środa, 5 sierpnia 2015

Rozdział 32: "Przyjaciele"


"Życie bywa okrutne...
Tak po prostu... Bo to Życie."

- AVADA KEDAVRA! - krzyknął jakiś mężczyzna, który wyskoczył zza krzaka, na szczęście Hermiona zdążyła się schylić. Widziała tylko, że miał na sobie długi, czarny płaszcz, czarne spodnie, bluzkę, wyglądał na ok. 30 lat. Miał kilkudniowy zarost, czarne włosy sięgały mu do ramion, prawdopodobnie jeden ze śmierciożerców, których robiło się coraz więcej w ostatnim czasie. Voldemort dawał niektórym wybór - śmierć, albo przyłączenie się do niego. Nie wiedziała, jakim cudem znalazł się tutaj, w środku lasu, ale pewnie to właśnie on rzucił zaklęcie na anioła, aby spadł. Kiedy dziewczyna się wyprostowała, ten był już gotowy, aby rzucić następne zaklęcie. Zanim zdążyła wyciągnąć różdżkę, krzyknął - EKSPELIARMUS! 
Jej różdżka poleciała gdzieś w bok. Została bez ochrony. Mężczyzna odsłonił swoje żółte zęby w złośliwym uśmiechu. Zrobił pierwszy krok w jej stronę, ciągle w nią celując. "To koniec" - pomyślała. Podniosła ręce w geście poddania. 
- No, no, no... - odezwał się. - Czyż to nie Hermiona Granger? - Dziewczyna mimowolnie przełknęła ślinę, a on miał coraz lepszy ubaw. - Na początku chciałem cie zabić, ale myślę, że Czarny Pan bardziej się ucieszy, kiedy usłyszy, że zaprowadziłaś mnie do Harry'ego. - Hermiona pokręciła głową. 
- Nie wiem gdzie jest - zebrała się na odwagę. - Nic ode mnie nie wyciągniesz. 
- Czyżby? - Śmierciożerca stał teraz przed nią i boleśnie trzymał za podbródek. 
- EKSPELIARMUS! - Mężczyzna wypuścił różdżkę z ręki i zdziwiony cofnął się parę kroków. Dziewczyna nie tracąc ani chwili, pobiegła po swoją. Nie musiała się nawet odwracać, aby zobaczyć kto ją uratował. Znała ten głos dobrze. Poczuła ogromną ulgę, lecz nie na długo. Spojrzawszy na zdziwionego śmierciożerce, dostrzegła także, że za nim, zza krzaków wyłaniają się kolejni wrogowie. Neville także musiał to zauważyć, ponieważ krzyknął aby uciekała, a więc dziewczyna rzuciła na mężczyznę zaklęcie unieruchamiające i zaczęła biec, w stronę swojego przyjaciela. 


Kiedy go dogoniła, słychać już było głosy następnych śmierciożerców. Zaklęcia leciały w ich stronę, jednak na szczęście jak na razie żadne nie trafiło w cel. 
- Neville! Dokąd biegniemy?! - krzyczała zdyszana. 
- Niedaleko mamy kryjówkę - odpowiadał w biegu. 
- Ale że... - musiała przerwać, ponieważ kroki za nimi stawały się coraz głośniejsze. Dziewczyna spojrzała za siebie i rzuciła zaklęcie: BOMBARDA MAXIMA, co wywołało duży wybuch, który trochę spowolnił przeciwników. 


- Ale że kto? - dokończyła. - Uciekliście z Hogwartu? Wszyscy? 
- Za chwilę... - teraz chłopak musiał się odwrócić, ponieważ niektórzy zdołali pokonać przeszkodę. - Za chwilę się dowiesz! 
Wyglądało na to, że śmierciożercy już ich nie gonią, jednak woleli nie zwalniać. Po kilku sekundach chłopak kazał jej skręcić w prawo, po czym zatrzymali się i złapali razem jedną z kłód, która odsłoniła im niewielką dziurę w ziemi, jednak na tyle dużą, żeby wszedł do niej człowiek. Szatyn powiedział, aby weszła pierwsza, ponieważ musiał zasłonić wejście. Hermiona posłuchała i wślizgnęła się do dziury, nie zwracając uwagi na to, że cała się ubrudziła. I tak już była brudna, bo od kilku dni się nie kąpała. Wolała nawet nie wiedzieć jak teraz pachnie. Przez chwilę nic nie widziała przez ciemność, ale użyła różdżki. Znajdowała się w podziemnym tunelu. 
- Chodź - powiedział Neville, kiedy zszedł do niej. - Wszyscy zastanawialiśmy się co z tobą. Baliśmy się, że nie żyjesz. Niektórzy nawet chcieli się wrócić, aby ciebie poszukać, ale Dumledore zabronił.
- Dumbledore jest z wami?! - zdziwiła się. 
- Tak. Jest też McGonagall i Snape. 
- A Harry i Ron? 
- Nie martw się. Większość osób, które były wtedy z nami w Hogwarcie, jest tutaj. 
- Większość? - przestraszyła się. 
- Tak... - chłopak trochę posmutniał. - Zaatakowali nas. Śmierciożercy. Ale przynajmniej Bellatrix się porządnie dostało! 
- Od kogo?
- Od Freda. 
Na te słowa, serce Hermiony podskoczyło. Kiedy pomyślała, że za chwilę go zobaczy, poczuła ogromną radość, jednak zaraz sobie przypomniała o sytuacji w jakiej się znajdują. 
- A czy on...? - nie mogła się zdobyć na słowo: "żyje". 
- Freda nic nie zabije - zaśmiał się, a ona wypuściła powietrze, nawet nie zauważyła kiedy przestała oddychać. - Raz oberwał dość mocno, ale Ginny zaraz się nim zajęła. Ginny jest niesamowita. Dzięki niej połowa z nas jeszcze jakoś się trzyma. 
- A ty? Jak się trzymasz? 
- Wiesz... mogło być gorzej - tu nastała krótka chwila ciszy. Szli w milczeniu. Dziewczyna zauważyła, że przyjaciel posmutniał. -  Thomas nie żyje - powiedział w końcu. Zrobiło jej się głupio, że nie za bardzo go kojarzy.
- Thomas? - zapytała nieśmiało. 
- Pierwszoroczniak. Większość z nich odesłano do domu, ale on upierał się, żeby zostać. Był bardzo odważny, wiesz? Może nawet był odważniejszy ode mnie. Bardzo się z nim zaprzyjaźniłem. 
- Oh... przykro mi Neville - zatrzymali się. Hermiona położyła rękę na jego ramieniu.    
- To wojna - stwierdził ruszając. - Są ofiary i będą. Modle się każdego dnia o to, abyś to nie była ty, Ginny, Harry, Ron, Fred, George... nie sposób wymienić tu wszystkich. Nikt nie ma umrzeć. To straszne kiedy segregujesz ludzi na takich którzy są dla ciebie ważniejsi i nie wiedziałabyś co zrobić, kiedy ich już nie będzie, i na takich mniej ważnych, którzy... którzy mogliby umrzeć za nich.
- Neville...
- Taka prawda Hermi. Nikt się do tego nie przyzna, ale każdy ma kogoś na kim mu zależy bardziej niż na innych. To okrutne. Jeszcze gorsze jest to co robią śmierciożercy. Bawią się nami, może już to widziałaś?
- Co takiego? 
- To potworne! Ostatnio złapali Deana, Padme i Parvati. Wiesz co kazali zrobi Parvati?! Kazali jej wybrać które z tych dwóch umrze, a które będzie miało szanse zostać śmierciożercą! 
- Co za dranie! Jak mogli!
- Parvati miała wybierać pomiędzy przyjacielem, a swoją własną siostrą! To nawet już nie jest okropne, to jest... To jest...! Przeokropne! - Chłopak cały trząsł się ze wściekłości. Kiedy trochę się uspokoił, zaczął znowu - Na szczęście uratował ich Ron. Zabił te potwory.
- Zabił? - przeraziła się Hermiona. Ron? Zabił? 
- Nauczyciele powiedzieli nam, żebyśmy wykorzystywali wszystkie konieczne zaklęcia, aby ich powstrzymać. Ja też... ja też kogoś zabiłem - zająknął się. 
- To straszne... - wyszeptała. 
- To wojna - odparł.   


Kiedy dziewczyna weszła do pomieszczenia, zamarła. Był tam Harry, Ron, Ginny, Cho, George, Fred, Drako, McGonagall, Luna, Severus i reszta uczniów. Było ich około dwustu. Pokój był dość duży, ściany zrobiono z kamienia, wszystko w sumie było z kamienia. Stał tam kominek, kilka kanap, stół, poplamiona komoda, dwie szafy, okien nie było wcale, na ziemi leżał szary dywan, którego wzór znikł dawno pod kurzem, błotem i szczurzymi odchodami. Wszystko oświetlał duży, stary żyrandol i ogień z kominka. Dziewczyna dostrzegł też drzwi, którymi było kilka zbitych desek. Przy ścianie po prawej leżeli, jak się domyślała, ranni. Opatrywała ich Ginny, a Cho podawała wodę. Fred i George w chwili wejścia Granger stali przy kominku i rozmawiali, Harry siedział z Ronem na kanapie i przeglądał jakieś czasopismo. Luna przykładała zimny kompres do zakrwawionej głowy jakiego dzieciaka. Drako siedział przy stole z kimś ze Slytherinu oglądając proroka codziennego, na którym pierwszą stronę zdobił jeden z aurorów. W momencie, kiedy weszła, wszystkie głowy się podniosły. Minęły dwie sekundy za nim ktokolwiek się ruszył. Pierwszy dotarł do niej Harry. O mało jej nie przewrócił - wpadł na nią, przytulając. 



- Harry! - dziewczyna rozpłakała się. Ścisnęli się chyba jak najmocniej potrafili. Szczerze mówiąc, Hermiona nie chciała go puszczać. Schowała głowę w jego ramieniu, zamknęła oczy i nic już ją nie obchodziła. Nawet na chwile zapomniała o tym, że jest wojna. Była taka szczęśliwa, że jest ze swoim przyjacielem. Jednak przypomniała sobie, że tam z tyłu czekają następni. Odsunęła się od chłopaka. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy.
- Dobrze, że jesteś - powiedział uśmiechając się, po czym zrobił miejsce dla Rona, który stał tuż za nim. Rudy także prawie ją przewrócił, kiedy się na nią rzucił. I tak każdy po kolei się z nią ściskał, każdy z kim się bardziej przyjaźniła: Cho, Luna, Ginny, George, Fred, nawet McGonagall ją przytuliła. Severus tylko się uśmiechnął, ale to jak na niego było bardzo dużo. 
- Co się stało? Gdzie byłaś? - zapytał Ron, kiedy usiadła z nimi na kanapie. 
- Simon, to znaczy Saitan mnie porwał. Ale to nieważne, lepiej mówcie co się działo u was. Gdzie Dumbledore?
- Nie tak szybko - wtrąciła się wicedyrektor. - Zapewne jesteś bardzo głodna, mogłabyś też się wykąpać... 
Dziewczynie zrobiło się nagle głupio. Prawdopodobnie wyglądała potwornie, a śmierdziała jeszcze gorzej. Przedtem nie zwróciła na to uwagi, ale wszyscy tutaj byli jako tako ogarnięci. 
- No... no tak - powiedziała cicho. Poczuła jak się rumieni, miała nadzieje, że przez brud tego nie widać. Chociaż... z drugiej strony wolała nie być taka brudna. 
- Chodź ze mną panno Granger - poleciła nauczycielka. Nawet teraz zwracała się do nich tak, jak przedtem. Jakieś normy muszą zostać zachowane, inaczej wszyscy by tu zwariowali, prawda? Gryffonka więc wstała i poszła za nią. Starsza kobieta pchnęła zbite razem deski, które robiły za drzwi i weszła na ciemny korytarz. Wypowiedziała jakieś zaklęcie i nagle zapaliły się pochodnie na ścianach. Teraz było widać trochę wyraźniej. Korytarz miał około 10 metrów. Po jednej jak i po drugiej stronie znajdowały się cztery drzwi, na ścianie łączącej dwie pozostałe, jedne. 
- Co to za miejsce? - spytała uczennica. 
- To Chill-casa. Coś podobnego do skrzeczącej chaty, tylko w innym miejscu.   
- A konkretnie...?
- Moje dziecko, każdy ma sekrety. Nie zadręczaj się tym - powiedziała, po czym otworzyła pierwsze drzwi po prawej. - Tutaj możesz się odświeżyć. Drzwi obok to toaleta, zaś trzecie, to magazyn. Weź sobie proszę jakieś ubrania, oraz ręcznik. 
- Jasne... - przytaknęła cicho.
- Kiedy już skończysz, wróć proszę do pozostałych. Nie otwieraj drzwi po lewej stronie, ma się rozumieć? Zresztą, potrzebne ci będą tylko te trzy pomieszczenia. 
- Rozumiem... - odparła. McGonagall zniknęła w drzwiach ostatniego pomieszczenia. Dziewczyna westchnęła i podeszła do magazynu. Wzięła sobie ręcznik i jakieś ubrania. Kiedy po szybkim prysznicu zaczęła się ubierać, okazało się, że spodnie są jej za małe. Powoli otworzyła drzwi na korytarz i wystawiła mokrą głowę na zewnątrz. Nikogo nie było, dlatego szybko wymknęła się i weszła do trzeciego pomieszczenia. Miała na sobie tylko bluzkę i majtki, dlatego czuła się nieswojo. Zamknęła za sobą drzwi. Przez chwilę stała w zupełnej ciemności, kiedy przypomniała sobie, że nie ma różdżki. 
- Niech to szlag! - szepnęła. Odwróciła się i otworzyła drzwi. Zanim wyszła znowu sprawdziła czy nikogo nie ma. Usłyszała jednak głos Severusa dochodzący z głównego pomieszczenia:
- Zachowywać się! - krzyknął, po czym wyszedł na korytarz zamykając za sobą drzwi. Dziewczyna szybko przymknęła swoje, jednak nadal mogła go obserwować przez małą szparę. - Cholerne bachory... - mruknął przechodząc obok magazynu. Wszedł tam gdzie McGonagall i znowu została sama... a przynajmniej tak jej się wydawało. Odczekała chwilkę i ponownie wyszła. Wzięła swoją różdżkę i wróciła, aby dopasować spodnie. Znowu pogrążyła się w kompletniej ciemności. 
- LUMOS - wymówiła zaklęcie i małe światełko z jej różdżki oświetliło pokój. 
- Ahh! Moje oczy! - krzyknął Draco Malfoy.


- Co ty tu robisz? - zapytała zdziwiona.


- Możesz nie świecić mi prosto w twarz? - zapytał.
- Możesz mi powiedzieć dlaczego tu siedzisz?
- Weź to światło.
- Ok, ok, LUMUS MAXIMA! - światło poleciało w górę i oświetliło całe pomieszczenie. Draco odsłonił twarz. - Co? - zapytała zdziwiona kiedy zobaczyła jak się na nią patrzy. Chłopak uśmiechnął się tylko i zmierzył ją wzrokiem od góry do dołu. Nie wiedząc o co mu chodzi spojrzała na siebie. - O nie! - Oto właśnie Hermiona Granger stała przed Draco Malfoyem w samej bluzce i majtkach, sami w pokoju oddzielonym od reszty grubą ścianą. Była pewna, że jest już cała czerwona. Szybko odwróciła się do niego tyłem, ale zaraz uświadomiła sobie, że teraz jest jeszcze gorzej. On tylko zaczął się śmiać. - Przestań idioto! - skarciła go. - NOX MAXIMA - machnęła różdżką i pokój pogrążył się w całkowitej ciemności. Było słychać tylko śmiech chłopaka. 
- Na serio chcesz siedzieć tak po ciemku? - zapytał.
- Ubiorę się tylko głąbie. Zresztą nie będę tu siedzieć? Ty tu siedziałeś? Po co tu siedzisz?
- Hah... powiedzmy, że nie lubię siedzieć w tłumie - odparł.
- Aha? Dlatego siedzisz w ciemnym magazynie i podglądasz dziewczyny, które się tu ubierają... Czy ty jesteś normalny?
- Hej.. to ty zaczęłaś się tu ubierać.
- LUMUS MAXIMA! - w pokoju zrobiło się jasno. Dziewczyna zdążyła dostrzec jego łobuzerski śmiech. - I czego się gapisz? Już jestem ubrana.
- Ale jesteś czerwona - odparował ze śmiechem, a ona tylko jeszcze bardziej się wkurzyła, ale po chwili roześmiała się. - No co? - zapytał.
- Będziesz tu tak siedział? 
- A czemu nie? - odparł.
- Ym... no nie wiem, jak kto woli.
- To posiedź ze mną - zrobił poważniejszą minę.

  
- Po co? 
- Bo tego chcesz...
- To było pytanie? - zdziwiła się. Draco wstał i stanął przed nią. Właściwie to bardzo blisko niej. - Co robisz? - Mimowolnie spojrzała na jego usta. Były tak blisko niej... Kiedy zbliżyły się jeszcze bardziej położyła rękę na jego klacie. - Przestań - powiedziała stanowczo. 
- Jeśli chciałabyś, abym przestał, odsunęłabyś się do tyłu - uśmiechnął się zawadiacko. 
- Albo pchnęła - odparła, po czym pchnęła go lekko w tył. 
- Niee... - powiedział z udawanym rozczarowaniem uśmiechając się. 
- Co "nie"? - westchnęła. 
- Nie tak - odpowiedział. Kiedy zrobiła zdziwioną minę, podszedł do niej jeszcze raz, stanął tak samo blisko jak przedtem. - Tak... - wziął jej ręce i założył na swojej szyi. - I tak... - objął ją w talii. 
- Hm... - Hermiona przybrała bojową minę. - A może też tak? - zbliżyła swoje usta do jego ust, ale nie pocałowała go. Spojrzała mu tylko w oczy, wiedziała, że mu się spodobało. Kiedy już chciał ją pocałować, odsunęła się. Sięgnęła po swoją różdżkę i otworzyła drzwi na korytarz. - Zapomnij... - szepnęła z uśmiechem i wyszła. Zanim całkowicie zamknęła drzwi powiedziała jeszcze: NOX MAXIMA, znowu zapadła ciemność, dziewczyna poszła, a Draco został sam w ciemności, wpatrując się w zamknięte drzwi i mimowolnie uśmiechając. 

"Przyroda na przykład
skrywa swoje tajemnice, bo jest wyniosła...
Nie dlatego, że chce nas wywieść w pole..."


Dobra... nie zdążyłam - już jest jutro, ale co z tego? Co z TEGO??  :D Najważniejsze, że jest xD A więc robaczki wy moje, jeśli WAM się SPODOBAŁO to PROSZĘ, abyście SKOMENTOWALI, ponieważ TO jest DLA Ciebie TYLKO minutka, a DLA MNIE jest to:

  

A więc KOMENTUJCIE, bo IM WIĘCEJ komentarzy tym WIĘKSZA motywacja DO PISANIA dla mnie. Przed nami jeszcze kilka dobrych dni wakacji i będę teraz pisała częściej. Mam DUUUŻO pomysłów! (ALE KOMENTARZ SIĘ PRZYDA) a więc śledźcie bloga i czekajcie na nowe rozdziały i... komentujcie :* Dobra wiem, wiem, że się powtarzam, ale... skomentuj :D proszę... :( 
Hah.. dobra xD Jak wam się będzie nudziło to wbijajcie na mojego ask'a, na fb, na yt, piszcie do mnie maile, nie zapomnijcie też o komentowaniu... :* Do zobaczenia niedługo!

wtorek, 4 sierpnia 2015

Rozdział 31: "Przez las"


"Kiedy szukasz przyjaciół,
licz się z tym, że 
możesz znaleźć także wrogów..."



Hermiona odruchowo zasłoniła rękoma głowę, chociaż wiedziała, że jej to nie pomoże. Czekała i czekała na cios, ale jakoś nie nadchodził. Powoli opuściła ręce i dostrzegła... nic.Victora nie było widać. Serce znowu jej podskoczyło, ale wcale nie z ulgi, lecz z przerażenia. Nie wiedziała gdzie jest. W każdej chwili mógł ją zaatakować. Nie zastanawiając się długo - zaczęła biec. Zaraz pożałowała tego, że wybrała las jako dobre miejsce do schowania się, ponieważ kiedy tak pędziła, jej nogi raniły różnego rodzaju rośliny, które zdołały się przebić przez śnieg. Było zimno i ślisko. Gdy dziewczyna zauważyła zbocze góry było już za późno, żeby się zatrzymać. Próbowała złapać się jeszcze gałęzi leżącej na ziemi, lecz nie zdołała. Upadła na plecy i zjeżdżała w dół. Paznokciami wbitymi w śnieg próbowała zahamować, ale jedyne co udało jej się tym osiągnąć to połamane ich. Obijała się o kamienie ale nic nie mogła zrobić. Nagle poczuła jak coś łapie ją za kaptur i zatrzymuje. Nie zdążyła nawet odwrócić głowę w tamtą stronę, kiedy wzbiła się w powietrze. Zaczęła panicznie krzyczeć, ale zaraz czyjaś ręka zakryła jej usta. Następnie ta sama ręka, która przed chwilą jeszcze trzymała jej kaptur, objęła ją w pasie, Hermiona przestała krzyczeć, a gdy ręka została zabrana z jej ust, powiedziała:
- Kajm... Co ty tu robisz? - Dziewczyna nie doczekała się odpowiedzi. Spojrzawszy na dół dostrzegła lasy. Był to zapierający dech w piersiach widok i o ile jej pierwszy lot był przerażający, o tyle teraz nie mogła oderwać wzroku od widoków. 



Nagle anioł krzyknął i zaczął spadać, a uścisk się rozluźnił. Dziewczyna przerażona zaczęła wołać:
- Kajm! Co się dzieje? Co robisz?! - poczuła jak wyślizguje się z jego rąk. Po chwili chłopak puścił ją zupełnie, a ona gorączkowo starała się złapać oddech. Machała rękoma i nogami krzycząc ze strachu, lecz zaraz się opanowała i pokonując opór powietrza wyciągnęła różdżkę. - IMPEDIMENTO! - wypowiedziała zaklęcie i natychmiast tempo spadania spowolniło się tak, że miała pewność, że nie zrobi się z niej marmolada. Po kilkunastu sekundach wylądowała na ziemi. Jej serce biło jak oszalałe. Kiedy w końcu wróciła do siebie i przypomniała sobie o Kajmie, spojrzała w górę, ale na niebie nie dostrzegła nic. Rozejrzała się dookoła. Znajdowała się na skraju lasu, na niewielkiej polanie.


     
 Ostrożnie wstała, wiedziała, że nie może tu zostać, musi coś zrobić. Nie wiedziała co stało się z jej wybawcą ani gdzie teraz jest. Powoli ruszyła w stronę lasu. Po kilku minutach wędrówki między drzewami, przystanęła, ponieważ usłyszała trzask łamanej gałązki gdzieś po prawej. Kiedy spojrzała w tamtą stronę, dostrzegła jakieś poruszenie. W pierwszej chwili pomyślała, że to Kajm, ale zaraz zobaczyła jak bardzo się myliła. 
- AVADA KEDAVRA! 

"Niebezpieczeństwo jest ciche.
Nie usłyszysz gdy nadleci na szarych piórach."

(Kolejny rozdział już się pisze, może być jeszcze dziś <3 )

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Ogłoszenia parafialne!

Po pierwsze przepraszam, przepraszam, przepraszam. Wiem, że pewnie zastanawialiście się co się stało, ale spokojnie... nie zapomniałam o blogu. Nie miałam po prostu czasu pisać. W cztery dni poprawiłam 10 przedmiotów i jest ok. Niedługo wakacje i będę mogła już swobodnie pisać. Jutro jadę na dwudniową wycieczkę do Wrocławia ^^ potem wracam mam dzień wolnego, a potem idę na rajd, no i sobotę mam już wolną i tak do końca roku. Proszę poczekajcie jeszcze tyle. Dobrze wiecie jaki teraz był (może dla niektórych jeszcze jest) sajgon. A więc to tyle i do zobaczenia w kolejnym rozdziale!

niedziela, 10 maja 2015

"Co ściany widziały, co drzewa słyszały" #2

Serce przyśpieszało coraz bardziej, żądza krwi stawała się potężniejsza, a bicie jej serca ogłuszało go. Nie widział wcale jej błyszczących, przestraszonych oczu... Chciał tylko rozerwać ją na strzępy jak najszybciej. 


A gdzieś tam dwa serca umierały z miłości, jedno zimne, drugie gorące, oby dwa przerażone. Nie wiedziały co robić, aby odzyskać ukochaną Hermione... 


Wiedziała, że zaraz umrze, jednak może tak będzie lepiej? Ponieważ w chwili zagrożenia pomyślała, że straci nie jedną, lecz dwie najważniejsze jej osoby. I gdyby przeżyła, ta myśl dręczyłaby ją... Ta myśl jest zakazana. Nigdy nie miała prawa dostać się do jej serca. Jednak się dostała...


Oni tam, ona tu... żaden z nich nie zdąży jej uratować. Żaden z nich z nią nie będzie. Żaden z nich nie uwierzy w jej śmierć. A jeśliby przeżyła... tylko jeden będzie ją miał, podczas gdy drugi umrze
z rozpaczy... 

piątek, 10 kwietnia 2015

Rozdział 30: "Między murami"


"I dziś pnę się wysoko, na szczyt,
Gdzieś wewnątrz mnie upadam, nie mam Ciebie, nie mam nic.
Poza mną się kręci ten świat,
Choć próbuję się odnaleźć, choć minęło tyle lat."

Hermiona nie mogła uwierzyć w to, co właśnie zobaczyła. Stała bezradnie z otwartymi ustami i wpatrywała się w ruiny Hogwartu, który był dla niej jak dom. Był częścią jej rodziny i teraz właśnie czuła, że cząstka jej się rozpadła.
- Co tu się stało? - zdołała wykrztusić powoli. Kajm stał parę kroków za nią i patrzył na ten sam straszliwy obraz, który go nawet nie ruszył, a trochę rozbawił, lecz kiedy tylko odwróciła się aby na niego spojrzeć, spuścił głowę i zachował powagę.


- Co tu się stało? - zapytała ponownie.
- Voldemort nie chciał czekać, aż sami stawicie mu czoło i wyszedł po was. Nie byli przygotowani - powiedział spokojnie. - Wiedziałem, że tak będzie.
- Dlaczego nie powiedziałeś?! - krzyknęła i odwróciła się do niego przodem, a ten odszedł kilka kroków i niespokojnie patrzył w niebo. Hermiona cierpliwie stała i w milczeniu czekała na odpowiedź, do oczy zaczęły napływać jej łzy.


- To nie moja wojna - oznajmił cicho.
Dziewczyna westchnęła.
- Nie musisz się martwić. Tylko jedna osoba została ranna - dodał po chwili.
- CO?! Kto?! - przestraszyła się.
- Idź i sama sprawdź.
Gryfonka spojrzała powoli na ruiny, kamienie, piasek, ale stąd nic nie było widać. Powoli zrobiła krok w tamtą stronę. Niepewnie spojrzała jeszcze na anioła, a ten oglądał to z zainteresowaniem, jakby był ciekaw czy podejdzie bliżej, czy nie. Pewnie był. Ona nie myślała teraz o nim. Jej oddech zrobił się ciężki, a serce waliło mocno i ciągle zwiększało tempo. Jej włosy rozwiewały się na wszystkie strony, kiedy lekki. chłodny wiatr zwiedzał miejsce, w którym jeszcze niedawno stał piękny, majestatyczny zamek. Drzewa w oddali szeleściły, niebo było wciąż zachmurzone i szare. Bijąca Wierzba została wyrwana z korzeniami i teraz leżała martwa na ziemi. Nie było śladu po dawnym życiu.
Dziewczyna stała na głównym placu (o ile można go tak jeszcze nazwać). Kolumny były roztrzaskane i poprzewracane, mury runęły, wejścia się zawaliły. Gdzieniegdzie leżał popiół, kurz nie opadł jeszcze od końca. W powietrzu dało się wyczuć zło. Czarną magię. Kiedy Hermi przesuwała się powoli pomiędzy kamieniami, Kajm stał tam gdzie wcześniej i przyglądał jej się. Po chwili tam, gdzie kiedyś znajdowała się kuchnia, dziewczyna zobaczyła mur, który zwalił się na ziemię i przygniótł jakąś osobę, ponieważ spod niego wystawała nieruchoma, blada, zakrwawiona ręka. Hermiona przystanęła, a jej serce wręcz przeciwnie - zaczęło pędzić jeszcze bardziej. Bała się. Nie wiedziała kto tam leży. Mógłby to być Fred, Harry, Ron, Draco, Cho, Ginny lub ktokolwiek inny. Nie była pewna czy chciała wiedzieć, ale musiała, bo zawsze tak było. Hermiona Granger musiała wiedzieć wszystko, przez niewiedzę nie potrafiła spać. Był tylko jeden problem - jak odsunąć głaz, aby dowiedzieć się kto jest pod nim? Może i była mądra, ale na pewno nie była aż taka silna. Spojrzała na anioła z nadzieją, że ten jej pomoże.
- Jak mam to odsunąć? - zapytała. O dziwo Kajma nie było  w miejscu, w którym stał poprzednio. Po chwili usłyszała za sobą łopot skrzydeł. Nie lubiła gdy ktoś się zakradał od tyłu.
- Nie wiem. Wymyśl coś - odpowiedział lądując łagodnie na ziemi.
- Myślałam, że może mógłbyś mi pomóc - powiedziała nieśmiało.
- Hah... dlaczego miałbym to robić? - zaśmiał się podchodząc bliżej. Takiego pytania się obawiała.
- Nie wiem. Może mógłbyś okazać trochę szacunku.
- Dlaczego? Ludzie nazywają mnie potworem - był blisko niej i odważnie patrzył w oczy, ale ona znała te sztuczki, czytała o nich w książkach, dlatego wyprostowała się i nie odwracała wzroku.
- Więc może mógłbyś udowodnić, że tak nie jest - odparowała. Przez chwilę jeszcze tak stał, ale potem się uśmiechnął i cofnął.
- Hah.. ale tak jest - jego oczy zabłysnęły i w tej chwili błyskawica przecięła niebo. Z chmur zaczął padać śnieg, co było rzadkim zjawiskiem. Na jego odpowiedź nie była przygotowana.


Zrezygnowanym krokiem podążyła do miejsca, w którym po raz pierwszy wylądowali.
- Gdzie oni są? - zapytała. - Chociaż tyle możesz mi powiedzieć?
- Nie wiem. Ale nie powinnaś tu zostać - stwierdził wzruszając ramionami. - Mogę zabrać cię do miasta aniołów.
- Nie dzięki - odparła z wyrzutem.
- Jak chcesz... - jego skrzydła powoli się zwinęły, żeby za chwilę rozwinąć się i unieść w górę jego ciało. - Do zobaczenia - wyszeptał jeszcze, po czym wzbił się w powietrze, aż w końcu zniknął w chmurach.
- Idź do diabła! - krzyknęła ze wściekłością. - Idiota - mruknęła po chwili. Po dziesięciu minutach doszła do domku Hagrida. Także był doszczętnie zniszczony. Podskoczyła ze strachu kiedy nagle, za jej plecami, usłyszała szelest łamanej gałęzi. Odwróciła się i przymrużyła oczy, aby lepiej dostrzec co kryję się w ciemnościach lasu. Kiedy dostrzegła jakąś postać, szybko schowała się za większym kamieniem i obserwowała. Z gęstwin wyszedł jakiś znajomy chłopak w podartym mundurku innej szkoły. Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Oto kawałek przed nią stał ktoś, kogo kiedyś darzyła silnym uczuciem i o kim dawno zapomniała. Utykał na jedną nogę i wyglądał jakby przed chwilą stoczył z kimś walkę, ale nadal miał w sobie ten sam urok co kiedyś. Jednak coś podpowiadało dziewczynie, że nie powinna rzucać mu się na szyję, że powinna zostać w ukryciu, ponieważ w jego oczach dostrzegła jakąś dzikość. Jakby wszystko mimo zakrwawionych ran pozostało niezmienne oprócz oczu. Na jednej z lekcji uczyła się, że to właśnie oczy się nigdy nie zmieniają. Dlatego, mimo tego, że chciała krzyknąć jego imię i mocno go przytulić, powstrzymała się. To był dobry wybór, ponieważ kiedy tylko Victor Krum dotarł do ruin domu Hagrida, zaczęło się z nim dziać coś złego. Dziewczyna bezszelestnie, za jego plecami, podbiegła na najbliższego drzewa i zza niego obserwowała to, co działo się dalej. Victor upadł na roztrzaskane schody i zaczął przeraźliwie krzyczeć. Nie widziała jego twarzy, ponieważ był tyłem do niej, ale mogła być pewna, że był na niej ból. Widziała natomiast jego palce, które zaczęły się nienaturalnie wyginać, oraz porastać włosami.



Ledwo powstrzymała się od krzyku, kiedy widziała zniekształcający się kręgosłup. Nagle szybko się podniósł i spojrzał w jej stronę. 


Po chwili ze zgrozą uświadomiła sobie, że patrzy właśnie na nią, a wtedy jej serce zamarło.


Ale było już trochę za późno... 

"Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany, połam bat
A mury runą...
i pogrzebią stary świat!
(...) Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły...
Łańcuch kołysał się u nóg..."




sobota, 28 marca 2015

Rozdział 29: "Na zamku Ghor" cz.II


"Każdy ma swoją śmierć,
podobnie jak Anioła Stróża"

Hermiona zwiedzała zakamarki pomieszczenia, oświetlając sobie drogę jednie świecą, którą trzymała w ręce. 
- To bez sensu - odezwał się Myrnin, siedzący na drugim końcu celi. - Nie ma wyjścia, szukałem. Krat nie da się wyważyć. Gdzie twoja różdżka Hermiono? Ah, zapomniałem... zostałaś porwana. - Dziewczyna nie zwracała uwagi na jego słowa, skupiła się na szukaniu drogi ucieczki. - Zastanawia mnie tylko jedno - ciągnął. - Kto mógłby być tak okrutny, żeby skazać cię na taką śmierć. Co zrobiłaś, że Czarny Pan wsadził cię tu. - Hermiona milczała. Sama nie wiedziała dlaczego akurat tutaj się znalazła.
- To nie był Voldemort - odparła po chwili. - Porwał mnie Saitan, jego syn. 
- Oh... bardzo mądry chłopak. Może gdybym wcześniej wiedział...
- Co? O czym mówisz? - zainteresowała się.
- Nauczyłem go w bardzo krótkim czasie tego, co sam wiem. A wiem dość sporo. 
- Dlaczego? 
- Nie wiedziałem, że to syn Voldemorta. Spotkałem go w drodze do mojego domu w Transylwanii. Polubiłem go, a że wydawał się niezwykły, zacząłem go uczyć. Opowiedziałem mu o sekretach tak mrocznych, że stałyby się koszmarem najgorszej istoty na ziemi, a go to nie przeraziło. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie jest zwyczajny... że to ktoś straszliwy... niestety było już za późno. Obudziłem się tutaj. 
- Oh... - westchnęła ze zdumienia. Być może, gdyby Saitan nigdy nie spotkał Myrnina, nie byłby taki potężny. 
- Dobrze myślisz. To moja wina - odparł. Dziewczyna nie usłyszała kiedy wstał, dlatego kiedy się odwróciła, omal zawału nie dostała. Mężczyzna stał przed nią i patrzył jej w oczy, a ona prawie się przewróciła, lecz przytrzymał ją. - To ja stworzyłem potwora jakim się stał... oczywiście on urodził się potworem, ale ja tylko go pogorszyłem. Teraz ma informacje, które może wykorzystać. 
- A więc to napraw - powiedziała stanowczym wzrokiem.
- Gdyby to było takie łatwe... - westchnął i odwrócił się tyłem, spuszczając głowę.
- Pokaż mi. Powiedz mi to, co jemu. Przekaż mi wszystkie informacje, które on zna. Będziemy wiedzieć to co on. 
- Na co ci informacje, skoro i tak stąd nie wyjdziesz? - Myrnin mówił jakoś inaczej. 
- Myrninie... wszystko w porządku? - Hermiona cofnęła się. Wystawiła rękę ze świecą przed siebie i dostrzegła jak on się prostuje. Powoli się odwrócił. Jego czerwone oczy błysnęły. Poruszał się tak szybko, że nawet nie zdążyła mrugnąć, kiedy świeca zgasła. Ogarnęła ją fala zimna, a sekundę później gorąca. Odwróciła się napięcie, ale nic nie widziała. W okół niej panowała głęboka ciemność, - Wybacz mi moje maniery - usłyszała głos gdzieś w oddali. Niestety echo nie pozwalało jej go zlokalizować - ale bardzo lubię bawić się swoim jedzeniem. 
- Myrninie! Przestań! Nie jesteś sobą! - Hermiona oddychała bardzo szybko, a jej serce waliło tak mocno, że zdawało się wypełniać całą ciszę. 
- Pewna jesteś? - usłyszała szept tuż przy uchu. Odwróciła się gwałtownie, ale jego już tam nie było. 
- Posłuchaj mnie... nie chcesz tego. Ty jesteś inny, zaraz ci przejdzie tylko, tylko się uspokój. 
- Hahahaha! - śmiech dochodził gdzieś z góry.
- Clarie. Pamiętasz ją? - Powiedziała, myśląc, że może to go poruszy. Brak odpowiedzi. Próbowała dalej - Nie zabiłeś jej. To był twój potwór, który teraz próbuje zabić mnie. Wierzę, że potrafisz go poskromić. Dasz radę tylko - w tej chwili poczuła bolesne uderzenie w brzuch. Odleciała kilka metrów dalej i walnęła o ścianę. Ból głowy sprawił, że na chwilę zapomniała gdzie jest, nie słyszała nic, a przed oczami jej zajaśniało, jednak po kilku sekundach wróciła do rzeczywistości. Musiała wstać mimo milionów igieł wbijających jej się w nadgarstek i głowę. Dotknęła palcami skroni i poczuła coś wilgotnego.
- Tak łatwo krwawisz... to śmieszne - głos był blisko, bardzo blisko. Tuż nad nią.
- Myrninie... - wysapała dźwigając się powoli na nogi. Wtedy złapał ją za ubranie i podniósł do góry. Poczuła jego oddech na swojej twarzy. 


- Twój strach mnie bawi. Jesteś taka słaba. Jak mogłabyś pomyśleć, że cokolwiek uda ci się osiągnąć? Już jesteś martwa. 
- Wcale nie - odparła zdobywając się na odwagę. To była jej ostatnia szansa. Może chociaż zdoła jej się uzyskać trochę czasu, być może Myrnin się otrząśnie. - To ty jesteś słaby, wiesz dlaczego? Ponieważ siedzisz tu i nie możesz zrobić nic, dlatego kiedy tylko przysyłają ci nową ofiarę, zabijasz. Nie potrafisz tego kontrolować. Jesteś zdany na łaskę Voldemorta. Boli cię, że to ty wzmocniłeś potwora jakim stał się jego syn, ale tak naprawdę nie robisz nic, aby to naprawić. Co za różnica, czy żałujesz czegoś, czy nie, jeśli nic z tym nie robisz? Niby jesteś taki mądry, żyjesz na tym świecie dłużej niż ja, ale nie rozumiesz podstawowych zasad życia. Żeby coś zmienić, trzeba coś zrobić, a nie siedzieć w miejscu i na dodatek użalać się nad sobą. Zachowujesz się jak jakiś dzieciak, a nie uczony. Więc może zaraz mnie zabijesz, ok, ale ja przynajmniej starałam się naprawiać swoje błędy. - Kiedy dziewczyna skończyła mówić, zapadła cisza. Zdała sobie sprawę z tego, że nie wisi już w powietrzu, ale stoi twardo na ziemi. - Myrninie? 
- Cokolwiek powiedziałem... cokolwiek zrobiłem... to nie może się powtórzyć - szepnął - Musimy znaleźć wyjście, jak najszybciej. 
Hermiona westchnęła tylko i ruszyła w jego stronę. 
- Zastanawiałam się... czy wiesz kto był przed tobą w tej celi? Znalazłam ślady, które mogą mówić o tym, że były tu drapacze.
- Faktycznie. Były. Ta cela nie była moją pierwszą. Znalazłem się tu dopiero po śmierci ostatniego drapacza, było ich kilka, ale jaki ma to związek z ucieczką?
- To bardzo proste. Drapacze robią tunele gdzie się da, a potem je maskują.  
- No tak, ale nie w cegle. Sprawdzałem... ściany są z cegieł. Pod podłogą jest tylko ziemia, nie da się wyjść.
- A sufit? - zapytała. Milczał. - Nie sprawdzałeś? 
- Nie - przyznał. - Ale to bardzo mało prawdopodobne. Drapacze nie potrafią się wspinać. 
- Powiedziałeś, że było ich kilka. Mogły sobie pomóc. Potrafisz wejść na górę? - Myrnin nie odpowiadał przez chwilę, pomyślała, że jakimś cudem jej nie dosłyszał. - Potrafisz wejść na górę? - powtórzyła.
- Jestem - odparł nad jej głową. - Miałaś rację. Widzę tunel. Jak mogłem na to nie wpaść? Oh... poczekaj tu, sprawdzę dokąd prowadzi.
- Nie! Czekaj, też pójdę.
- Zostań tutaj. Zaraz wracam. - Hermiona słyszała jeszcze przez chwile dźwięk przesuwającego się ciała, a potem nic. Cisza. Nie wiedziała ile czasu minęło, ale było to z jakieś dwie godziny, a on nie wracał.
- Dupek... - mruknęła. - Zostawił mnie tu. Co za skończony idiota, a ja mu zaufałam. Nie wiem po co, przecież go nie znałam... Świetnie. Przynajmniej umrę z głodu, a nie z powodu wyrwanych flaków. 
Nagle usłyszała jakieś kroki na korytarzu. Jeszcze tego brakowało, żeby przyszedł Saitan, albo ktokolwiek inny, pomyślała. Wstała z ziemi i schowała się za jednym z filarów gotowa do ataku. Słyszała chrzęst otwierającego się zamka i skrzyp zawiasów, po czym zbliżające się kroki. Trzy... dwa... jeden... wyskoczyła i rzuciła się na osobę, która weszła. 
- Aua!! Hermiona! - wrzasnął Myrnin. - Co ty robisz!? Odbiło ci?
- Myrnin! - wyprostowała się nagle dziewczyna, siedząc na nim. Kiedy uświadomiła sobie jak to musi wyglądać, szybko wstała. - Gdzieś ty był!?
- Powiedzmy, że miałem mały atak. Dobra wiadomość jest taka, że w zamku nie ma już żywej duszy, oprócz nas. 
- Coś ty zrobił??!! - krzyknęła. 
- Sami się o to prosili, ale nie możemy marnować czasu. Jeden śmierciożerca mi uciekł i pewnie poleciał podkablować... tak to się mówi teraz? Podkablować? - Gryffonka pokręciła tylko głową, po czym pomogła mu wstać. 
- Chodźmy. Prowadź. 
Myrnin powlókł się korytarzem, a ona podążała za nim. Nie wiedziała gdzie idzie i musiała całkowicie polegać na nim, co nie za bardzo jej się podobało, ale nie miała innego wyjścia. Trzy piętra wyżej, znalazła się przed wielkimi wrotami, prowadzącymi na zewnątrz. Kiedy mężczyzna je otworzył, zamarła. Na placu zamku stali jacyś ludzie uzbrojeni po zęby w siekiery, pochodnie i inne narzędzia, na które teraz nie zwracała uwagi, bo jedyne co ją interesowało to jak do cholery mieli to przeżyć!
- O... - odezwał się niewzruszony Myrnin. - Jedzonko. Poczekaj młoda damo - powiedział po czym rzucił się do przodu po kolei dopadając jednego po drugim i zabijając go. Jakoś tak po trzech minutach na placu stał tylko Myrnin. Hermiona patrzyła na niego szeroko otworzonymi oczami. - Chodź, póki nie przyjdą kolejni - powiedział. Ruszyła więc powolnym krokiem w jego kierunku, omijając leżące na ziemi ciała. - Przepraszam za taką masakrę na twoich oczach, ale nie ma czasu na delikatność. - Rozumiała to doskonale, ale mimo wszytko wywoływało to jakiś szok. I nagle stało się coś, czego się nie spodziewali. Usłyszeli tylko świst, po czym Hermiona widziała jak Myrnin porusza się z prędkością światła. Kiedy odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, dostrzegła w jego piersi strzałę. Domyśliła się, że uratował jej życie. Spojrzała na prawdopodobny kierunek wystrzelonej broni i zobaczyła jakiegoś faceta stojącego na dachu jednej z wierzy. Myrnin złapał za strzałę, wyjął ją z ciała i rzucił za siebie. Wydawało się, że nie zrobiło mu to żadnej krzywdy. Zaśmiał się nawet. - Daje ci trzy sekundy - krzyknął do napastnika. - Raz! Dwa! - facet z łukiem nie ruszył się jednak. Hermiona i Myrnin zauważyli, jak  powoli zostają otoczeni. - Hermiono uciekaj. Biegnij jak najszybciej i nie odwracaj się za siebie - wyszeptał.  
- Ale...
- Biegnij! - krzyknął i ruszył na pierwszego wroga, który odważył się zbliżyć. Dziewczyna odwróciła się do głównej brami i zaczęła biec. Prawie dopadł ją jakiś gościu, ale Myrnin był szybszy i dorwał go zanim ją sięgnął. Kiedy przekroczyła bramę wejściową, zatrzymała się i spojrzała na niego. W tej właśnie chwili ktoś przebił go strzałą, ale inną niż wszystkie. Widziała, że go to zabolało. Upadł na ziemię. Przekręcił głowę w jej stronie, a jego usta ułożyły się w słowo "uciekaj". Dziewczyna widziała jak zbliża się do niego jeden z przeciwników, trzymając sztylet w ręce. Chciała mu pomóc, ale wiedziała, że gdy to zrobi, zginie. Chciała uciekać, ale jednocześnie nie mogła przestać patrzeć na tę straszną scenę. Nóż zawisnął w powietrzu, po czym wbił się w serce Myrnina. Ten wydał tylko cichy jęk, po czym ostatni raz wypuścił powietrze z płuc. Jego głowa bezwładnie opadła na bok. Nie żył. Hermionie napłynęły łzy do oczu, ale wiedziała, że jeśli zaraz się nie ruszy, ją też dopadną. Myrnin uratował ją nie dlatego, żeby teraz dała się zabić. Odwróciła się więc gwałtownie i zaczęła biec jak najszybciej. Biegła krętą dróżką, w dół. 


Po prawej stronie była przepaść, ale dziewczyna starała się nie zwracać na to uwagi. Biegła możliwe jak najdalej niej. W końcu droga stała się bardziej bezpieczna. Minęła godzina, odkąd tak biegła. Teraz jej tempo było wolniejsze niż na początku, ale postanowiła się nie zatrzymywać. Robiło się coraz ciemniej, a ona nie miała pojęcia gdzie się znajduje. Zobaczyła, że nad jej głową coś przelatuje i zmierza w kierunku innej góry. Spojrzała w tę stronę i dostrzegła anioła. Tak... to był anioł. Kiedy zmrużyła oczy, patrząc na górę, dostrzegła, że w okół niej krąży ich więcej. Nigdy czegoś tak pięknego nie widziała. Zatrzymała się i odwróciła, ponieważ usłyszała jakiś szelest. Przed nią stał anioł. I to nie byle jaki, tylko ten, który siedział w celi, w Hogwarcie. Hermiona nie bardzo wiedziała co ma zrobić, dlatego stała i się patrzyła. Anioł odwrócił się do niej tyłem i ruszył przed siebie.


- Kajm! - krzyknęła. Z tego co pamiętała, tak właśnie nazwała go profesor McGonagall. - Jesteś Kajm, prawda? - Anioł zatrzymał się, odwrócił i spojrzał na nią. Nagle zgiął lekko kolana i wzbił się w powietrze. Wylądował tuż przed nią. Wyglądał po prostu bosko... Przejrzał się jej uważnie, zmrużył oczy i przekręcił głowę w bok.
- Hermiona Granger... - zdawało jej się, a może naprawdę się lekko skłonił. - Co tu robisz?
- Ja... - zastanawiał się czy mu zaufać. Normalnie nie powinna, ale i tak nie miała nic do stracenia. - Zgubiłam się. To znaczy... zostałam porwana i uciekłam z zamku Ghor. - Chłopak uśmiechnął się. Był tak przystojny, że nie mogła oderwać od niego oczu. Na dodatek miał rozpiętą koszulę i widać było jego cudowną klatę. Normalnie każda dziewczyna padłaby, wliczając Hermionę, ale teraz nie mogła sobie pozwolić na odpłynięcie. - Gdzie jestem?
- Witaj w górach Grampin.
- Gdzie jest Hogwart? Chcę tam wrócić.
- Hogwart? - zaśmiał się. - Jaki Hogwart? - Nie wiedziała zbytnio o co mu chodzi. Nie mogła go rozgryźć. Wiedziała, że jest bardzo niebezpieczny, ale wydawał się taki... spokojny, poważny, a zarazem zabawny, godny zaufania. - Mogę cię tam zabrać... - odparł - jeśli się nie boisz... - dodał po chwili.
- Chcę tam wrócić - oznajmiła.
- Jak sobie życzysz. Zabiorę się tam.
- Jak?
- Odwróć się... - powiedział. Tak też zrobiła. Stała teraz do niego tyłem. Kajm zbliżył się i poczuła dotyk jego ciała na swoich plecach. Objął ją w talii, a ona lekko złapała jego ręce. Poczuła jego oddech na swoim karku. Jego skrzydła powoli ją otulały i zamykały jak w kokonie. Zamknęła oczy i napawała się tą chwilą, aż nagle poczuła mocne szarpnięcie w górę. Kiedy otworzyła oczy i spojrzała w dół, była 10 metrów nad ziemią. Złapała się go mocniej, w każdej chwili mogła spaść, ale czuła się bezpieczna. Wiatr delikatnie muskał jej twarz. Po kilku minutach niesamowitego lotu zaczęli zbliżać się ku dołowi. W końcu Kajm delikatnie wylądował na ziemi i puścił ją. Stanął naprzeciwko i uśmiechnął się lekko.
- Gdzie jest Hogwart? - zapytała widząc za nim same wzgórza.
- Odwróć się - odrzekł spokojnie. Kiedy to zrobiła, serce jej stanęło. Były tam same ruiny... Hogwart już nie istniał.




"Ludzka dusza bez miłości jest jak anioł bez skrzydeł,
pusta, upadła, samotna, zagubiona, nie ma po co żyć.
Bo straciła najważniejszą rzecz, wielką przyjaźń
i miłość ponad wszystko..."








czwartek, 12 marca 2015

Rozdział 28: "Na zamku Ghor" cz.I


"Czasem jedna, mała kropla
szczerych, bezinteresownych 
uczuć wystarczy, żeby zmienić
"potwora" w człowieka,
tylko trzeba trafić tą kroplą
w jego serce..."

Hermiona powoli otworzyła oczy, ale nie zrobiło to jej żadnej różnicy - nadal ciemność. Jedyne co pamiętała to uśmiech Simona... to znaczy Saitana, a potem pustka, zupełnie nic. Czuła w powietrzu wilgoć i nawet chyba gdzieś w oddali słyszała ciche kapanie. Dotknęła swojej kostki, na której było coś zakleszczone - kajdany. Świetnie, pomyślała. Próbowała odgadnąć, gdzie się znajduje, ale los nie dał jej nawet szansy, ponieważ nic nie widziała. Chrząknęła, a jej głos odbił się echem od ścian, jednak po jej prawej stronie ktoś się poruszył, a przynajmniej ona miała nadzieje, że to "ktoś", a nie "coś".
- Halo? - powiedziała. Wyobraziła sobie scenę jak z horrorów, które kiedyś oglądała z Cho, kiedy te wszystkie dziewczyny głupie wołają "halo" z nadzieją, że ktoś im odpowie. Było to głupie, ponieważ gdyby w ciemnościach coś się czaiło, to odpowiedziałoby: "Hej jestem tutaj, jestem mordercą i przyszedłem cię pokroić na kawałki, usmażyć a potem zjeść"? Hermiona już chciała sama siebie walnąć, ponieważ nie wie co może się tam czaić a swoim "halo?" tylko zdradziła swoją pozycję, jednak wyszło jej to na dobre, bo po chwili usłyszała:
- Nie, nie, nie... uspokój się, ciii... - głos był cichy, ale dało się rozróżnić płeć. Był to jakiś mężczyzna, chyba dość stary. - Znów ci się wydaje... tu nikogo nie ma. Nikogo nie ma Myrnin! Siedzisz tu tak długo...
- Przepraszam - przeszkodziła Hermiona.
- Nie, nie, nie... ciii... ktoś tu jest. Tak! Naprawdę... nie... ciii... daj spokój Myrnin! Tak długo! Tak długo!
- Halo...? - spróbowała znowu dziewczyna. - Nazywam się Hermiona i...
- Ktoś tu jest! Tak... dziewczyna! Może to jedna z nas... może to jedna z nich! Tak jedna z nich! Cii..
- Yyy... przepraszam pana. Zostałam tu uwięziona. Nie mam pojęcia gdzie jestem. Nazywam się Hermiona Granger, jestem uczennicą Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
- Hermiona, Hermiona, Hermiona... - z każdym wyrazem głos był coraz bliżej. Nagle przed jej oczyma ukazał się płomień. Niewiele on oświetlał, ale Gryfonka widziała bladą rękę, która trzymała zapaloną zapałkę. Płomień zbliżył się do jej twarzy, a ona skrzywiła się lekko i przymrużyła oczy nie wiedząc co się dzieje. Nagle ogień szybko się oddalił i gdzieś zniknął, a po chwili znów rozbłysnął tym razem zapalając kolejno świeczki ustawione na podłodze. Dziewczyna siedziała i obserwowała jak powoli całe pomieszczenie wypełniają małe płomyki. Nie dawało to dużego światła, ale stwarzało przyjazną atmosferę i nie czuć już było wilgoci.


Po chwili naprzeciwko niej usiadł jakiś mężczyzna. Nie widziała dokładnie jego twarzy, ale uznała, że jest dość stary, jednak nie z wyglądu, bo z wyglądu miał ok 30 lat i był dość przystojny. Miał ciemne opadające kosmykami włosy, jeszcze ciemniejsze oczy, oraz bladą cerę. Wydawał się bardzo wysoki i miał w sobie coś niebezpiecznego, ale zarazem interesującego. Teraz patrzył na nią, jakby nie wierzył, że tu jest... i pewnie tak było.
- Ym... Jestem Hermiona - powtórzyła dziewczyna czując się trochę niezręcznie. Mężczyzna albo tego nie zauważył, albo miał to gdzieś.
- Nie jestem głupi - odpowiedział nie odrywając od niej oczu. - Już to mówiłaś.
- Yyy... - zdziwiło ją to niezmiernie, a jeszcze dziwniejsze było to, że wyciągnął rękę i dotknął jej stopy. Nie wiedziała co to miało znaczyć.
- Przepraszam... - powiedział. - Nie wiem jak w tych czasach należy się witać. Dawno z nikim nie rozmawiałem. Wybacz, jeżeli zrobiłem coś nieprzyzwoitego.
- Nic się... nie stało... - odparła trochę zbita z tropu. - Jak się pan nazywa?
- Nie pan, nie pan... Jestem Myrnin. Witam cię Hermiono. Musisz stąd odejść jak najszybciej.
- Ale ja nie wiem gdzie jestem!
- Jesteś w górach Grampin. W zamku Ghor. Witam w podziemiach pałacu, a konkretniej w lochach. Nie wiem po co tu przybyłaś, ale musisz stąd szybko uciekać.
- Jak? I dlaczego?
- Tak, jak tu przyszłaś, ponieważ wydajesz się miła.
- Zostałam porwana! - powoli zaczęła denerwować ją to jego tajemnicze gadanie.
- Oh... - westchnął. - A już cię polubiłem...
- Ale...? O co ci chodzi?
- Nie chciałbym zrobić ci krzywdy... - oznajmił z takim spokojem i powagą, że zamilkła przerażona - Bo widzisz... każdy kto zostaje ze mną uwięziony, po kilku dniach wydostaje się na zewnątrz. To znaczy, jego zwłoki zostają wynoszone, aby zrzucić je z najwyższej góry, aby jego ciało przepadło na zawsze.
- Ty jesteś jakiś chory czy jak?!
- Przepraszam Hermiono, ale taki już jestem. Jestem potworem, choć wcale tego nie chcę. Więc dla ciebie będzie lepiej, jeśli zaraz stąd pójdziesz.
- Ślepy jesteś?! - dziewczyna potrząsnęła łańcuchami przywiązanymi do nóg. - Nie mogę się stąd ruszyć! I nie strasz mnie tak!
- Przepraszam... - mężczyzna wstał. Jego twarz posmutniała. Hermionie zrobiło się go żal, chociaż wcale go nie znała. Mimo tego, że był starszy, wydawało jej się, że on potrzebuje opieki, że jest bezbronny, słaby.
- Nic... nic się nie stało - próbowała go pocieszyć.
- Ale się stanie - Myrnin spojrzał na nią. - Dlatego szybko wymyśl coś, dzięki czemu będziesz wolna.
- A ty jak się uwolniłeś? - zapytała widząc, że on może się swobodnie poruszać. Zaczęła coś majstrować przy zamku kajdan.
- Nie pamiętam już... to było tak dawno... - zaczął się przechadzać po pomieszczeniu. - Oni chyba specjalnie mnie tu tak trzymają i wrzucają mi tego, kogo chcą się pozbyć. Wiedzą, że nikt już stąd nie wyjdzie cały.
- A właściwie to dlaczego miałbyś mnie zabić? Powiedziałeś... że wydaję się miła.
- Taka moja natura. Zabijam. Po prostu.
- Ale...
- Dziecko, lepiej żebyś nie wiedziała - stwierdził stanowczo.
- Wolę wiedzieć co mnie zabije - odburknęła. - Zresztą nienawidzę tajemnic, nienawidzę, kiedy ktoś coś przede mną ukrywa.
- To tak jak ja, moja droga! Jestem uczonym i muszę wiedzieć wszystko inaczej nie będę spał po nocach. Zawsze myślę tak długo, dopóki nie dowiem się tego, czego chcę. Oh... widzę, że jesteś bardzo mądra.
- Oficjalnie noszę tytuł encyklopedii w mojej szkole - oznajmiła.
- Hm... Jaka roślina sprawia, że wolniej się starzejemy? - zapytał.
- Imbir - odpowiedział błyskawicznie.
- Dobrze - uśmiechnął się. - Ale każdy głupi potrafi na to odpowiedzieć. Do czego służy Laur?
- Ochrania przed piorunami i halucynacjami.
- Bardzo dobrze. Niektórzy także mówią, że jeśli kobieta zje siedem liści, to..
- To poród będzie bezbolesny - dokończyła dziewczyna. - Czytałam o tym w pierwszej klasie. Łatwizna... - mówiła nie przerywając majstrowania przy kostce. Myrnin przyglądał jej się z zainteresowaniem.
- Do czego służy Raputnik?
- Efektem zażycia liści raputnika jest stan pobudzenia przypominający histerię. Przyjmowany w niewielkich ilościach w mieszankach ziołowych wykonanych przez specjalistów stanowić może nieszkodliwy środek pobudzający - wyrecytowała formułkę z podręcznika.
- Ładnie, ładnie - pochwalił. - Wymień mi trzy składniki Eliksiru Wielosokowego i do czego on służy.
- Ha! Eliksir Wielosokowy to ja ważyłam w pierwszej klasie! A więc potrzebny jest Laz, który koniecznie musi być zbierany przy pełni księżyca, Rdest Ptasi, który można znaleźć w lesie i sproszkowany róg dwurożca, dodajmy, że trudno go dostać, bo dwurożec zrzuca rogi raz na rok. No i oczywiście nie zapominajmy o muchach siatkoskrzydłach, pijawkach, ślazach, skórce boomslanga i rzeczy kogoś, w kogo chcemy się zmienić na przykład włos. Kiedyś przez przypadek zamieniłam się w kota... To było... dość obrzydliwe.
- Bardzo dobrze. A do czego jest potrzebna warzucha?
- Do wywaru zakłopotania i wywarów zmartwiających - odpowiedziała bez mrugnięcia okiem.  
- Oh... dlaczego akurat taką osobę musieli tu przysłać. Nie mogli cię oszczędzić? Takich ludzi jak my jest mało.
- To może hm... mnie nie zabijaj??
- Hermiono... ja bardzo bym chciał to kontrolować, ale nie mogę. Ja jestem potworem.
- Dziwne bo wyglądasz całkiem normalnie - mruknęła.
- Wiesz, bardzo mi kogoś przypominasz. Miała na imię Clarie.
- Tak? I co z nią?
- Też była taka młoda - Myrnin chyba zignorował jej pytanie - taka mądra, taka delikatna. Też ją tu przysłali. Nie pamiętam za co. Była młodą, ale bardzo doświadczoną czarodziejką. Wytrzymała o wiele dłużej niż inni... aż...
- Aż? - zainteresowała się. W oczach mężczyzny coś błysnęło. Był to wielki smutek, ale tak szybko zgasł, że gryfonka nie wiedziała już sama czy naprawdę to widziała, czy było to tylko złudzenie.
- Nie będę o tym mówić. Nie mówmy, pracujmy.
- Ale... - nie zdążyła nic powiedzieć, bo on podszedł szybko, chwycił łańcuchy i jednym mocnym szarpnięciem rozerwał je. Była tak zdziwiona, że kiedy pomógł jej wstać, o mało nie upadłaby. Ten jednak z prędkością światła stanął za nią i ją przytrzymał.
- Dalej dziecko nie mamy czasu do stracenia. Kto wie kiedy... - i nagle zamilkł. Tak po prostu. Odwróciła się do niego przodem i spojrzała na jego twarz. Źrenice miał powiększone do granic możliwości. Właściwie to miał całe czarne oczy. Teraz jego ręka zacisnęła się na jej nadgarstku tak, że na pewno zostanie ślad.
- Aua! - krzyknęła. - Myrninie co ty robisz?! Puść mnie, to boli!
- Nie chciałaś iść, pytałaś czemu? - Jego głos był inny niż przedtem. W oczach pojawiła się agresywna czerwień i Hermiona wstrzymała ze strachu oddech. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziała. -  Teraz znasz odpowiedź. Myślisz, że wszystko wiesz? Że znasz życie? Życie jest tajemnicą, a ty nie odkryjesz nawet jej 1%. Poznałem tajemnice tego świata, miałem na to dużo czasu i potrafię odczytać twoje myśli, potrafię sprawić, że za dwie sekundy będziesz martwa, ale skoro tak bardzo chcesz żyć to możemy się trochę pobawić. Teraz odpowiedz mi na pytanie: Jak długo człowiek może żyć bez kończyn? Najpierw palce, kości jeden po drugim. Takie smaczne, takie zabawne... - Nagle jego oczy znów przybrały normalny kolor. Źrenice zmalały, a jego uścisk już nie był taki mocny. Myrnin kilkakrotnie zamrugał i spojrzał na nią, jakby widział ją pierwszy raz. - Co powiedziałem? - zapytał już normalnym głosem. - Hermiona przepraszam cię! - momentalnie ją puścił i zakrył twarz. - Ja nie... ja nie chciałem. Wybacz mi. To nie byłem ja... ja nie... ja nie chciałem. Powinnaś iść. Dlaczego nie idziesz?! - Dziewczyna milczała. Nie wiedziała co ma zrobić. Oddychała, jakby przebiegła maraton. Gryfonka cofnęła się pod ścianę i osunęła się na podłogę. Myrnin zrobił to samo na drugim końcu pomieszczenia. - Przepraszam cię. Ja naprawdę nie chciałem. Czasem tak mam... ja... - on także ciężko oddychał. Już nic więcej nie powiedział tylko siedzieli tak i słyszeli swoje szybko bijące serca.
Hermiona zastanawiała się nad tym, co to mogło być, dlaczego mimo tego, że tak bardzo się przestraszyła, chciała mu w jakiś sposób pomóc. Było jej go żal, kiedy widziała jaki smutny teraz jest. On na prawdę tego nie chciał. Zrozumiała, że w środki niego siedzi jakiś potwór, który czasami wychodzi, a potem budzi się ten normalny Myrnin i nie wie, co właściwie się stało. Nagle Myrnin  przerwał ciszę:
- Zabiłem ją... - odezwał się bardzo cicho, mimo tego jego głos odbijał się echem od ścian. - Clarie... pewnego dnia otworzyłem oczy i zobaczyłem w okół mnie pełno krwi... Ja nie... ja nie chciałem - znowu zasłonił twarz dłońmi i cicho szlochał. - Ja tak bardzo nie chciałem. Myślałem, że tym razem będzie inaczej... Ale jestem potworem, nic tego nie zmieni... - w tej chwili spojrzał na Hermione - dlatego musisz uciekać... póki nie jest za późno...  

"Nie ważne jak długo będziesz tłumić w sobie wewnętrznego potwora.
On i tak się uwolni.
Najczęściej staje się to w najmniej oczekiwanym momencie.
Miej się ciągle na baczności, żeby zdołać go ponownie uwięzić.
Jeśli tego nie zrobisz... stracisz siebie."