- Pomożesz, czy nie? - Zapadła chwila ciszy. Dziewczyna zakryła usta rękoma.
- Oczywiście... ale musisz wiedzieć... - przerwał, bo usłyszał hałas. Hermiona straciła równowagę i cofnęła się przewracając kilka pudełek. "Cholera!" pomyślała. Szybko wyjęła różdżkę i wyciągnęła ją przed siebie gotowa, by się bronić. Drzwi nagle otworzyły się. Dziewczyna otworzyła usta ze zdziwienia. Przecież to byli...
- Obliviate! - jeden z nich rzucił zaklęcie. Nagle zrobiło się tak... spokojnie. Poczuła, że jej puls zwalnia tępo (jak można to czuć?). Ostatnie co zobaczyła to rozmazany obraz zamykających się drzwi, a potem pustka...

~ o ~

- Gdzie ona jest? - wkurzał się Ron. - Gdzie jest Fred?
- Eh... Ron uspokój się - powiedział Harry. Nagle drzwi do pokoju wspólnego się otworzyły i jak na zawołanie wszedł starszy brat rudzielca. - Fred!! Co tak długo? Gdzie Hermiona?
- Chyba jest zajęta - wymamrotał i powoli usiadł na kanapę obok Luny. 
- Jak to zajęta? 
- Ron uspokój się. Poradzimy sobie bez niej. - Harry wstał i przejechał wzrokiem po pomieszczeniu. Było tu mnóstwo osób. Wszyscy wpatrywali się w niego z nadzieją. Nigdy nie był dobry w wygłaszaniu przemówień, ale cóż... - Posłuchajcie. Jak wszyscy już wiemy, Voldemort zabija w każdej chwili setki niewinnych ludzi. 
- Więc dlaczego tu jesteś? Dlaczego nie pójdziesz z nim walczyć? - zapytał ktoś.
- E! - Ron gwałtownie wstał i zaczął szukać wzrokiem tego kogoś. - Myślisz, że to takie proste...
- Nie... - przerwał mu przyjaciel. - Jest okej... - gestem nakazał mu by usiadł. - Masz rację. Pytacie się dlaczego nie pójdę go pokonać. Wiecie czemu? Bo poszedłbym na pewną śmierć. Już nie jest tak jak kiedyś. Jest o wiele niebezpieczniej. Zawsze kiedy go spotykałem, miałem wielkie szczęście, że uchodziłem z życiem. On jest wielkim czarodziejem, ale ja nie. Nie znam tylu zaklęć, nie mam wielkiej armii. To samo tyczy się was. Oczywiście... Voldemort ma potężne wojsko. Są okrutni, brutalni i zabiją każdego, kto stanie im na drodze. Możecie myśleć, że nasza mała grupka osób nie da im rady. Tak... pójdziemy walczyć. Ale nie wysyłałbym was na śmierć. Wierzę w to, że mamy coś, czego on nie ma. On chce wygrać, bo chce panować. My musimy wygrać, żeby uratować naszych bliskich. Nam zależy na tym bardziej i jestem pewien, że poświęcimy się dla tych, których kochamy. A nie ma większej motywacji do walki niż obrona kogoś. My chcemy wygrać za wszelką cenę, bo jeśli przegramy to zginiemy... Jeśli przegramy, to nasi bliscy zginą. Możliwe, że jesteśmy słabsi... ale...
- W kupie siła! - wykrzyknął ktoś.
- Tak... - uśmiechnął się czarnowłosy, kiwając głową. - Racja. My będziemy walczyć razem. Jak rodzina. Za rodzinę. Kto w to wchodzi?
- Tam gdzie ty, tam i ja - oznajmił Ron.
- Ktoś was musi pilnować - odezwał się Neville.
- A ciebie już szczególnie... - uśmiechnął się Fred. - Wchodzimy - dopowiedział równocześnie z Geerge'm.
- Za rodzinę! - wstała Luna, a za nią reszta. 
- A więc zaczynajmy... - powiedział Harry, lecz ktoś mu przerwał.
- Jak konkretnie chcesz to zrobić? - zapytał Simon siedzący na krześle. Miał ten swój tajemniczy, groźny uśmieszek. - Kiedy, gdzie?
- Kiedy tu przyjdzie. Zaatakujemy go tak, żeby się tego nie spodziewał. Uderzymy tam, gdzie najbardziej go to zaboli. Wchodzisz? - Simon przypatrywał się mu. Harry poczuł coś dziwnego. Koleś praktycznie był idealny. Całkiem przystojny, wysportowany, błyskotliwy, odważny... 
- Oczywiście... - uśmiechnął się pokazując zęby. Harry'emu wydawało się, że one zabłyszczały... Nie mógł jednak się nad tym długo zastanawiać, bo miał przed sobą ważniejsze zadanie. Trzeba było zaplanować atak. Ale najpierw lista. Położył na stół kartkę na której u góry pisało: "Gwardia Dumbledore'a".  Powoli wszyscy podchodzili i wpisywali swoje nazwiska. A Harry przypatrywał się. Wzrokiem szukał Simona, który gdzieś zniknął. Widział jak przed chwilą zbliżał się do drzwi, a za nim patrzyły się dziewczyny. W tym Cho... Nie przepadał za nim. Była taki... idealny. Milutki, kulturalny, ale zarazem niegrzeczny. Czy nie tego właśnie chcą dziewczyny? Prawda była taka, że wszyscy go uwielbiają, a nawet jemu nie udało się tego osiągnąć mimo, że jest wybrańcem. ale czy to możliwe, że ktoś może być idealnym? Nie wiedział, ale może z czasem się przekona... 

    ~ o ~

Nie wiedziałam ile leżałam w tym zakurzonych schowku, ale musiało to być kilka ładnych godzin, bo gdy się obudziłam i wyszłam na korytarz - za oknami było już jasno i padał śnieg! W końcu! Za dwa dni święta, a śniegu nie było. Powoli ruszyłam w stronę dormitorium. W połowie drogi uświadomiłam sobie, że muszę wyglądać strasznie - zapłakana, zmęczona... a właściwie co ja tam robiłam? Dlaczego tam weszłam? Jedyne co pamiętam, to to, że... Draco Malfoy mnie pocałował? Czy ja pocałowałam go? Nie... to nie mogła być prawda. To był sen. A potem? Co się stało potem? Nie pamiętam. Musiałam jakoś wejść do tego schowka i zasnąć ze zmęczenia, chociaż teraz nie czułam się wcale wypoczęta. Weszłam do najbliższej łazienki - jaki się okazało pustej, bo zamieszkiwała ją Jęcząca Marta, za którą nie przepadało większość uczennic. Mi była obojętna... dopóki nie jęczała. Powlekłam się do zlewu i spojrzałam w lustro. Piękna to ja nie byłam nigdy, ale dziś to już szczególnie. Odkręciłam kran i przemyłam sobie twarz chłodną, orzeźwiającą wodą. Niewiele pomogło, ale zawsze coś. Westchnęłam i wyszłam na korytarz kontynuując moją wyprawę do mojego miękkiego łóżeczka. Niestety jak się okazało po wejściu do pokoju wspólnego - za chwilę zaczynały się lekcję. Nie mogłam ich opuścić. Przebrałam się szybko i z pustym żołądkiem pobiegłam do sali. Na szczęście zajęcia jeszcze się nie zaczęły. Usiadłam w kącie i oparłam głowę o ścianę. Zamknęłam oczy. Marzyłam tylko o tym, aby zasnąć, choćby tutaj. Wtem obudził mnie znajomy głos.
- Hej piękna... - powiedział Simon. Byłam wkurzona, a zarazem zrobiło mi się jakoś milej. Niecodziennie ktoś mówi do mnie w ten sposób. Otworzyłam oczy, żeby mu odpowiedzieć, ale gdy to zrobiłam, zobaczyłam, że nie mówił wcale do mnie. Obok niego stała ta idiotka o pięknej cerze, lśniących włosach i ślicznych oczkach - Amber. Uśmiechała się do niego zalotnie, a on do niej. Poczułam ukłucie zazdrości, choć przecież wcale mi na nim nie zależało. Może to chodzi o nią? Że wszyscy zawsze są na jej zawołanie.


Oh.. jak ja jej nienawidzę. Już miałam ją zacząć obrażać w myślach, kiedy przyszła Charity Burbage, nauczycielka mugoloznastwa. Weszliśmy wszyscy do sali i zajęliśmy miejsca. Amber z Simonem prawdopodobnie poszli do swoich. Nigdzie nie widziałam Draco, ale może to lepiej? Nie mam pojęcia co do wczorajszego zdarzenia, a tym bardziej co do uczuć do niego. Harry zachowywał się inaczej, niespokojniej. Czyżby w końcu zrobił coś ku swojej dziwnej miłości do Cho? Nie... nie sądzę. Harry to najodważniejszy chłopak, jakiego znam, no bo w końcu stawił czoła Voldemortowi, broni słabszych, ale... akurat w kwestiach miłosnych brakuje mu jej. Nauczycielka zaczęła gadać, ale nie słuchałam jej. Przerobiłam ten materiał parę miesięcy temu. Zamiast uczyć się o tym, jak przewidywać ruchy mugoli, błądziła wzrokiem po klasie, przyglądając się rówieśnikom. Gdby się tak dobrze przypatrzeć to niektórzy mają zupełnie inne rysy twarzy i wydają się tacy... obcy. 
- Więc powiedzcie mi proszę jakie są różnice pomiędzy nami, a mugolami - powiedziała pani Burbage.
- My możemy czarować? - zapytał jakiś chłopak,
- No gratuluje inteligencji Longbotong - powiedział szyderczo jeden z kolegów Draco. Spojrzałam w tą stronę i zobaczyłam go. Siedział ze swoimi kolegami trzy rzędy ode mnie, na lewo. On mnie nie zauważył. 
- Jesteśmy lepsi i nie jesteśmy szlamami - odparł drugi. 
- Vincent! - skarciła go nauczycielka. - Za karę slytherin otrzymuje minus 10 punktów. Nie pozwolę, aby na mojej lekcji padały takie obelgi nawet wobec zwykłych ludzi. Trzeba was nauczyć kultury i szacunku. A teraz proszę kontynuujcie.
- No więc... - odezwał się Ron. - Mugole nie są wstanie rozwinąć w sobie zdolności magicznych. 
- Brawo. Proszę kto następny? Luna, proszę.
- Mój tata mi mówił, że ukrywamy się przed nimi ze względu na historyczną wrogość do siebie.
- Twój tata ma rację. Kiedyś, dawno temu, panowała między nami wojna. A wszystko przez to, że niektórzy czarodzieje  chcieli ich wyeliminować... zamordować tylko dlatego, że są od nas gorsi. 
- I tak powinno być! - wtrącił znów Vincent, za co dostał pełne zgrozy spojrzenie. 
- A teraz powiedzcie mi podobieństwa między nami - mówiła dalej.
- Wygląd - oświadczyła Cho, po czym spojrzała na Harry'ego i widząc, że on też na nią patrzy, zarumieniła się.
- Dobrze...
- Nie wiemy czego chcemy... - odparł Draco Malfoy. Hermiona spojrzałam na niego, a on na nie. Wydawało mi się, że mówi to do mnie... Być może dlatego odpowiedziałam:
- Albo wiemy, ale się tego boimy...
- Zależy nam, ale ktoś tego nie widzi - odparł nie odrywając od niej wzroku.
- Wykorzystują nas...
- Nie chcemy się przyznać, że kogoś kochamy.
- Jesteśmy ostrożni. 
- Kochamy.
- I wbijamy nóż w serce - dokończyłam. Draco wstał i wyszedł za sali. Tak po prostu... Wszyscy patrzyli za nim, a gdy drzwi się zamknęły zainteresowali się mną. Cholera. Nie miłe uczucie, gdy cała klasa się na ciebie gapi, dlatego spuściłam wzrok. Nauczycielka kontynuowała lekcję, a ja siedziałam i myślałam. Tak generalnie wyglądały wszystkie dzisiejsze lekcje. Kiedy wróciłam do pokoju wspólnego, walnęłam się na kanapę. Czułam ból w plecach taki, jak wtedy, gdy się obudziłam. Hym... dlaczego płakałam? Czy to prawda, że Draco mnie pocałował? To by wyjaśniało całą sytuację na lekcji. Więc czemu... 
I wtedy sobie przypomniałam. Wstałam jak oparzona.Przecież Fred to widział! O matko. Zalała mnie fala gorąca i zrobiło mi się niedobrze. Proszę żeby to był tylko zły sen. To nie może być prawda, a jeśli jest... to musiałam to szybko wyjaśnić. Długo szukałam, ale znalazłam go dopiero przy wschodniej wierzy. Szedł korytarzem, na szczęście - sam. Podbiegłam do niego. Musze przyznać, że wymagało to dużej odwagi spojrzeć mu w oczy i rozmawiać o tym.
- Hej - zaczęłam. Nie odpowiedział. Tylko na mnie spojrzał, nawet się nie zatrzymując. - Hej - powtórzyłam.
- Hej - odparł niewzruszony. 
- Słuchaj... chcę z tobą pogadać.
- A mamy o czym? - zapytał. W jego głosie nie słyszałam gniewu, ale nutkę smutku i to właśnie sprawiło, że moje serce pękło na kawałki.
- Tak - starałam się mówić spokojnie, stanowczo i pewnie. - O tym, co wczoraj widziałeś. - Na razie szło całkiem dobrze. Starałam się mieć kamienny wyraz twarzy, nie zdradzać mu żadnych uczuć. 
- Czyli o tym, że całowałaś się z naszym wrogiem? 
- Ja nie... 
- Daj spokój Hermiona - zatrzymał się, ale wcale się z tego nie ucieszyłam, bo stanął przede mną, patrząc mi w oczy. Musiałam wytrzymać jego spojrzenie. Wytrzymałam, choć moje serce nadal pękało. - Jak ci się podoba, to mogłaś to nam powiedzieć, a nie spotykać się z nim potajemnie. Tak się robi jeśli... - przerwał. Nie byłam pewna, czy głos mu się załamał, czy się zakrztusił. Miałam nadzieję, że to drugie. - Jeśli jest się kogoś przyjacielem.
- Ale nie rozumiesz! To nie tak - i stało się. Chciałam być twarda i stanowcza, ale widząc jego minę i ból, nie wytrzymałam. Do oczu napływały mi łzy, a to co powiedziałam zabrzmiało jakbym łapała się rozpaczliwie ostatniej deski ratunku.  - Ja tego nie chciała.
- Tak? Bo wyglądało trochę inaczej! - on też już nie był taki spokojny... to znaczy... że mu na mnie zależało? Przecież nie byłby taki zdenerwowany, gdybym była mu obojętna, prawda? Znów coś w moim sercu zaiskrzyło... nadzieja. 
- Może... Ale ja nigdy... Fred, przecież mnie znasz. - Nie bardzo wiedziałam co powiedzieć, jakich argumentów użyć, bo sama nie wiedziałam co się tak naprawdę stało.
- No chyba nie wystarczająco. 
- Dlaczego tak mówisz? 
- Przepraszam bardzo, że jestem trochę wnerwiony po tym, jak zobaczyłem moją najlepszą przyjaciółkę w objęciach tego... kretyna! - powiedział bardzo szybko.
- Przecież nie zrobiłam tego specjalnie! - Sytuacja się nakręcała, a ja bałam się, że obydwoje możemy zrobić coś, czego potem będziemy żałować, kiedy ktoś się kłóci, mówi bardzo szybko. A gdy mówi szybko, nie zdąża tego przemyśleć. Dlatego nigdy nie lubiłam się kłócić, tylko mówić na spokojnie. - Dobra... uspokójmy się - odparłam.
- Hermiona! Ty mnie zdradziłaś! - krzyknął. Już chciałam coś powiedzieć i nawet otworzyłam usta, żeby to zrobić, ale zamarłam w bezruchu. Zaraz, co on powiedział? 
- Co takiego? - spytałam. - Ja, zdradziłam, ciebie? - robiłam pauzę po każdym słowie.
- Chodziło mi o to, że zdradziłaś nas, jako przyjaciół. W tym mnie - odpowiedział trochę za wolno. Czyli jednak... coś do mnie czół. 
- Nie, nie, nie... powiedziałeś MNIE ZDRADZIŁAŚ - nie ustępowałam.
- Cholera! To jest to samo! A co myślałaś? Że co niby ja...? - zaśmiał się, a moje serce chyba już nie istniało. Powiedział to tak chamsko, że znów zalałam mnie fala łez.
- Aha... - powiedziałam przełykając nerwowo ślinę, która utknęła mi w gardle. - Widzę jakie to byłoby dla ciebie straszne... gdybyś się we mnie zakochał! - nie wykrzyczałam tego... nie miałam siły. Wyszeptałam, a po moim policzku spłynęła pierwsza łza. 
- Co? Hermi, ja... ja nie miałem tego na myśli - zaczął się bronić, ale w końcu co miał zrobić? 
- Dobra Fred, wiesz co... - odsunęłam się od niego. Rudzielec przybliżył się i spróbował mnie złapać za rękę, lecz ją zabrałam. 


- Nie... - pokręciłam głową. - Rozumiem. - Nic więcej nie powiedziałam, tylko go wyminęłam i szybko weszłam do toalety. Chyba mnie wołał, ale nie reagowałam.Nic nie widziałam i straciłam orientację. Czułam się taka upokorzona... Dlaczego? Dlaczego musiał to być właśnie on? I wszystko przez tego dupka Draco! Ogarnęłam się i wróciłam do dormitorium. Na szczęście tego dnia już go nie zobaczyłam. Nikt nie zauważył, ale to lepiej. Nie chciałam o tym z nikim gadać. Od razu poszłam się umyć. Nie zjadłam kolacji, nie miałam ochoty. Chciałam tylko płakać, płakać i jeszcze raz płakać... Jutro wyjeżdżamy na święta, a ja mam je spędzić u Weasley'ów. Bomba! Położyłam się spać z nadzieją, że jutrzejszy dzień będzie chociaż troszeczkę lepszy... Nie był...

"Bo wolę żyć z nim poza rajem,
Niż bez niego w raju..."


CZARNY ŚWIT

"Problemy są nieuniknioną częścią
życia, więc gdy nadejdą,
trzymaj podniesioną głowę
i nie daj się pokonać."

COŚ SIĘ STANIE! Obudziłam się wcześnie. Troszkę zbyt wcześnie. Nie wiedziałam o co chodzi, ale czułam się źle. Była 05.43... dziwne, moja rodzina ma tak, że zawsze gdy zbliżają się kłopoty - budzą się zbyt wcześnie. Nie uważałam jednak, że jestem dziwna. Usiadłam i sięgnęłam po szklankę wody. Spojrzałam na moje współlokatorki. COŚ SIĘ STANIE! Wszystkie spały. Wiedziałam, że nie zasnę, a mimo to położyłam się i zamknęłam oczy. COŚ SIĘ STANIE! Było mi niedobrze, być może przez to cały czas się wierciłam. Ale miałam takie dziwne wrażenie... COŚ SIĘ STANIE! Luna! Ogarnij się - jak mawiała Ginny. Wyjrzałam za okno. Było ciemno, ale to nic dziwnego w zimie. Ojej... może powinnam się zacząć pakować? Czemu nie? Wstałam i zaczęłam wyciągać swoje rzeczy z szafy. Robiłam to cicho. Ja zawsze byłam cicha, nikomu nie chciałam przeszkadzać, a mimo to nie raz zostawałam zaczepiana przez starszych i silniejszych ode mnie. A przecież nigdy nie chciałam zrobić niczego złego? A może ludzie już tak mają? Wyżywają się na słabszych, żeby pokazać innym, że są silni, bo przecież gdyby stawili czoła komuś równemu sobie, to mogliby przegrać. OGARNIJ SIĘ LUNA, COŚ SIĘ STANIE! Hym... chyba spakowałam już wszystko. Nie miałam dużo rzeczy. Nie potrzebowałam ich wcale. Zawsze wierzyłam, że do bycia szczęśliwym nie potrzeba wiele. Jeszcze raz spojrzałam na moje koleżanki. Patrząc na Hermione, poczułam się jakoś tak... dziwnie. COŚ SIĘ STANIE! Nie wiedziałam jak to określić, ale po prostu czułam się inaczej. Moja podświadomość mówiłam mi, że nie powinnam się do niej zbliżać, ale przecież to byłą Hermi! Zawsze miła i dobra. Nie skrzywdziła mnie nigdy. Więc dlaczego miałabym się od niej trzymać z daleka? COŚ SIĘ STANIE! Nie wiedziałam... ale ze mną dziś chyba coś nie tak. Mam takie... złe przeczucia. Jakby coś miało... nie. Przecież nie potrafię wyczuwać takich rzeczy, co nie? No... w sumie to tak się czułam, kiedy mój kuzyn zgubił swoją sowę. Ale to był przypadek, jak sądzę... COŚ SIĘ STANIE! Czuję się tak pewnie dlatego, że dziś już wyjeżdżamy na święta. Ojej! Święta! Jak ja uwielbiam święta! Wszyscy są dla siebie tacy mili... i w ogóle. A przynajmniej w rodzinie. Nawet nie zauważyłam jak mija czas, ale nim się zorientowałam, już mogłam wstać i iść na śniadanie. Okazało się, że stoły nie są jeszcze dobrze nakryte, więc pomogłam. Uwielbiam pomagać. Gdzieś w pobliży kręcił się dyrektor i głośno się z kimś kłócił. Skąd u niego tyle złości? Czy dziś jest jakiś niespokojny dzień? COŚ SIĘ STANIE! Nie wiem... Możliwe, że wszyscy zawsze tak się przed świętami stresują. Oh...! Jak mogłam zapomnieć! Przecież to dziś jest ten dzień, kiedy dostajemy prezenty! Szybko pobiegłam do pokoju wspólnego. Oczywiście! Leżało tam mnóstwo paczek! Zaczęłam je przebierać, aż w końcu zobaczyłam niewielkie pudełko, oprawione różowym papierem, a na nim moje imię. 
- Hej Luna! - powiedział ktoś za moimi plecami. Gdy się obejrzałam, zobaczyłam, że to Harry. Uśmiechnęłam się do niego.
- Hej. Otwierałeś swoje? - zapytałam. Lubiłam go. On tez był dla mnie zawsze miły, choć czasem wiedziałam, że trochę go zanudzam. Mimo to, nigdy mi tego nie powiedział. I broni słabszych. Ma dobre serce. COŚ SIĘ STANIE! 
- Nie... jeszcze nie, ale nie sądzę, żeby było coś dla mnie - odparł.
- Oczywiście, że jest! Gdzieś widziałam... - zaczęłam gorączkowo przewracać pudełka, aż sobaczyłam całe czarne ze złotym napisem: HARRY POTTER. COŚ SIĘ STANIE!
- O! - zdziwił się. Podałam mu paczkę. Usiadł koło mnie. Miło. Wróciłam do rozpakowywania swojej. Delikatnie rozdarłam opakowanie i otworzyłam różowe pudełeczko. W środku był piękny, okrągły wisiorek, a w samym jego środku różowy brylancik. Na pewno od taty. Uśmiechnęłam się i chciałam go sobie założyć na szyję, ale Harry spytał czy pomóc. 
- Dziękuję - odparłam. Przyjaciel zapiął go mi. Odwróciłam się do niego. - Nie otwierasz?
- Już... - chłopak rozdarł papier. On też dostał naszyjnik, ale wyglądał on raczej jak... Szybko wciągnęła powietrze. Harry chciał podnieść naszyjnik, ale zamarł, gdy krzyknęłam. Szybko wzięłam papier z jego prezentem i rzuciłam go jak najdalej. 
- Luna? - zdziwił się. - Co jest? - Błyskawicznie wstałam ciągle patrząc na wisiorek. 
- Harry... - zaczęłam przerażona. - To Węzeł Celtycki! To zły amulet! W dodatku zaczarowany! 
- Co? 
- Harry kto ci to przysłał!?
- Ja... nie wiem - chłopak zrobił krok w stronę amuletu.
- Nie podchodź! On ma straszliwą moc! Harry ktoś chciał cię zabić! Idziemy do dyrektora. 
- A co z tym? - zapytał. 
- Ja to wezmę. Dla ciebie jest bardziej groźny. 
- Czemu?
- Bo jest przeznaczony, żeby CIEBIE zabić, nie mnie. - Złapałam ostrożnie za papier, w który był owinięty i poszłam razem z Harrym do gabinetu Dumbledore'a. 

- Dobrze, że tak szybko zareagowałaś Luna - pochwalił mnie profesor, kiedy powiedzieliśmy mu wszystko. - Harry powinieneś jej być wdzięczny. Gdybyś tego dotknął... - nie dokończył.
- Jestem... - oznajmił chłopak. - Dzięki Luna - uśmiechnął się do mnie.
- Nie ma za co. To dzięki mojemu ojcu wiedziałam, że to zły amulet. To on mnie nauczył. 
- Harry... - zaczął znów profesor. - czy wiesz, kto mógł ci to przysłać?
- Nie mam pojęcia dyrektorze. 
- Eh... no dobrze. Ja się tym zajmę, a teraz wracajcie już do dormitoriów. - Wstaliśmy i skierowaliśmy się do wyjścia. - Harry... - powiedział jeszcze Dumbledore.
- Tak?
- Bądź ostrożny. 
- Jasne.
- I... - dodał, gdy chłopak chciał odejść. - Chcę z tobą jeszcze porozmawiać. 
- Dobrze. Do widzenia profesorze.
- Do widzenia - powiedziałam i razem wyszliśmy. Przez drogę do dormitorium nie odzywaliśmy się. W pokoju wspólnym pożegnaliśmy się i obydwoje udaliśmy się do siebie. Może to dlatego miałam dziś rano złe przeczucia? Na szczęście nikomu nic się nie stało. Teraz moim jedynym problemem było to, że burczało mi w brzuchu.... COŚ SIĘ STANIE!

~ o ~

Obudziły mnie dziewczyny, które szykowały się na śniadanie. Jakie szczęście, że dziś nie ma lekcji. Oj! Prezenty! Chwila, chwila. Wcale nie jestem szczęśliwa. Ah... no tak... Fred. Cudownie. 
Wstałam i z niechęcią powlokłam się do łazienki. Umyłam zęby, twarz i ogarnęłam włosy. Przebrałam się (w normalne ubrania, bo nie było lekcji) i poszłam razem z Ginny do Wielkiej Sali. Przy śniadaniu dowiedziałam się, że ktoś chciał zabić dziś rano Harry'ego. Wow... żadna nowość. Nie no... cieszyłam się, że jemu nic nie jest i w ogóle, ale ciągle myślałam o tym, jak bardzo zostałam zraniona i to przez kogo? Przez Freda! Który powiedział mi - co prawda nie w prost, ale powiedział - że nigdy by się we mnie nie zakochał. Super! Co za szczęście, że  nie było go na śniadaniu. Heh... uświadomiłam sobie, że nawet jeśli jakimś cudem nie miał tego wczoraj na myśli, to powinien teraz tu przyjść i mi to powiedzieć, ale najwyraźniej stwierdził, że ma mnie w dupie. No... w końcu mu na mnie nie zależy. Zjadłam i razem z Ginny wróciłyśmy do pokoju wspólnego. Oczywiście ona już otworzyła swój prezent (jakżeby inaczej?), ale ja nie. Razem szukałyśmy paczki z moim imieniem i znalazłyśmy... dwie, co było dziwne.  Pierwszą otworzyła Ginny - od rodziców - książka. Oczywiście. Druga paczka zawierała małe pudełko, a w nim naszyjnik. 


- Piękny! - wykrzyknęła rudowłosa. - Boski! Wspaniały! Od kogo to? 
- Sama chciałabym wiedzieć - przyjrzałam się pudełku i dostrzegłam małą karteczkę. - Popatrz. Chciałbym Ci podziękować... - zaczęłam czytać - za to, że wysłuchałaś mnie i zrozumiałaś, za to, że gdy Cię zobaczyłem po raz pierwszy, poczułem coś... czego nie potrafię opisać. Dziękuję, Simon.  - Ginny zakryła usta dłonią i spojrzała na mnie.
- Hermi! - krzyknęła.
- Co? - zdziwiłam się.
- Nic nie mówiłaś!
- Ale, że? 
- No, że ty i on...
- Ale my nie... Ja nie wiem o co mu chodzi. To znaczy my tylko raz tak na poważnie gadaliśmy w bibliotece, kiedy mi mówił, że jego brat zginął.
- Co?! 
- No wiem, ale...
- Nie, nie, nie... - dziewczyna zmarszczyła brwi. - Powtórz.
- No... w bibliotece gadaliśmy.
- Nie to! To później.
- Gadaliśmy o tym, że jego brat zginął? - Teraz to już kompletnie nie wiedziałam o co jej chodzi. 
- No właśnie. Przecież on nie ma brata. 
- Jak to? skąd wiesz? - myślałam, że to wszystko to jakiś chory żart. 
- No... tak jakby dowiadywałam się o nim różnych rzeczy. Fakt... ludzie z jego szkoły go nie znają zbyt dobrze, ale mówili, że nigdy nie słyszeli, żeby miał brata. 
- No tak, tylko, że ten jego brat był już dorosły i się nie uczył. Ale jakim cudem oni go nie znają?
- No... mówią, że nigdy wcześniej go nie widzieli.
- Ale przecież on jest z ich szkoły - to nie miało już żadnego sensu. 
- No ej, ja mówię to, co powiedzieli mi ci nowi. Jak chcesz to się sama spytaj. 
- Ok, ok... koniec tematu. Widziałaś dzisiaj może Freda? - zapytałam.
- Nie, a czemu? - Boże... a miałam nadzieję, że nie zapyta. 
- Nieważne - odparłam.
- Gerge'a też nie widziałam, co jest bardzo dziwne, bo oni zawsze pędzą do prezentów. - Dziewczyna miała niepokojąca minę.
- Co jest? - zapytałam.
- Nic... ale... czy nie wydaje ci się, że coś jest nie tak? Dzisiaj? - zastanowiłam się nad tym, po czym lekko skinęłam. 
- Może.. Ale to Hogwart. Tu zawsze dzieje się coś dziwnego, co nie?
- Eh... Chodźmy lepiej się pakować.

~ o ~

Po południu nie miałam co robić, dlatego szłam bez celu korytarzami. Czasem ktoś mnie zatrzymywał, żeby złożyć mi życzenia, ale poza tym - nudy. Jednak zauważyłam coś dziwnego... nie było nikogo ze starszych uczniów. Przystrajają szkołę? Może robią jakąś niespodziankę dla nas? Hym... dziwne. Wiedziałam co może mnie uspokoić, ale cholipka! nie! nie będziesz się uczyła w święta. Nagle coś usłyszałam. Moje imię. Ktoś wyszeptał moje imię. Rozejrzałam się, ale nic nie zobaczyłam. Pewnie mi się przesłyszało. Poszłam dalej, lecz po chwili znów to usłyszałam. Stanęłam. Po mojej lewej były schody. Zbliżyłam się do nich i zobaczyłam jakąś postać, stojącą w cieniu. 
- Jednak dostałaś mój prezent... - odezwał się Simon. 
- Co ty tu robisz? - podeszłam bliżej. 
- Ah... poluje na ofiarę, która podeszłaby do mnie w cień i nikt by nas nie zobaczył... - Spojrzałam w tył. Cholera! Faktycznie staliśmy w cieniu i gdyby mi coś zrobił nikt by nas nie zobaczył. - Spodobał ci się? - spojrzał na naszyjnik, który miałam zawieszony na szyi. Naszyjnik od niego...
- Inaczej bym go nie założyła, ale... nie mogę go wziąć.
- Przecież już go wzięłaś - zrobił jeden z tych swoich seksownych uśmiechów, od którego uginają się kolana. 
- No... tak, bo... mi się podoba, ale... - patrząc w jego oczy nie mogłam się wysłowić. JA HERMIONA! NIE MOGŁAM SIĘ WYSŁOWIĆ! Ale te jego oczka na prawdę hipnotyzowały.


A kiedy tak patrzył, moje serce podskakiwało. Nie dało się nie uśmiechnąć, po prostu nie dało i chociaż przed chwilą zdałam sobie sprawę z tego, że mogę być w niebezpieczeństwie, teraz czułam się zupełnie bezpieczna... przy nim. A może to właśnie jest moje szczęście? On, nie Fred, czy Malfoy? Czekaj, czekaj... on coś mówił! Co on przed chwilą powiedział!? O Boże... muszę coś zrobić, coś powiedzieć, ale co? 
- Mhm... - powiedziałam. 
- Tak myślałem - uśmiechnął się. Ale co on myślał? Co ja powiedziałam? - Czyli jesteśmy umówieni?
- Co? - No tego to się nie spodziewałam... czy ja się z nim...?
- Nie no, żartuję... Zapytałem czy weźmiesz naszyjnik, powiedziałaś: mhm... Chyba się trochę zamyśliłaś.
- Przepraszam - czułam jak gorące rumieńce wypływają na moją twarz. Jestem totalną kretynką! Mimo wszystko uśmiechnął się, ja też. 
- Muszę lecieć - powiedział. - Papa...
- Pa... - byłam jak w transie. Simon wyminął mnie, a ja głupia za nim patrzyłam. Chwila, chwila... co się przed chwilą zdarzyło? Nie pamiętałam, ale wiedziałam, że to mi się podobało. Może ten dzień nie będzie aż taki zły...? :D

Jednak był gorszy... o wiele gorszy...

Stało się to po południu. Siedziałam sobie na kanapie w pokoju wspólnym i czytałam książkę, którą dostałam w prezencie, gdy wpadł Neville. 
- Ludzie! Ludzie! - zaczął krzyczeć. Zjawili się chyba wszyscy, którzy byli w pobliżu. Odłożyłam lekturę i powoli spytałam:
- Co się stało Neville? - Ten spojrzał na mnie z przerażeniem. 
- Wywieziono ich z Hogwartu! - oznajmił. - Żeby walczyli! 
- Co? Kogo? - spytała Ginny z niepokojem.
- Freda i George'a! Najstarszych uczniów! Na wojnę! 
- Jak to?! - wykrzyknęłam z Ronem równocześnie.
- Dziś rano wzięli najstarszych i wywieźli! 
- To niemożliwe! - powiedział Harry. - Dumbledore nigdy by...
- Dumbledore'a nie ma. Ministerstwo zabrało go, gdy ten się sprzeciwił.
- To nie możliwe... - wyszeptałam. 
- To prawda!
- Boże... przecież jeżeli pojechali na wojnę z Voldemortem i jego synem to tego nie przeżyją...

Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo go kocham. Przecież nie może zginąć! Nie powiedziałam mu, że go kocham!! To niesprawiedliwe! Ostatni raz, kiedy go widziałam - kłóciliśmy się. Jutro Wigilia, a on na wojnie?! Nie! To tylko zły sen! TO SIĘ NIE DZIEJĘ NA PRAWDĘ!!!

Ale działo się... a miało się stać jeszcze coś dużo gorszego...

"Najszybszy sposób na 
przegranie wojny, to ją
przegrać..."


Hej skarby! Dziś Wigilia, więc chciałabym wam życzyć WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!! Żeby spełniły się wasze życzenia, żebyście NIGDY nie były smutni. ZAWSZE zdrowi i uśmiechnięci. Pamiętajcie, że to tylko jeden raz do roku, więc niech stanie się coś niezwykłego. To czas przyjaźni, wybaczania, zapominania złych rzeczy :) Być może jest ktoś, kto czeka na wasze DZIEKUJĘ, czy PRZEPRASZAM :) Mam nadzieję, że tym rozdziałem sprawiłam wam fajny prezent :P A może nie XD Pamiętajcie o komentowaniu, czym sprawicie mi prezent ;) A więc módlmy się aby całe świąteczne jedzenie poszło w cycki :* Trzymajcie się WESOŁYCH ŚWIĄT!!!







Staliśmy na skraju jakiegoś pagórka. Nie było nas dużo. Zaledwie kilkadziesiąt czarodziejów. Ale w porównaniu z nimi? Nie mieliśmy najmniejszych szans. Zbliżali się, niczym ogień, trawiący wszystko na swojej drodze. A my nie mieliśmy wody. 
- Fred... - powiedział cicho mój brat. 
- Tak?
- Nie takiego końca sobie wyobrażałem. Mam jeszcze tyle do zrobienia...
- I zrobisz - powiedziałem. - Ja też mam jeszcze coś do zrobienia. - Myślałem o Hermionie. Jaki ja byłem głupi! Dlaczego byłem takim cholernym tchórzem i nie powiedziałem jej, że ją kocham? A teraz? Teraz mogło być już za późno... - Nie martw się brachu, będzie dobrze - powiedziałem, chociaż nie bardzo w to wierzyłem. Prawda była taka, że za chwilę mieliśmy stawić czoła przeciwnikowi, który był o 150 % silniejszy. Dobra... może 200 %  Staliśmy tak czekając na śmierć. Wiedziałem, że tego nie przeżyjemy. Byłem pewny. Nic nie miałem do stracenia. Ruszyliśmy więc w kierunku naszego wroga, rzucając zaklęcia. Obok mnie ktoś dostał Avadą Kedavrą. Odwróciłem głowę w tym kierunku. To był Shane - koleś siedział ze mną w ławce na lekcji ze Snape'm. A teraz leżał na ziemi... martwy, tak jak już połowa z nas. Nie zatrzymując się sprawdziłem gdzie jest George. Nie widziałem go nigdzie. Cholera! Gdzie on jest! Zobaczyłem przed sobą Voldemorta i jego syna... Przecież ja... przecież ja go znam. Przeskoczyłem nad kogoś ciałem. Czy to nie był przypadkiem ten Dean? Zawsze był dla wszystkich miły i... i na pewno nie zasłużył na śmierć! 
- Fred uwa... - krzyknął ktoś, ale coś mu przerwało. Odwróciłem się i zobaczyłem, że to mój brat krzyczał, lecz nie dokończył bo ktoś trafił w niego zaklęciem. Widziałem jak pada na ziemie... jak wypuszcza różdżkę z ręki. Czym prędzej podbiegłem do niego. 
- George! George! Spójrz na mnie - krzyknąłem, ale mój brat nie reagował. Chciałem coś zrobić, ale jedyne co usłyszałem to to, że ktoś krzyczy zaklęcie "Avada Hedavra" i nagle poczułem okropny ból... a potem pustka... 

sobota, 13 grudnia 2014

Rozdział 22;Czy jest coś, za co oddałabyś życie?


"Błędy mogą boleć, 
lecz przede wszystkim 
błędy mają uczyć..."

- Co się stało? - zapytała drżącym głosem. Nikt się nie odezwał. Ron podszedł do niej i podał jej gazetę, którą cały czas miał w ręku. Hermiona przeczytała nagłówek: "Czarny Pan wygrywa kolejną walkę". Dziewczyna spojrzała na pozostałych, po czym przewróciła kilka stron. "Z Lordem Voldemortem zmierzyli się jedni z najlepszych czarodziei we wschodniej części Azji. Ministerstwo rozkazało, aby na walkę z bardzo niebezpiecznym wrogiem poszli także najstarsi uczniowie z Instytutu Nauk Magicznych Durmstrang. Niestety nikt z nich nie przeżył. Młodszych eksportowano do innych szkół. Jednak to nie koniec... Ministerstwo oświadcza, że gdy zabraknie ludzi do walki, na bój pójdą następne szkoły, w tym - Szkoła Mogii w Ruvv, Szkoła w Kandolliumie. Akademia Magii Beauxbatons, Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie... Do czego jeszcze jest zdolny Rufus Scrimgeour - najwyższy auror?" - Dziewczyna złożyła gazetę i spojrzała na pozostałych. - Przestańcie! Chyba nie myślicie, że Dumbledore jest do tego zdolny?!
- Widziałaś. Rufus tu był i zachowywał się tak, jakby Dumbledore nie miał żadnych praw - odparła Ginny.
- Jestem pewna, że Dumbledore zrobi wszystko, żeby nic nam się nie stało - upierała się Hermiona.
- Tak jak dyrektor tego Instytutu Nauk Magicznych? - zapytał Ron. - Słyszałem, że za sprzeciw został zamknięty w Azkabanie!
- Azkaban nie istnieje... - powiedział cicho George, a wszyscy na niego spojrzeli.
- Co ty powiedziałeś? - zdziwił się Neville.
- Śmierciożercy zniszczyli azkaban - odpowiedział Fred.
- Chyba sobie żartujesz! - odpaliła Hermi wpatrując się w niego, lecz gdy ten na nią spojrzał, odwróciła wzrok.
- Nasza mama wysłała nam list, żebyśmy wracali do domu... - powiedziała Ginny. - Ale nie. Nigdzie się nie wybieramy.
- Harry, chyba wiesz co trzeba zrobić! - rzuciła Luna, a jej przyjaciel pytająco na nią spojrzał. - Reaktywować gwardię Dumbledora! Nie ma innego wyjścia. Musimy walczyć! - po tych słowach zapadła cisza. Wszyscy wpatrywali się w wybrańca.
- Chyba lepiej będzie jak wrócicie do domu... - odpowiedział jej cicho.
- Harry! - krzyknęła Hermiona. - Najpierw musimy iść do Dumbledora. Jestem ciekawa co on nam powie.
- Hermiona... - pokręcił głową Ron. - Tu już chodzi o coś więcej. To nie jest na żarty.

I wtedy dziewczyna pozbierała w głowie wszystkie kawałki wycinanki. Najpierw ta wzmianka o synu Czarnego Pana i to, że jest silniejszy od niego.  Potem zaczęły się wojny. Ministerstwo zaczęło się bać, choć przekonywali, że to nic takiego. Następnie jeden ze śmierciożerców - Fenrir Greyback - mówi, że On nadchodzi. Najlepsi czarodzieje stają do walki z wrogiem, ale to nie wystarcza. Voldemort wygrywa i zajmuje kolejne części świata. Potem braknie ludzi do walki, więc szkoły idą walczyć. Jednak to nadal nie powstrzymuje Voldemorta, nie dlatego, że jest silny. Ale dlatego, że ma broń... Broń, dzięki której zwycięża - syna. Razem podbijają świat i zabijają wszystko, co spotkają na swojej drodze... A ministerstwo zrobi wszystko, aby Czarny Pan przegrał...

Hermiona zakryła usta rękoma.
- O Boże... - powiedziała. - Niedługo wszyscy pójdziemy walczyć. Lecz nie pokonamy ich, bo Harry, jest taki silny, jak Voldemort, ale on ma jeszcze coś. Ma syna... - wszystkich wokół ogarnął strach...

~ o ~

- Dyrektorze czy to prawda... - zapytał Simon siedzący na przeciwko Dumbledora.
- Nie wiem o czym mówisz chłopcze - profesor ciągnął swoje.
- Plotki się szybko roznoszą. Uczniowie się boją. Chcę tylko wiedzieć, czy mają czego.
- Nie powinieneś być tym taki zainteresowany Simonie.
- Wiem, że przyjechaliśmy tu dlatego, że nasza szkoła walczyła z Voldemortem. Wiem, że wszyscy zginęli! - chłopak walnął pięścią w stół. - Chyba mamy prawo wiedzieć, dlaczego!
- Simonie chyba powinieneś wracać na lekcje - dyrektor miał kamienny wyraz twarzy.
- Jest przerwa! - wrzasnął chłopak. Dumbledore zmarszczył brwi i patrzył w jego oczy. Simon nagle wstał i jakby nigdy nic wyszedł. Profesor odprowadził go wzrokiem. Wydawało mu się, że w jego oczach dostrzegł pewną iskrę... Znajomą iskrę...

~ o ~

Hermiona siedziała w bibliotece i uczyła się. Tylko to teraz było ją w stanie odciągnąć od wszystkich zmartwień. Nagle usłyszała znajomy głos:
- Hej Hermi. Wolne? - koło niej stał Simon. Jak zwykle piękny, szczery uśmiech, idealne włosy i urocze oczy.
- Jasne. Siadaj - odparła, po czym chłopak usiadł obok niej.
- Co tam? - zapytał.
- A nic... uczę się - dziewczyna znów zajęła się lekturą. - A jak u ciebie? Podoba Ci się nasza szkoła? - I wtedy Gryfonka wpadła na pomysł, żeby dowiedzieć się co nieco o nowych.
- Jest spoko, ale wolałbym już wrócić... Choć pewnie nie ma do czego. 
- Co? - zdziwiła się. Podniosła głowę i spojrzała na niego. Zrobił to samo.
- Przyjechaliśmy tu, bo nasza szkoła była zagrożona. Najstarsze klasy zostały. W tym mój brat... - spuścił wzrok, lecz nie przestał mówić. - Poszli walczyć z Sama Wiesz Kim. Zginęli... wszyscy bez wyjątku.
- Przykro mi... - zrobiło jej się smutno.
- Nie mogę sobie tego wybaczyć. Ja byłem w najstarszej klasie i miałem walczyć, ale za mnie zgłosił się mój brat, który już nie chodził do szkoły. To ja powinienem zginąć!
- Nie mów tak. To nie była twoja wina.
- Nie była moja wina? - powtórzył. Znów spojrzał jej w oczy. - Przeze mnie mój brat zginął - powiedział spokojnie. Dziewczynie zachciało się płakać, bo chłopak miał łzy w oczach. - To nie jest fair. Od momentu, gdy się o tym dowiedziałem, postanowiłem, że będę bronił słabszych... A ty? Czy jest coś, za co oddałabyś życie? - Pytanie ja zaskoczyło.
- Tak. Za moich bliskich... Za tych, których kocham. Simon, naprawdę mi przykro... - dziewczyna pochyliła się trochę do przodu, opierając się na łokciach.
- Marzę tylko o jednym... żeby skopać tyłek Voldemortowi i jemu cholernemu synowi! - on też oparł się na łokciach. - Mam gdzieś czy zginę. Kiedy tylko będzie okazja, zwijam się stąd i lecę pomścić brata. - Hermiona smutno się do niego uśmiechnęła, ale zaraz uśmiech znikł z jej twarzy, bo Simon ją pocałował. Tak jak gdyby nigdy nic. Był to bardzo lekki pocałunek i krótki. Kiedy Simon odchylił się miała zamknięte oczy. Dlaczego to zrobił? Chciała na niego spojrzeć, ale gdy otworzyła oczy, już go nie było. Za to niedaleko niej stał Draco Malfoy, który patrzył na nią smutnym wzrokiem.


Kiedy dziewczyna zobaczyła jego oczy, serce jej podskoczyło. Nie wiedziała dlaczego. Cały czas miała jego obraz w głowie, gdy spostrzegła się, że już go tam niema. Poczuła złość na samą siebie i smutek. Musiała go odnaleźć i wytłumaczyć... co? Cholera! Hermiona z czego ty mu się chcesz tłumaczyć! Mimo wszystko wstała i zaczęła błądzić wzrokiem po pomieszczeniu. Dostrzegła go, wychodzącego z biblioteki. Szybko poszła w tym kierunku. Szedł prawie pustym korytarzem, a ona za nim.
- Draco! - krzyknęła. - Draco stój! - Chłopak się odwrócił, ale nie zatrzymał. Tylko na nią spojrzał i szedł dalej.
~ o ~

Zaczęłam biec. Trochę się zmęczyłam, za nim dotknęłam jego ramienia. 
- Draco... - powiedziałam. Teraz przystanął, a ja stanęłam naprzeciwko niego. 
- Czego! - warknął. Zdenerwowałam się.
- O co ci chodzi?!
- Mi?! O co tobie chodzi?! 
- Jak to? - zdziwiłam się.
- Najpierw udajesz moją przyjaciółkę, a potem...?
- A ty? Co ty robisz? Czego ty ode mnie oczekujesz? 
- Niczego. Mogłabyś chociaż podziękować, za to, że wziąłem wszystko na siebie przed Dumbledorem.
- Co? - Zrobiło się głupio, bo faktycznie powinnam podziękować, ale on nie powinien był mi tego teraz wygarniać. - Dziękuję! O to ci chodzi?! Proszę bardzo, masz co chciałeś! - odwróciłam się szybko i już chciałam odejść, ale chwycił mnie za rękę.
- Poczekaj... - powiedział spokojniej. - Przepraszam cię. Po prostu nie umiem okazywać swoich emocji. - Spojrzałam na niego. - Wiesz jak trudno było mi to powiedzieć? - uśmiechnął się, ale i tak byłam na niego wściekła. 
- To się naucz! - rzuciłam. W tej chwili stało się coś, czego bym nigdy nie przewidziała. Draco przyciągnął mnie do ciebie i pocałował Jego usta były miękkie. Zdziwiło mnie to, ale nie zaprotestowałam. Chyba to zauważył, bo objął mnie i przycisnął do siebie mocniej. Nigdy bym tego na głos nie powiedziała, ale spodobało mi się to... 
- Lepiej? - szepnął pomiędzy pocałunkiem. Wydawało mi się, że to trwa wieczność.
- Yhym... - ktoś chrząknął. Szybko się odsunęłam i spojrzałam na chłopaka, który nam przeszkodził. Zalała mnie fala gorąca. Fred Weasley stał obok i wpatrywał się we mnie. - Przepraszam, że ci przeszkodziłem Hermiona, ale Harry potrzebuje twojej pomocy - powiedział szybko, po czym odszedł. Cholera! Stałam jak posąg i patrzyłam za nim. Malfoy podszedł do mnie i znów mnie objął, ale go odepchnęłam.
- Co ty do cholery wyprawiasz! - wrzasnęłam. - Nie dotykaj mnie!
- Hermiona... o co ci chodzi? 
- O co mi chodzi?! Zabieraj swoje łapy z dala ode mnie! - miałam łzy w oczach. Chciałam tylko stamtąd zniknąć. Odeszłam jak najszybciej się dało....

"Pamiętaj, że wszystko można
zacząć od nowa.
Jutro jest wciąż wolne
od błędów..."

Wiem, że krótki, ale jestem zamulona, bo dziś w nocy dopiero wróciłam z Berlina... Wszystko mnie boli, głowa, nogi, mam katar. Chyba znów będę chora. A może to lepiej? Może będę miała czas na pisanie? I przemyślenie wszystkiego... Zapraszam do komentowania, czyli napełniania koszyka z moją weną. Jeden komentarz = 5% Nabijajcie :)

sobota, 6 grudnia 2014

Rozdział 21: "Zło coraz bliżej"

Hejo! Wszystkiego najlepszego! Mam nadzieję, że mikołajki u was były udane, a jeśli nie... to mam nadzieję, że to wam poprawi humor :D zapraszam na dół:



~ o ~

"Wojny zaczynają się, 
kiedy chcesz, ale nie kończą, 
kiedy prosisz... "

- Nie! Nie ma takiej opcji! - oburzył się Dumbledore.
- Albusie... Wiem, że nie jesteś tym zachwycony, ale takie są rozkazy - powtarzał Jack, posłaniec z ministerstwa.
- Mam gdzieś te wasze rozkazy, jeśli w grę wchodzi życie moich uczniów! - profesor wstał i groźnym wzrokiem wpatrywał się w mężczyznę. - Nie zgadzam się.
- Jeżeli to zrobisz, odbiorą ci posadę - 30-latek pochylił się uderzając pięścią w stół. - Tu nie chodzi o jakąś zabawę! Mamy wojnę. Powinieneś to w końcu zrozumieć nim będzie za późno, Albusie...
- Mogą mi odebrać posadę, ale dopóki ja tu jestem dyrektorem, jestem za nich odpowiedzialny! I na pewno nie puszczę ich na pewną śmierć! Dlatego zabieraj się stąd, zanim użyję swojej magii - rozkazał starzec. - I powiedz swojemu szefowi, że jeżeli chce cokolwiek ustalać, co do mojej szkoły, to niech przyjdzie i powie mi to osobiście!
- Oczywiście - Jack zwrócił się w kierunku drzwi, lecz jeszcze się obejrzał. - Pamiętaj tylko, że popełniasz ogromny błąd, za który nie tylko zapłacą twoi uczniowie, ale także cały świat. Jeśli nie odeprzemy ich ataku...
- To na co czekacie?!
- Mamy za mało czarodziei! Wiesz o tym dobrze! - Jack zrobił dwa szybkie kroki w jego stronę, a dyrektor poderwał się z krzesła.
- A minister?! Więc o to chodzi... Woli narażać dzieciaki, niż samemu stawić czoła Voldemortowi?
- Tu już nie chodzi tylko o Sam Wisz Kogo! Albusie!
- Wynoś się stąd! Ale już! - 30-latek nie miał zamiaru protestować. Odwrócił się i wyszedł, mijając profesor McGonagall.
- I co Albusie? - zapytała.
- Nie pozwolę, aby komukolwiek z tej szkoły stała się krzywda. Rozumies?! - powiedział może zbyt ostro.
- Jasne... też tak uważam, ale co jeśli jednak pofatygują się, aby odebrać ci władze?
- Nie poddam się tak łatwo. Uwierz...
- Wierzę... - położyła rękę na jego ramieniu.  - Może jednak przydałaby ci się przerwa? - Dumbledore wstał i podszedł do okna.
- Może... ale nie teraz - odpowiedział.

~ o ~

Kilka dni później Hermiona przechadzała się korytarzem, w poszukiwaniu przyjaciółki. Na zakręcie prawie wpadła na starszego mężczyznę, o pomarszczonej twarzy. Towarzyszyła mu profesor McGonagall. Byłą widocznie zdenerwowana. Zmierzali zapewne do gabinetu dyrektora, ale nie martwiła się tym zbytnio. Parę metrów dalej zobaczyła długie, czarne włosy - jej cel. Przyśpieszyła. 
- Hej Cho - powiedziała podchodząc, ale zamarła, gdy postać się odwróciła. To nie była Cho... Był to jakiś chłopak. - Oo... przepraszam. - Powiedziała. Widziała go po raz pierwszy. Rozejrzała się i zobaczyła, że wszyscy uczniowie, którzy stali wokół niej, byli jej nieznani. Odeszła kawałek i wpadła na kogoś.
- Hermi! - krzyknęła krukonka o kruczoczarnych włosach. - Tu jesteś!
- Hej Cho... szukałam cię...
- Tak? Ja ciebie też. Widzisz ich? - wskazała na nowych. - Z innej szkoły. Będą tu przez miesiąc. Jakaś wymiana... czy coś.
- Dlaczego o tym nie wiem? - zapytała. Jej przyjaciółka chciała coś powiedzieć, ale przerwał jej Fred, który zawołał je.
- Dziewczyny! - popatrzyły na niego. Stał parę metrów dalej. - Mamy iść do Wielkiej Sali... - gdy skończył komunikat popatrzył na Hermione, a ona na niego... Ich spojrzenia się spotkały. To było... coś niesamowitego, biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio się nie widzieli. Tak na prawdę to się unikali. Z zamyślenia wyrwała ją Cho, ciągnąc za ramię w stronę wielkich drzwi, prowadzących do Wielkiej Sali. Dziewczyny usiadły koło Harry'ego i reszty przyjaciół. Gdy wszyscy zajęli miejsca, na mównicę wszedł mężczyzna, na którego parę chwil temu wpadała Hermiona.
- Witam was wszystkich serdecznie! - przemówił. - Nazywam się Rufus Scrimgeour, jestem aurorem, ale chyba wszyscy mnie tu znają... Do waszej szkoły przyjechali nowi uczniowie, którzy będą tu przez miesiąc. Mam nadzieję, że pomożecie im i zaprzyjaźnicie się z nimi. Przyjechali tu, aby nauczyć się nowych zwyczajów. Powitajmy gorącymi brawami uczniów z Instytutu Nauk Magicznych Durmstrang! - uczniowie zaczęli klaskać. Dumbledore przybliżył się do Rufusa, powiedział mu coś po cichu, po czym on zszedł z mównicy i teraz głos zabrał dyrektor.
- Witajcie, witajcie! Zapewniam was, że uczniowie naszej szkoły powitają was z radością - zwrócił się do nowych. - Pamiętajcie, że z każdym problemem możecie się zwrócić do nauczycieli. No ale nic... rozpocznijmy ucztę! A po niej proszę nowych przybyszów, aby zostali, gdyż zostaną przydzieleni do dormitoriów i klas - zakończył, a reszta zabrała się do jedzenia. Hermiona spojrzała ukradkiem na Freda, ale szybko spuściła wzrok, bo on też na nią patrzył. 






~ o ~

Spojrzała na mnie... Ale spuściłem wzrok. Sam nie wiem czemu. Może nie chciałem, aby zobaczyła coś w moich oczach. Ale co? Prawdę? Jaką? Że ją kocham? Może... Sam nie wiem. Jest dla mnie jak siostra. Jej się nie da kochać jako dziewczynę, a przynajmniej tak było do tej pory. Więc co się zmieniło? Kiedy zaczęło mi zależeć? I dlaczego zawsze przed snem myślę o niej, a nie o mojej dziewczynie? Za nic jednak nie mogę jej tego pokazać. Nie możemy być razem, przecież to Hermiona! Ona jest... za dobra dla mnie. Czy chciałbym z nią być?... Cholipka! Fred! Znów się zamyśliłeś. Nie patrz się jak głupi w talerz, tylko zacznij coś jeść. Ale kurde... nie mam ochoty. Najchętniej bym teraz wyszedł, ale nie mogę. Musimy tu siedzieć jeszcze przez jakieś pół godziny. Potem się zmywam. A gdyby tak... Nie. Przecież taka dziewczyna jak ona nigdy nie zechciałaby takiego kogoś jak ja. Na co ty człowieku liczysz? - Halo... - usłyszałem głos mojego brata. Odwróciłem głowę w jego stronę.
- Co?  -spytałem.
- Mówię do ciebie. Znów na nią patrzysz... - powiedział trochę ciszej.
- Ja... - nie wiedziałem co powiedzieć, więc ponownie wpatrzyłem się na skrzydełko kurczaka na moim talerzu. - Chyba wyjdę do łazienki... - wstałem. Zobaczyłem jak Snape mi się przygląda, ale miałem to gdzieś. Wyszedłem z sali i zwalniając trochę, przechodziłem korytarzem. Rozmyślałem o niej i sam nie wiem jak to się stało, ale zaraz stałem w łazience przed lustrem. Spojrzałem na swoje odbicie... Moje oczy były zmęczone, policzki lekko różowe. Ona nigdy nie pokochałaby takiego kogoś... Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że nie jestem tu sam. Coś się za mną poruszyło. Powoli odwróciłem głowę, ale nic nie zobaczyłem. Ok... to było dziwne. Fred masz jakieś schizy, czy co? Znów skierowałem uwagę na swoje odbicie. Miałem ulizane włosy, więc zmierzwiłem je. Ta... trochę lepiej. Odkręciłem kran i obmyłem sobie twarz zimną wodą. Tego mi było teraz trzeba. Nagle znów coś usłyszałem. Tym razem odwróciłem się bardzo szybko. Tam ktoś był. Stał i patrzył na mnie. Nie widziałem twarzy, bo światło świeciło za jego plecami. Zrobił pierwszy krok w moją stronę. A potem następny. Był to jakiś chłopak. Prawdopodobnie jeden z tych nowych. Nic nie powiedział, tylko spojrzał na mnie i stanął obok mnie, myjąc ręce.
- Stary... wystraszyłeś nie - westchnąłem. Uśmiechnął się pod nosem. Miał jasne włosy, brązowe oczy i czarną, skórzaną kurtkę, oraz czarne rurki. Jednym słowem: przystojniak, za którym szaleje mnóstwo dziewczyn.
- Wyluzuj... Wolę najpierw kogoś poznać, zanim go zabiję - zażartował. Nie patrzył na mnie, tylko na swoje ręce. Skończył je myć i wytarłszy je, podał mi rękę. - Jestem Simon - powiedział.
- Fred - uścisnąłem jego rękę. - Nowy?
- Yep... - wsunął ręce do kieszeni. Nie wyglądał na grzecznego chłopczyka, ale chyba go polubiłem. Miał jakiś taki błysk w oku, ale wzbudzał zaufanie. - Idziesz do Sali? - spytał.
- Nie... wiesz co, nie mam ochoty tam siedzieć - odparłem.
- Jak chcesz - wzruszył ramionami. - Nara - pożegnał się i poszedł. Zostałem sam. Może się z nim zaprzyjaźnię? Jak on miał... Simon? Jakoś tak. Nie miałem ochoty tam wracać, ale nie chciałem siedzieć w zimnej, ciemnej łazience, więc z niechęciom, powoli podążyłem do Wielkiej Sali. 

~ o ~

Nic szczególnego się nie wydarzyło tego wieczoru. Hermiona wraz z przyjaciółkami po uczcie poszły do pokoi, a potem doszły do nich jakieś nowe dziewczyny. Blondynka - Mery - i brunetka - Sara. W sumie to były całkiem ok, ale dziewczyny miały swoje przyjaciółki i chciały aby grono się nie powiększało. Rano miały zajęcia z zielarstwa, więc udały się pod klasę. Usiadły na parapecie i obczajały, czy nie przyjechał nikt ładny. Kilku takich było, ale same chamy. Jeden gościu gapił sie na nie tak, jakby chciał je zjeść. Po kilku minutach przyszła Luna z nowym wydaniem proroka codziennego.  Przeczytały artykuł o tym, że Czarny Pan wraz z synkiem walczą z najlepszymi czarodziejami na wchodzie... i jak na razie zło zwycięża. Właśnie miały zacząć gadać o tym, jak bardzo boją się, że walka przeniesie się na te tereny, kiedy zaczęła się lekcja. Uczniowie weszli do klasy i zajęli miejsca, ale było ich więcej niż zwykle. Doszła do nich jeszcze jedna (starsza) klasa. Był tam Fred. Cholera! Profesor Herbert Beery jeszcze nie przyszedł, dlatego uczniowie robili sobie jaja z jakiegoś nowego gościa. Kilka chłopaków ganiało się po klasie, rzucając magicznymi kredkami. Reszta obserwowała ich, a Hermiona patrzyła na Freda... Nie zdążyła odpowiednio zareagować, kiedy Cho ją ostrzegła. 
- Hermiona uważaj! - krzyknęła jej przyjaciółka. Dziewczyna tylko zdążyła się odwrócić i zobaczyć zagrożenie... Jedna z magicznych kredek z wielką prędkością zbliżała się do niej i prawdopodobnie dostałaby w głowę, co skończyłoby się bardzo boleśnie, gdyby nie osoba, która w ostatniej chwili przechwyciła obiekt. Hermione ogarnęła fala gorąca i złapała się na tym, że gwałtownie wypuszcza powietrze. Gdy w końcu ogarnęła całą sytuację, spojrzała na swojego wybawcę. Przed nią stał chłopak, starszy od niej o może jakieś... dwa lata? Był przystojny... bardzo. Duże, tajemnicze, brązowe oczy wpatrywały się w nią. I nagle zobaczyła w nich błysk, co było słodkie. Już chciała coś powiedzieć, ale wtedy drzwi otworzyły się z hukiem i do sali wszedł profesor Sanpe. 
- Pana Berry'ego nie ma - warknął. - Siadać na miejsce, za nim zrobię się nieprzyjemny! - przeszedł szybkim krokiem przez klasę i gwałtownie się odwrócił. Do tego czasu wszyscy posłusznie zajęli miejsca. Hermiona odwróciła się, żeby zobaczyć gdzie siedzi jej wybawca, ale nie mogła go dostrzec. - Panno Granger! - ton głosu Snape'a sprowadził ją do rzeczywistości. Natychmiast się odwróciła. 
- Słucham... - odpowiedziała.
- Czy nie wiesz jeszcze, że na moich lekcjach obowiązuje surowa dyscyplina? - wysyczał. 
- Ja...
- Jutro chcę widzieć referat, na temat poprzedniej lekcji - rozkazał świdrując ją wzrokiem.
- Ale...
- Cisza! - dziewczyna posłusznie zamilkła. - Otwórzcie książki na 158 stronie... dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą. Bezczelne i nieproszone odzywki na mojej lekcji kosztują minus 30 punktów, zrozumiano? A dzisiaj będziemy mówić o karłach... Karły to podstępne, małe stworzenia, które tylko czekają, aby... - zaczęła się normalna lekcja. Hermiona jeszcze próbowała się odwrócić, ale każdy jej ruch zwracał uwagę profesora, który za każdym razem patrzył na nią, jak na jakiegoś szczura. To było wnerwiające, ale już się do tego przyzwyczaiła...

~ o ~

- Avada Kedavra! - Lord Voldemort rzucił zaklęcie, tym samym zabijając ostatniego z przeciwników.


 Gdy martwe ciało bezwładnie opadło na ziemię, zapadła cisza. Po chwili przerwał ją głośny śmiech Czarnego Pana, a wraz z nim reszty śmierciożerców.
- Panie... - powiedziała Bellatrix zbliżając się. - Wszystko to, należy teraz do ciebie... - wskazała ręką duży, pusty obszar wokół nich. Były tu stare, rozwalone budynki i mnóstwo martwych ciał. Ten, którego imienia nie wolno wymawiać, powoli zbliżył się do jednego z nich i gołą stopę przyłożył do policzka martwego już czarodzieja.
- No, no, no... a byli tacy dzielni... - powiedział udając smutek. - Głupcy myśleli, że zdołają mnie powstrzymać. No cóż...
- Ojcze... - zza jednego z budynków wyłoniła się postać młodego chłopaka w wieku około 18 lat.


Voldemort nie ucieszył się na jego widok. Młodzieniec wytarł rękawem usta, na których zostało trochę krwi. - Już mnie to nudzi... - odparł zbliżając się. Czarny Pan rozłożył ramiona zdołał się uśmiechnąć.


- Czegóż oczekujesz...? - zapytał. - Mogę dać ci wszystko, czego będziesz potrzebować.
- Jesteś pewien? - ciemny blondyn popatrzył ze znużeniem na swoje paznokcie. Jego ojciec nie odpowiedział. - Chcę go spotkać... Wybrańca. Chcę zobaczyć, czy faktycznie jest taki... silny.
- On nie jest silny! - wrzasnął zdenerwowany Czarny Pan.
- Jak na razie cały czas z tobą wygrywa... - odparł beznamiętnie jego syn. - Radzę ci to postprzątać. Chyba nie chcesz rządzić ruinami?
- Chyba zapomniałeś kto tu rządzi! - Voldemortowi puściły już nerwy. 18-latek zmarszczył brwi i w jednej chwili znalazł się koło jednego ze śmierciożerców. Złapał go za gardło i podniósł jak lalkę. Wyrzucił go w górę, a ten poleciał 10 metrów dalej i zatrzymał się na ścianie jednego z rozwalonych budynków. Saitan w jednej chwili znów był przy nim. Pochylił się i wbił zęby w jego szyje. Kiedy wstał, otarł reszki i podszedł do ojca.
- Chyba ty zapomniałeś kto tu jest silniejszy, ojcze.


Voldemort tylko syknął i odwrócił się.
- Wracaj do swoich zadań - rozkazał. Wiedział, że jest tym słabszym, ale nie mógł pozwolić, aby jego poddani zobaczyli strach. 
- A więc do zobaczenia,.. - Młodzieniec tylko rozłożył ręce i z prędkością światła zniknął za budynkami...
~ o ~

- Hej... - Hermiona złapała chłopaka za ramię, a ten się odwrócił. Od razu zobaczyła jego ciemne oczy i nie mogła przestać w nie patrzeć. Miał coś takiego, co przyciągało i hipnotyzowało. 
- Hej - uśmiechnął się. Nagle przypomniało jej się, że coś chciała powiedzieć. Co to było? Może coś o...
- Hej... - powiedziała niepewnie. - Ja... chciałam ci podziękować - wyjąkała w końcu nie odrywając wzroku od jego ciemnych oczu. - Dzięki tobie nie mam teraz na twarzy czerwonego śladu od kredki... albo niebieskiego. Hah... jaki to był kolor? - zażartowała, ale za chwilę tego pożałowała. Cholera! Hermiona! To miało być zabawne? Bo wyszło żałośnie... świetnie. Jaka ja głupia... Boże...
- Ym... Spoko - uśmiechnął się tak, że kolana jej się ugięły i nawet dziewczyny stojące kilka metrów dalej zachichotały. - To nic wielkiego. Refleks i tyle. 
- Hah... ale mimo to, dzięki. 
- Nie ma za co. Jestem Simon - chłopak wyciągnął rękę w jej kierunku.
- Ja Hermiona - dziewczyna uścisnęła jego dłoń.
- Tak wiem... słyszałem o tobie - wydawać by się mogło, że jego uśmiech rozjaśniał najdalsze zakamarki. Wyglądał jak prawdziwy anioł, taki piękny... taki dobry. Przy nim każda dziewczyna mogłaby się czuć bezpiecznie.
- Tak? A co takiego? - dziewczyna starała się jak najdłużej przeciągnąć rozmowę.
- A nieważne...
- A coś dobrego? - chłopak zastanowił się chwilę, po czym skinął głową.


Hermiona tylko się uśmiechnęła. 
- Hym... Jeszcze raz dzięki, pa - pożegnała się.
- Do zobaczenia... - powiedział, a w jego oczach błysnęła jakaś iskierka. Była czarująca i tajemnicza. Gryfonka ledwie się zmusiła, aby odejść. Wiedziała, że ta znajomość nie może być zwykła. Gdy tylko zniknęła za zakrętem poczuła chęć powrotu do tego chłopaka. Zaczęła za nim tęsknić, choć prawie go nie znała. To było słodkie... ale też trochę niepokojące. Jednak bardziej urocze, a  na samą myśl o nim, uśmiechnęła się sama do siebie. Gorzej było, gdy weszła do pokoju wspólnego, bo zobaczyła Freda, który na jej widok też się nie ucieszył.


Było tu dużo osób... Nikt się nie uśmiechał. Chyba trafiła w sam środek jakiejś narady, czy czegoś. 
- Dobrze, że jesteś... - powiedział Ron. - Mamy problem... - dodał po chwili.
Dziewczyna nie wiedziała o co chodzi, ale to na pewno nie było nic dobrego...



"Wojna polega na wprowadzaniu 
w błąd... Jeśli możesz - udawaj, 
że nie możesz. Jeśli dasz znać, 
że wykonasz jakiś ruch - nie
wykonuj go... Jeśli jesteś blisko 
udawaj, że jesteś daleko. 
Jeśli jest silny - unikaj go.
Uderzaj - gdy nie jest przygotowany.
Zjawiaj się tam,
gdzie się tego nie spodziewa..."

~ o ~

Komentujcie jeśli się podoba! 
A jeśli nie... - też komentujcie! :*
Bo wtedy mam wenę :D !!!

niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 20: "Zaczyna się wojna..."

Mało komentarzy... mało komentarzy... mało komentarzy... :(
P.S. - jest nowa piosenka




"Musieliśmy grać kartami,
jakie zostały nam dane, wszyscy.
Walcząc w bitwach mogliśmy wygrać."


- Ależ Rufusie! - odezwała się Amelia Bones (kierownik Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów), niewysoka blondynka o bystro spoglądających oczach. - Chyba nie mówisz poważnie!
- Jak najbardziej moja droga... - mężczyzna spojrzał na pozostałych. Znajdowali się w okrągłym pomieszczeniu, bez okien. Były tylko jedne, wielkie, drewniane drzwi, których pilnowało dwóch, silnych ochroniarzy-czarodziejów. Wszyscy siedzieli przy stole narad i wpatrywali się w niego, jakby zobaczyli go po raz pierwszy. - Znacie naszą sytuację - kontynuował. - To jedyne dobre rozwiązanie. 
- To zabronione! - wtrąciła się Amelia.
- To konieczne! - odrzucił mężczyzna. - Mamy wojnę... jeżeli jeszcze tego nie pojęłaś Amelio. To się tyczy was wszystkich... - wstał i powoli zaczął okrążać stół. - Musimy użyć wszystkich środków, aby temu zapobiec.
- Ale nie będzie,my w to wtrącać niewinnych dzieci! - powiedział stanowczo Gawain Robards (auror). - To nie do pomyślenia!
- A ty myślisz, że ja tego chcę? Robię to, bo jest to konieczne! Musicie to zrozumieć. Nie ma innego wyjścia. 
- Ależ... - odezwał się rudy mężczyzna.
- Nie Percy... Przykro mi, ale nie mamy tylu czarodziei. Przegramy to... - wszyscy milczeli.
- Dobrze - rzekła blondynka. - A więc kto? - Wstrzymali oddech. Rufus zamyślił się, ale za chwilę odpowiedział:
- Instytut Nauk Magicznych Durmstrang. Myślę, że potrafią walczyć najlepiej. Umieją posługiwać się czarną magią. Potem Szkoła Mogii w Ruvv, oni też się przydadzą i Szkoła w Kandolliumie.
- A co jeśli... jeśli to nie wystarczy?
- Inne szkoły. Akademia Magii Beauxbatons. Hogwart...
- Nie - zaprzeczył Percy. - Nie Hogwart. - Rufus spojrzał na niego ze smutkiem.
- Percy... Każda różdżka jest nam potrzebna. Ja sam staram się pominąć tą szkołę, ale wszyscy wiemy jaka jest sytuacja.
- Nie - nie poddawał się rudzielec. - Uda nam się. Damy radę i bez niej.
- Każdy musi kogoś poświęcić Percy. To wojna. Będą ofiary. A jeżeli nie zatrzymamy tego, będziech ich więcej. Dobrze wiecie jak to działa. Więc głosujmy. Kto jest za? - Rufus podniósł rękę, a za nim wszyscy koło jego siedzenia. Stopniowo wszyscy po kolei podnosili ręce.
- Jesteś szalony Rufisie - stwierdziła Amelia, lecz też uniosła dłoń. Została tylko jedna osoba... Percy wpatrywał się ze złością w oczach w szefa aurorów, Rufusa Scrimgeoura.
- Przykro mi... - stwierdził Scrimgeour. - Zamykam posiedzenie. Wiadomości do szkół rozstaną rozesłane jak najszybciej. Przygotujcie się na bitwę...

~ o ~

Hermiona siedziała w pokoju wspólnym wpatrując się w płonący ogień. Była tak zamyślona, że nawet nie usłyszała jak ktoś wchodzi i siada obok niej.
- Hej... - usłyszała znajomy głos. Odwróciła głowę i ujrzała dobrze znaną twarz.
- Co? - zdziwiła się.
- Hej - powtórzył Fred. Dziewczyna spojrzała na przedmiot, który trzymał w dłoniach. Zauważył to, bo za chwilę powiedział - To pierścień Harry'ego. Dostał go na urodziny od Cho, ale się zepsuł, dlatego miałem go naprawić - uśmiechnął się. Milczeli. Chłopak nagle zmarszczył brwi patrząc na pierścień. Podniósł go tak, aby dziewczyna mogła zobaczyć, że kamień w środku robi się czarny.
- Co to oznacza? - zapytała.
- Jeżeli kamyk w środku jest czerwony, znaczy, że ktoś w pobliżu jest twoim wrogiem. - tłumaczył. -Jeżeli jest niebieski, znaczy, że przyjacielem, a jeżeli czarny... To znaczy, że ktoś w pobliżu cię kocha. - Zamilkł i spojrzał jej w oczy. Ona jeszcze przez chwilę wpatrywała się w kamyk, ale zaraz podniosła wzrok. Jego oczy lśniły i nie mogła z nich niczego wyczytać. Bała się. O Boże... on już wie, myślała. Świetnie Hermiona... Po prostu super! - Hermi... - zaczął. Wiedziała co będzie dalej, wiedziała to, jednak trochę się rozczarowała gdy o to zapytał. - Czy ty...? - nie dokończył. Puścił pierścień, który teraz zmienił kolor na normalny, fioletowy. - Chyba... chyba go nie do końca naprawiłem - uznał.
- Fred... - dziewczyna wzięła pierścionek, ale zaraz głos jej utkwił w gardle, kiedy zobaczyła, że kamień zmienił kolor. Rudzielec widząc to, złapał go i wstał.
- Pójdę już... Dobranoc - powiedział i wyszedł nie oglądając się. W drzwiach minął Ginny.
- Co jest? - zapytała widząc przyjaciółkę. Hermiona nie ruszała się. Miała otwarte usta ze zdziwienia.
- Był czarny... - spojrzała na nią i lekko się uśmiechnęła. - On był czarny! - powtórzyła.

~ o ~

- George! Nie rozumiesz! On nie był zepsuty! - powtórzył jeszcze raz rudzielec z łamiącym głosem.
- Wow... No to widzisz. Ona cię kocha.
- Nie, nie, nie... - złapał się za głowę. - To nie prawda!
- I ty ją też ko...
- Zamknij się! - krzyknął. - Po prostu się zamknij... 
- Co na to Amber?
- George!
- Fred! Nie możesz... Jeżeli  kochasz Hermione...
- Nie kocham jej - wyprostował się.
- Właśnie widzę... Stary... twój wybór. Wiesz co ja o tym myślę. Hermiona naprawdę powinna...
- No właśnie. Mój wybór. Nie wtrącaj się.
- Jak chcesz - jego brat skierował się do wyjścia, lecz jeszcze się odwrócił.
- Bracie wiesz co czujesz. Rób co chcesz, ale proszę... pamiętaj, że możesz popełnić wielki błąd - George spojrzał na niego ze smutkiem i wyszedł. Fred został sam. Gwałtownie wciągnął powietrze i kopnął szafkę, czego za chwilę pożałował.
- Cholera!

~ o ~

- Co się stało? - zapytał Benny przytulając swoją dziewczyną. - Mi możesz powiedzieć.
- Nieważne Benny. Nie przejmuj się. 
- Jak mogę się nie przejmować, gdy wiedzę, że jesteś smutna? Hermi... proszę powiedz kto cię skrzywdził. Obiecują, że zrobię wszystko, aby tego pożałował. 
- Nie... - dziewczyna wyswobodziła się z uścisku i usiadła na schodach. - Słuchaj, po prostu mam gorszy dzień.
- Przecież nie jestem ślepy... - westchnął i usiadł koło niej. - Kocham Cię - pocałował ją delikatnie w policzek. 
- Każda dziewczyna chciałaby mieć takiego chłopaka... - stwierdziła.
- Każda z wyjątkiem ciebie... - powiedział smutno. 
- Co?
- Wiem, że mnie nie kochasz. Hermi... wiem, że kochasz innego. Próbowałem cię do siebie przekonać, ale najwyraźniej kochasz go tak bardzo jak ja ciebie. Przykro mi z tego powodu,a le najwyraźniej nie jestem tobie pisany. 
- Ale... Benny.
- Cii... Nie mów nic, bo wiem, że nie chcesz mi robić przykrości. Wiesz, że ja cię zawsze będę kochał? Zawsze możesz do mnie przyjść i powiedzieć co ci leży na sercu. Ja cię zawsze wysłucham i skopię tyłki komu trzeba. Do ciebie należy decyzja, czy chcesz abym był z tobą czy nie. Ty zawsze będziesz w moim sercu. W twoim będzie ktoś inny... tak już jest. To smutne, ale takie jest życie. Bo ty jesteś elementem mojego życia. Tak jak najjaśniejsza z gwiazd na niebie. Zawsze będę cię widział i za każdym razem myślał, jaka to jesteś piękna, księżniczko. Zasługujesz na kogoś lepszego ode mnie... Zasługujesz na księcia. I kimkolwiek on jest... jeżeli cię skrzywdzi, będzie miał do czynienia ze mną. I powiedz mu, że jeżeli przez niego chociaż raz będziesz miała smutną buzię... ja go skrzywdzę... bardzo. Bo ktoś, z kim chcesz być szczęśliwa, musi cię kochać, chronić i być przy tobie. Musi oddać za ciebie życie, wiesz? Ktoś kto cię naprawdę kocha, musi spojrzeć ci w oczy, tak jak ja teraz i widzieć w nich cały świat. Cały sens... Musi widzieć ideał. Gdy widzę twoje piękne oczy to mam wrażenie, że chcę się zmienić, bo ty masz dar... Powinnaś go wykorzystać. Umiesz zmieniać ludzi na lepsze. Żadna dziewczyna tego nie posiada... tylko ty. Przy tobie reszta, to nie czarodzieje. Bo tylko ty potrafisz zaczarować i zmienić kogoś. Bo twoje oczy, bo ty... to coś magicznego i... i po prostu pięknego. Oby on był tego wart. Życzę ci szczęścia. Kocham Cię... Pamiętaj o tym. Zawsze będę czekał, choćby nie wiem jak długo. Dni, miesiące, lata... Bo ty jesteś tego warta... Bo czekanie na ciebie mi się nigdy nie znudzi. Bo to jak dostać prezent na gwiazdkę - uśmiechnął się. - Bądź szczęśliwa. 
- Benny... zawsze mówisz mi coś, czego nie potrafię skomentować - powiedziała bardzo cicho.
- Przepraszam kochanie... - pocałował ją w czoło. - Kocham cię - wyszeptał, po czym wstał i wyszedł, za co była my wdzięczna, bo nie potrafiłaby powiedzieć, że to koniec. Siedziała tak i myślała. Co się właściwie stało? Właśnie straciła chłopaka, który ją naprawdę kocha. Ale tak to już jest, że zawsze wybieramy dupków...  

"Nie można się zmusić 
do miłości. Albo jest, albo jej nie ma.
Jeśli nie, trzeba umieć się do 
tego przyznać. A kiedy się kogoś
kocha, należy robić wszystko,
żeby ten ktoś był szczęśliwy."

Hej :) Wiem, że długo nie pisałam, ale mam coś dla was oprócz tego rozdziału. Oto zwiastun tego bloga:

https://www.youtube.com/watch?v=fY0ZGZ8s2UM

Przypominam o komentowaniu :D

piątek, 14 listopada 2014

Ogłoszenia z Hogwartu :3



Hejka, niedługo nowy rozdział, ale pojawi się,
 jak lajkniecie fanpage na fb - "Historia, 
która nigdy nie miała mieć miejsca - Freddmione", 
który stworzyłam :) Więc wchodzić i lajkować i 
polecać go innym! Zbieramy
 na nowe pomysły dla mnie XD.
 To tyle... rozejść się :*

środa, 12 listopada 2014

Rozdział 19: "Złe wieści"

"Nie mając pojęcia o 
tamtym świecie... Bawiły się 
w najlepsze."

Hermiona weszła do pokoju, gdzie już wszystko było przygotowane i przyjaciółki czekały tylko na nią.
- No na reszcie - ucieszyła się Ginny. - W końcu jesteś.
- Opowiadaj! - zaczęła Luna. - Jak było na randce?
- Eh... nie ma co opowiadać - Granger usiadła na łóżku, biorąc poduszkę.
- Tak źle? - zapytała Ginny.
- No... nie. Było całkiem fajnie...
- Całkiem fajnie?! Przecież masz rumieńce! - zauważyła Lavender.
- No ja... - Hermiona poczuła ulgę, kiedy drzwi się otworzyły i weszła przez nie Cho. - Dziewczyno! Nareszcie jesteś... Uratowałaś mnie, wiesz? - uśmiechnęła się gryfonka, za to reszta dziewczyn rzuciła jej pretensjonalne spojrzenie.
- Aż tak źle? - uśmiechnęła się krukonka siadając koło niej.
- Właśnie miała nam opowiedzieć o swojej randce - powiedziała oburzona Weasley, lecz czarnowłosa nie zwróciła uwagi na jej humor. przyzwyczaiła się, że ruda jej nie lubi.
- Wow! Hermi! Mów!
- Dzięki... - dziewczyna nie miała innego wyjścia, jak opowiedzieć im o swoim wieczorze. Przyjaciółki słuchały podjadając popcorn i ciastka. One bardziej zachwycały się tą opowieścią, niż Granger. Kiedy w końcu skończyła, ktoś mądry - Luna - zaproponował, żeby pogadać o czymś innym, za co Hermiona była jej niezmiernie wdzięczna.
- Co sądzicie o Fredzie i Amber? - zapytała nagle Ginny. Cho niespokojnie spojrzała na Granger, lecz ona nie zdradzała żadnych uczuć, a nawet lekko się uśmiechnęła. Dopiero kiedy Weasley'ówna zapytała ją, odezwała się:
- Nie interesuje mnie to, choć nigdy nie lubiłam tej lalki barbie. Jeżeli twój brat jest z nią szczęśliwy, niech sobie z nim robi co chce.
- Też jej nie lubię - przyznała Lavender. - Ta wywłoka kiedyś zniszczyła mi zeszyt, bo nie miała na czym przetestować swój nowy lakier do paznokci!
- Aha... - odezwała się Ginny. - Jak przez tą idiotkę Fred będzie znów przybity...
- Jak to znów?! - zdziwiła się Hermi.
- Nie mogę powiedzieć, bo obiecałam... - przez chwilę wszystkie milczały. - Zagramy w Wróżby-Giuszki?
- Jasne! - ucieszyła się Luna. Wróżby-Giuszki to gra, wymyślona przez Freda i Georga. Wystarczyło wpisać na kartkach imiona chłopaków i wziąć kartkę z napisanym uczuciem (np. "nienawiść") w rękę, a dopasowywało się losowe imię. Dziewczyny zrobiły miejsce na podłodze, a Luna wyjęła spod swojego łóżka pudełko i otworzyła je. Wypisały imiona chłopaków na magicznych, różowych kartkach, a żółte rozdały. Hermiona wpatrywała się w żółtą kartkę, przed sobą i zastanawiała się co piszę po drugiej stronie.
- Ja pierwsza! - krzyknęła Ginny. Usadowiła się wygodniej i wypowiedziała magiczne słowa. - Jonulus, Komulus. - Różowe kartki uniosły się w powietrzu i zawirowały. Jedna oddzieliła się od reszty i opadła koło rudej. Dziewczyna wzięła ją w rękę. - Harry - przeczytała. Szybko sięgnęła po żółtą kartkę i odczytała. - Twój przyszły chłopak! - uśmiechnęła się.
- Teraz ja - odezwała się Luna. - Jonulus, Kumulus! - różowe kartki, znów zawirowały, a jedna z nich spadła blondynce na ramię. - Neville i... - sięgnęła po żółtą. - Kocha cię! Haha... Teraz ty Cho.
- Jasne... Jonulus, Kumulus! - krukonka złapała kartki i przeczytała. - Harry... Będzie twoim mężem - czarnowłosa zarumieniła się, a Ginny spiorunowała ją wzrokiem.
- To tylko zabawa... - mruknęła. - Hermi, twoja kolej - dopowiedziała głośniej.
- Jonulus, Komulus... Ja mam... Ron... i zabije cię pluszakiem - wszystkie dziewczyny wybuchły śmiechem. Reszta dziewczyn miała równie śmieszne i dziwne wróżby. Po kilku minutach powtarzały zabawę. - Hym... Fred... - Hermiona właśnie złapała swoją kartkę, wirującą w powietrzu. - Naprawdę go kochasz... - dziewczyna spoważniała. Jej koleżanki wybuchnęły śmiechem. Nie chciała, aby coś zauważyły, dlatego zrobiła to samo. Resztę wieczoru spędziły na jedzeniu i gadaniu o chłopakach, lecz Hermiona nie udzielała się za bardzo. Generalnie słuchała i śmiała się. Dobrze się bawiła, myślała, że będzie gorzej.
- Dziewczyny - odezwała się nagle. - Idę do łazienki. Zaraz wracam, ok?
- Idę z tobą - oznajmiła Cho, wstając. Dziewczyny wyszły na korytarz, kierując się w stronę toalet. Po drodze minął je mały skrzat, który biegł gdzieś bardzo szybko z kopertą w ręku. Przyjaciółki nie zatrzymały się, lecz spojrzały jeszcze za siebie. Skrzata już nie było.
- Wiesz może... - zaczęła Cho, ale Hermi jej przerwała:
- Czytałam kiedyś, że skrzaty są wysyłane w nagłych przypadkach. Przekazują wiadomości. Oczywiście można przysłać sowy, ale tak szybciej.
- Jak mogłam sądzić, że nie będziesz wiedziała... - powiedziała czarnowłosa bardziej do siebie, niż do niej. - Myślisz, że to coś ważnego? To znaczy na pewno ważnego, ale... Czy to ma związek z Voldemortem? - Granger tylko wzruszyła ramionami. - Wiesz mam pewne dziwne przeczucie... Że stanie się... że dzieje się coś bardzo niedobrego, ale Dumbledore i reszta ukrywają to przed nami.
- Przesadzasz... - Rudowłosa uspokajała ją. Sama zastanawiała się nad tym już wcześniej i też odnosiła takie wrażenie, ale nie chciała jej straszyć... A może sama nie chciała w to uwierzyć.


To była dłuuuga noc. Dziewczyny zasnęły około 4 nad ranem. Doprowadziły się jakoś do ładu i poszły do Wielkiej Sali na śniadanie. Wychodząc z łazienki Hermiona spojrzała jeszcze na lustro i stwierdziła, że nie wygląda już całkiem jak zoobie. Po paru minutach siedziała koło Harry'ego i Ginny. Nad ich głowami zaczęły zlatywać się sowy,
- O! Poczta - zauważył Ron. - Ciekawe co mi przysłała matka.
- Powinnam dostać nową bluzkę - odparła jego siostra. - Więc nie licz na to, że dostaniesz coś extra.
- Ta... dzięki, siostra mi wystarczy - zamruczał rudzielec opychając się bułką. Po chwili obok Harry'ego wylądowała gazeta. Chłopak spojrzał w górę i uśmiechnął się do Hadwigi, po czym rozpakował ją i zaczął przeglądać.
- O matko! - Granger zdusiła w sobie krzyk, zerkając na okładkę. Wszyscy podążyli za jej wzrokiem. Wybraniec przewrócił gazetę w rękach i przeczytał nagłówek:
- Wojny w Azji. - Szybko przekartkował strony szukając odpowiedniej, a gdy już znalazł, Hermiona wyrwała mu gazetę i zaczęła czytać.
- Celem konferencji zwołanej przez Ministersto Magii w Świecie było powiększenie wojska, po ataku Czarnego Pana na Pekin, Bombaj i Tokio. Wojska poprosiły o pomoc, gdyż większość walczących czarodziejów została zabitych. Lista wielkich, poległych czarodziejów: Gloria Whitmore, Zaus Sit, James Ovilla... - dziewczyna przerwała i spojrzała na resztę. Nie odezwali się. Ran i Ginny mieli otwarte usta ze zdumienia, o czym najwyraźniej zapomnieli. - Jak to możliwe, że w Azji toczy się wojna, a my nie mamy o tym pojęcia? - Nadal milczeli. - Ktoś z was o tym wiedział? - Pokręcili przecząco głowami.
- Najwyraźniej Dumbledore nie chciał, abyśmy się dowiedzieli - stwierdził Neville.
- Po co mu to? - odezwał się spokojnie Harry. - Po co Voldemortowi to wszystko? Co on chce tym osiągnąć?
- Może ma obsesje na punkcie panowania nad światem? - podsunęła Ginny.
- Nie podoba mi się to... - stwierdził jej brat. - I to bardzo...
- Według tego, co tu jest napisane, wojna trwa od dwóch tygodni - Hermiona znów wpatrywała się w tekst.
- Kto wygrywa? - zapytał drżącym głosem Ron.
- A jak myślisz?
- Wolę nie mówić...
Ten dzień zaczął nabierać ponurych barw, a potem nie było wcale lepiej.

Trwała lekcja wróżbiarstwa, lecz nikt nie słuchał trajkoczącej Sybilli Trelawney. Wszyscy rozmyślali nad wojną, która gdzieś tam nadal trwała. Czarodzieje ginęli, a sytuacja stawała się coraz gorsza. Przyszłość była niewiadoma. Jednak w głębi serca wszyscy wiedzieli, że nic im nie będzie. Voldemort już dużo razy ich atakował, lecz nigdy nie odniósł sukcesu. Teraz nie będzie inaczej... A przynajmniej taką mieli nadzieję.
~ o ~

- Straty - powiedział bardzo spokojnie Czarny Pan.
- Nie musisz się przejmować - odparła z uśmiechem Bellatrix.
- Świetnie. Przejmij dowodzenie. Jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem. - Czarownica wykonała przed nim dziwaczny taniec radości, ale on nawet na nią nie spojrzał. Stał dumnie i patrzył na zniszczone, spalone domy i ciała leżące na ulicach. Nie mógł się nacieszyć tym widokiem, lecz w końcu zszedł ze schodków, z których i tak zostały tylko zgliszcza, i powolnym krokiem przechadzał się po placu. Obok niego przeturlała się głowa rozwalonego posągu. Przystanął, rozłożył ręce, zamknął oczy i powoli wciągnął powietrze. Wzniósł twarz ku górze i szybko otworzył powieki. - To mojeeee!!! - wykrzyczał, a jego głos rozległ się echem po okolicy. Smierciożercy niszczący jeszcze resztki tego co przetrwało, wybuchnęli śmiechem, popierając go i wywołując na jego twarzy jeszcze większy uśmiech.

"Dopiero spojrzenie 
wstecz pomagam na zrozumieć...
Pytanie co zrobić z rzeczywistością?"

Hejo! :D Mamy fanpage i mam nadzieję, że to nie był zły pomysł :P Wbijajcie i lajkujcie. Zapraszać też mnie na fb:

https://www.facebook.com/profile.php?id=100006667606366

Bo nie mam znajomych i jestem samotna :( Ciekawe, która będzie pierwsza :P Mam dla was niespodziankę na święta xd. Kocham święta! Ale do nich jeszcze dalekooo...

Info :*

Hejo, malutkie info (bo właśnie przerwałam pisanie następnego rozdziału) i wracam do pracy :D Obczajcie:

https://www.facebook.com/pages/Historia-kt%C3%B3ra-nigdy-nie-mia%C5%82a-mie%C4%87-miejsca-Fredmione/717359008339830

Yeah... to link strony na fb :D Lajkujcie :) Pierwszy raz prowadzę fanpage, więc wybaczcie, jakby coś ;) papa! Ja lecę pisać, może jeszcze dziś rozdział będzie :P